Okrutnie chcialo mu sie poznac rewelacje z Kwinty, ktorych jakos sterowni dlugo skapiono. Wreszcie Nakamura zlitowal sie nad pilotami i wyswietlil im efekt zwiadu, przekazany z prozniowej komory poza statkiem.
Zaczynal sie od bajki — tej samej, ktora przekazal planecie solaser. Dluga seria biegly potem krajobrazy: chyba rezerwatow przyrody, nie tknietych przez cywilizacje. Morskie wybrzeza, fale lamiace sie na piasku, czerwono zachodzace Slonce w niskich chmurach, lesne masywy, o zieleni daleko ciemniejszej niz ziemska; ogromne korony niektorych drzew byly niemal granatowe. Na tym wciaz zmieniajacym sie tle zajasnialy litery. AKCEPTACJA.WASZEGO RAKIETOWEGO POCISKU O MASIE DO 300000 TON METRYCZNYCH POZYTYWNIE USTALONA PRZY GWARANCJI WASZEJ PASYWNOSCI I DOBREJ WOLI STOP OTO KOSMODROM STOP
Z ciezkiej zielonej mgly wylonila sie ogromna plaszczyzna, widziana z niebotycznych wyzyn. Lsnila jak matowa zastygla rtec. Zdumiewajaco smuklymi iglami staly na niej w regularnych odstepach, jak figury na szachownicy, stalagmity, nieskazitelnie biale, ostro konczyste, i rosly. Tak, rosly — a wlasciwie wysuwaly sie w gore, kazdy obleczony u podstawy pajecza zlotawa siecia, az znieruchomialy. Na dalekim niebosklonie, zupelnie bezchmurnym, lecialy ptaki — kazdy o czterech wolno zeglujacych skrzydlach. Musialy byc olbrzymie. Ciagnely niby zurawie odlatujace z zimnych stron. Na dole, u stalagmitow — a oczy ludzkie juz rozpoznawaly w nich rakiety — mzyl kolorowy i ciemny drobiazg — istne tlumy, wplywajace w glab bialych statkow po szerokich pochylniach. Wszyscy wytrzeszczali oczy, natezali wzrok, zeby zobaczyc nareszcie, jak wygladaja Kwintanie — ale z tym samym rezultatem jakby gosc z Neptuna usilowal rozpoznac ludzki wyglad, patrzac z milowej odleglosci na zatloczony olimpijski stadion. Barwna, ruchliwa cizba wciaz tloczyla sie u stop pochylni i wciaz rzekami znikala w jasnych jak snieg statkach. Na ich kadlubach pionowymi rzedami hieroglifow blyszczaly nieczytelne inskrypcje. Tlum juz rzednial i wszyscy czekali niechybnego startu tej bialej flotylli, lecz poczela sie zapadac z majestatyczna powolnoscia.
