Jakies podstawowe instynkty obronne. Nie rozumiem, z jakiego powodu dokonuja tego... czego dokonuja. Dla jakiejs wlasnej potrzeby? Jaka tam, do licha, potrzeba... Bezsensowne okrucienstwo, ktore konczy sie, z reguly, w naszych celach przesluchan. To co niezrozumiale, jest straszne, a obecne wiedzmy sa mi kompletnie niezrozumiale...
- Wczesniej, jak rozumiem, mogles sie pochwalic, ze je rozumiesz, co? - Klaudiusz zmruzyl oczy, wypuscil pod sufit esencjonalna struzke dymu.
Mawin wzruszyl ramionami:
- Milo mi bylo tak sadzic, patronie. To mi pomagalo... w pracy.
Za oknami kuratorskiego gabinetu switalo. Klaudiusz pomyslal, ze warto by bylo sie zdrzemnac. Zanim wlezie w kapielowki i wyruszy na zlota plaze, wymarzona plaze, rozzarzona warge czulego cieplego morza...
- Nawet nie wzialem kapielowek - powiedzial na glos.
Fedora spuscila wzrok, Mawin usmiechnal sie z wysilkiem:
- Pelnia sezonu... Dziwnie zschynchronizowana z... nazwalbym to „czasem nieoczekiwanych spadkobierczyn”. Powiedzmy, umiera z powodu ataku serca szacowna dama, niezbyt jeszcze stara wlascicielka salonu, na przyklad, fryzjerskiego... I pojawia sie spadkobierczyni, z reguly z gluchej wsi. I... no czego ona chce?! Po krotkim okresie upadku, salon rozkwita ponownie, przy tym klienci zostaja wlasciwie ci sami... I - fala pacjentow kliniki psychiatrycznej. Kilka zawalow, kilka nieumotywowanych samobojstw, niespodziewana wygrana na loterii, jakas, powiedzmy, manikiurzystka, niespodziewanie zaczyna spiewac i wzlatuje na szczyty estradowej slawy... Wtedy jedziemy je brac. Z reguly - za pozno. Wiedzmie gniazdo juz sie rozpelzlo, rozpuscilo macki; nie wiadomo, dlaczego szczegolnie fryzjerki...
Mawin zamilkl, jakby nie potrafiac dobrac slow.
- Wplataja klientkom „zabie wloski” - bezbarwnym glosem oznajmila Fedora. - Do tego obciete paznokcie, wlosy... Na zamowienie? Czyje? Kto zamawia szalenstwo pokojowki ze skromnego motelu, ktora na jedna wizyte w wytwornym salonie fryzjerskim zbiera pieniadze przez pol roku? Po co?
Klaudiusz uniosl brew:
- Ale manikiurzystka przeciez zaczela spiewac?
- Manikiurzystka... - Fedora zmarszczyla rozdrazniona brwi. - Sprawdzalismy ja dziesiec razy. To produkt uboczny. Albo czyjs zlosliwy zart.
Mawin westchnal:
- Przeciez w Odnicy salonow fryzjerskich jest mnostwo, patronie. Do tego roznego rodzaju salony, gdzie obok niewinnego tatuazu ciagle i stale wytrawiaja na skorze naiwnych klientow znaki „klin” i „pompa”. Poza tym masa rozrywkowych salonow, gdzie... - Mawin sapnal ze zloscia. - Juz nie mowia o tysiacach hoteli, restauracji, gabinetow masazu, prywatnych klinik, placykow dla psow...
Klaudiusz utopil niedopalek w masywnej i brzydkiej marmurowej popielnicy:
- Mawinie, zawsze sadzilem, ze znasz okreg, w ktorym pracujesz. Wiecej nawet - kiedy zaczynales te prace, wiedziales, za co sie zabierasz. A teraz oswiadczasz nam z mina urazonej niewinnosci: ogien, jak sie okazalo, bolesnie parzy, a osa kasa...
Mawin znowu zdjal okulary, odslaniajac przed Klaudiuszem bolesny rozowy slad oprawy na nosie:
- Tym niemniej, w Odnicy jest spokojnie, patronie. Na oko, zewnetrznie, spokojnie; dlatego mysmy... dobra. Ale epidemia, zeby uzyc przykladu, zdarzyla sie nie w Odnicy, a w Riance...
- Zebys nie wykrakal.
Mawin przechwycil spojrzenie Klaudiusza i nagle zbladl tak, ze nawet rozowy odcisk na nosie zlal sie z barwa skory:
- Co? U nas? W Odnicy? Co?
- Musze sprawdzic jedna rzecz - Klaudiusz w zamysleniu przeliczyl papierosy w paczce. - Musze porozmawiac z waszymi kamikaze. Z ta dziesiatka skazanych, ktora jeszcze nie doczekala sie egzekucji... Nie patrz tak na mnie, Fedoro. Bede potrzebowal sali przesluchan i... Byc moze bede je torturowal.
(DIUNKA. MARZEC)
Julek nie wiedzial, ze dokladnie w dniu swoich urodzin Klaw przezyl nowy szok.
Niedobre przeczucie ogarnelo go juz na przystanku autobusowym, gdzie, jak zwykle, wyskoczyl z autobusu, by po bezludnej wiosennej sciezce pol godziny maszerowac do bazy sportowej. Nie bylo wlasciwie do tego zadnych podstaw - ani dzwiekow, poza odleglym krakaniem gawronow, ani woni, poza zwyczajnym zapachem wilgotnej gleby, ani postronnych sladow na zapadajacym sie zetlalym sniegu, ale Klaw napial miesnie i poczul w ustach suchosc.
Stala trase pokonal niemal dwukrotnie szybciej. Pod brama bazy stal mikrobus - zolty, z kolorowym kogutem. Klaw poczul, ze jego stopy zapadaja sie po kolana w ziemi.
Bydlaki!
Juz niemal widzial zwarty korowod, w srodku ktorego wije sie wiotka dziewczeca postac w stroju kapielowym koloru skory weza. Juz niemal czul w zacisnietych piesciach katow cieple, zakrwawione cialo. Rzucil sie z calych sil przed siebie, sam przeciwko wszystkim, potrafi ja obronic...
Nie zrobil nawet kroku.
Wdech. Wydech. Wolno policzyl do dziesieciu i ruszyl przed siebie spokojnie i niespiesznie, a z jego twarzy nikt, zaden obserwator nie odczytalby niczego. Poza zdziwieniem i ciekawoscia nic sie nie malowalo na obliczu tego wyrostka.
Cugajstrzy nie tanczyli. Bylo ich czterech, chodzili po brzegu zamarznietego zalewu, palili i wymieniali rzeczowe repliki: Klaw nawet nie musial wsluchiwac sie, by wiedziec, ze tanca nie bylo. Po tancu, po zamordowaniu ofiary cugajstrzy maja zupelnie inne twarze, i ruchy, i krok.
Czyli Diunka...
Klaw poczul, ze do pobladlych skamienialych policzkow naplywa goraca lepka krew. Diunka... jest. Nic sie jej nie stalo. Nie schwytal i jej...
Wszystkiego najlepszego w dniu urodzin, Klaw. Masz dzisiaj fart.
Od dawna go obserwowali. Odczekal jeszcze chwile, dokladnie tyle, ile potrzebowalby odwazny mlodzian
na pokonanie naturalnej w tym przypadku niesmialosci.
Potem wystapil do przodu:
- Dzien dobry... Czy cos sie tu stalo?
Znowu te spojrzenia... Klaw sadzil, ze na zawsze wyzbyl sie leku przed nimi. Okazalo sie, ze byl w bledzie.
- Czesc - powiedzial najstarszy z grupy. Byl to niewysoki, czerniawy chlopak, najprawdopodobniej z poludnia kraju. - Mozesz nam podac swoje imie i nazwisko, i co tu robisz?
- Jestem Klaudiusz Starz, trzecie wiznenskie liceum, chcialem powioslowac...
- Teraz? Lod mamy na wodzie, chlopczyku. Raczej czas na hokej...
W nastepnej sekundzie licealista Starz powinien byl peknac. Powinien byl blednac i czerwienic sie pod uwaznym spojrzeniem, kropla po kropli wylewac z siebie straszna prawde...
Chcial sie przyznac. Tak jak, czasem, chce sie jesc, chce sie zalatwic potrzebe fizjologiczna...
Dobrze, ze wyglada na mlodszego niz jest w rzeczywistosci. Cugajster wie, ze zaden chlopiec pod takim spojrzeniem nie sklamie. Dorosly ma problemy z oporem, a co dopiero...
Wiec Klaw zatrzepotal rzesami, udajac zmieszanie. O co chodzi - zajmuje sie zwyczajnymi sprawami, sprzata domek, naprawia kapoki... Pilnuje, zeby zamki byly cale... W ubieglym roku ktos lodowke z domku trenera buchnal... A stroza na etacie tu nie ma...
- Sam tu bywasz? Czy moze z kolega? Z kolezanka?
Pokrecil glowa tak, ze wlosy wypadly mu spod kaptura. Nikomu sie nie chce na to odludzie jechac, a on lubi, jemu sie podoba, ze nikt mu nie przeszkadza...
- Kiedy byles tu ostatni raz? Spotkales tu kogos? Widziales kogos?
Ochoczo pokiwal glowa: byli tu rozni. Jeden szczyl sie szwendal, pewnie chcial cos skolowac. No, wedkarze przychodza. Herbata czestowali z ter...
Brutalnie mu przerwano. Kazali sie zamknac, zawracac i wynocha, i zeby sie tu wiecej nie pojawial. Tu sie pojawia, jak sie wydaje, nawjactwo...
Drobnymi krokami, ogladajac sie, wyszedl za brame bazy. W polowie drogi do przystanku autobusowego skrecil z drogi, wlazl w mlody jodlowy zagajnik, usiadl na wilgotnej zimnej choinie i zapalil.
Oni chcieli zabic Diunke. Zmusic do ponownej smierci. Ale ona odeszla; on wie, ze Diunka sie uratowala, ze nic jej juz nie grozi.
Tym razem.
* * *
Iwga lezala na tapczanie, na mechatym pledzie. Lezala, przywierajac ramieniem do sciany, nie zdejmujac swetra ani podniszczonych spodni. Prow siedzial obok, przy jej stopach, a swobodne ulozenie ciala do niczego jakby nie zobowiazywalo. Spokoj i zyczliwosc, zadnego nacisku - ale jednoczesnie Iwga nie moze sie podniesc, poki Prow jej nie wypusci. Moze Iwga niepotrzebnie przypisuje mu wyrachowanie, jakiego tak naprawde wcale tu nie ma. Po prostu ze strachu. Chociaz niby czego ma sie bac, skoro nie jest niawka?
- Czego sie boisz? - niezbyt glosno zapytal Prow, jakby wychwyciwszy te jej mysl.
Pokrecila glowa na poduszce:
- Niczego...
„Miksturka”, jaka bez sprzeciwu wypila, podporzadkowawszy sie jego delikatnemu poleceniu, rzeczywiscie nie byla ani narkotykiem, ani srodkiem nasennym. Jakas ziolowa, przyjemnie rozluzniajaca mieszanka. Zreszta, jej tam bylo wszystko jedno, lubi podporzadkowywac sie komus. Skuwajaca pokora - i calkowity spokoj. Taka spokojna, dobra, mila rzecz.
- Chcesz sie umyc?
Iwga uniosla ciezkie powieki.
- Co?
- Czy chcesz wziac prysznic? Przeciez jestes brudna jak prosie...
Iwga usmiechnela sie z przymusem.
- Tak... O ile rybki... w lazience... sie nie przestrasza.
Po fakcie uprzytomnila sobie, ze wyszlo to dwuznacznie i zaczerwienila sie. Paskudny taki rumieniec, az do lez.
- Rybki sa przyzwyczajone - powiedzial Prow z usmiechem.
Jego reka spoczela na brzuchu Iwgi.
Iwga rozryczala sie.
Nie wiedziala, ktore ze swoich nieszczesc powinna oplakiwac w pierwszej kolejnosci. Silniejsza wydawala sie gorycz z powodu braku perspektyw na spokojny poranek z brzekiem naczyn w tle; ze nie bedzie wpadalo slonce przez uchylone okno i Nazar... tak. Nazar nie zawola jej na sniadanie. Iwga oddalaby zycie za jeden taki poranek... Za wielokrotnie wysmiewane szczescie - szczescie bycia jak wszyscy...
- Jestem wiedzma - powiedziala ze szlochem.
Ten powaznie skinal glowa:
- To nie powod do powodzi lez.