Zlotobrazowe pajecze sieci opadaly z kadlubow jak zetlale, tworzac nieregularne kregi. Juz tylko biale dzioby wznosily sie nad jeziorem plaskiej rteci, az i one weszly do czerwonego mroku studzien i nie zadne klapy czy wrota zamknely sie nad nimi — lecz sama owa zmatowiala rtec. Zrobilo sie calkiem pusto, zza brzegu wpelznal powoli na ekran wielonog, wyraznie mechaniczny, nie jakis zywy stwor, o plaskim scietym ryju. Bily zen fontanny jasnego, zoltawego plynu, rozlewajac sie i zarazem kipiac jak wrzatek: a kiedy caly sie wygotowal, rtec stala sie czarna jak bitumiczne jezioro, wielonog zgial sie w kablak tak, ze jego srodkowe nogi zawisly w powietrzu, zwrocil sie wprost ku patrzacym ludziom i otwarl czworo oczu — chyba cztery okna? Cztery reflektory? Ale wygladaly jak wielkie, rybie, okragle, zdziwione oczy z waska opaska metalicznej teczowki i czarniawa, polyskliwa zrenica. Ten mechaniczny pojazd zdawal sie im przygladac z pelnym troski zastanowieniem. Jakby patrzal czworgiem tych zrenic, ktore juz nie byly okragle, lecz zwezaly sie niczym u kota, a zarazem w srodku ich cos slablo, niebieskawo drgalo. Potem przy padl na powrot do czarnego podloza i kolyszac sie na boki jak stonoga, truchtem wybiegl z pola widzenia. Na niebie nie bylo juz ptakow, tylko napisy:
TO NASZ KOSMODROM AKCEPTUJEMY WASZE PRZYBYCIE DALSZY CIAG NASTAPI STOP
Jakoz nastapil ten dalszy ciag, najpierw jako burza z piorunami, nawalnica, siekaca skosnym deszczem kaskadowe budowle, polaczone z soba bezlikiem napowietrznych wiaduktow. Dziwne miasto w oberwaniu chmury — woda lala sie po oblych dachach, tryskala z rzygaczy u podnoza mostow, ale to nie byly jednak mosty, raczej tunele, z eliptycznymi oknami, a w srodku pedzily smugi dygocacego swiatla. Nadziemny transport? Ani zywego ducha nigdzie, glab ulic — ale poniewaz budowle byly kaskadowe, jak odlane z metalu tolteckie piramidy, nie bylo tam wlasciwie ulic, nie mozna bylo dostrzec wlasciwego poziomu miasta — jezeli to bylo miasto — deszcz lal mieciony wichura, przeganial po gigantycznych gmachach srebrzace sie fale ulewy, pioruny bily bez wydania glosu, z piramidowych budowli woda leciala w dziwny sposob: zbieraly ja wyzlobienia jak rynny, tak u konca podniesione, ze wielkie strumienie wylatywaly w powietrze i mieszaly sie z wciaz lejacym deszczem. Az jeden z piorunow rozlamal sie i stezal w ogniste zgloski:
BURZE SA NA NASZEJ PLANECIE ZJAWISKIEM CZESTYM STOP
Obraz spopielal i zgasl. Z brudnej szarosci wyrysowaly sie jakies zgruchotane kontury. Gdzies z glebi drzal amalgamat ognia i chmur albo dymu. Warstwami na warstwach spoczywaly zlomiska ogromnych konstrukcji. Na pierw szym planie lezaly bialawe plamy, jakby kadluby nagich, porozrywanych stworzen, umazane blotem, rownymi rzedami. Nad tym cmentarzyskiem zelaznej barwy zajasnialy litery:
TO MIASTO ZOSTALO ZNISZCZONE WASZYM LUNOKLAZMEM STOP
Napis znikl, a obraz wedrowal po ruinach, ukazywal zblizenia niepojetych urzadzen, jedno, obwalowane umocnieniem niezwykle grubego metalu, rozpeklo sie, w srodku — tu teleobiektyw dokonal najazdu — znow poszarpano szczatki o nieodgadnionym ksztalcie ich zycia —jak ludzkie trupy, gdy sieje wydobywa ze zbiorowych grobow —juz na wpol zlachmanione gliniasto, i w gwaltownym cofnieciu znow bezmierna rozleglosc zlomowisk, z glebokimi wykopami, a w nich jak tepokrywe owady wzeraly sie w gruz zuwaczkami pregowane czerwienia przysadziste spychacze, brnac uparcie, z trudem, walac w centrum alabastrowomleczny rozlupany fronton, caly w osmalinach pozogi, az i ta sciana runela i kurz wznoszac sie rudym klebowiskiem zalal caly obraz. Przez kilka chwil w sterowni slychac bylo tylko przyspieszone oddechy i tykot sekundnika. Pojasnialo. Ukazal sie dziwny diadem, krysztal przejrzysty jak lza, z wglebieniem nie dla ludzkiej czaszki, o brylantowo roziskrzonych szypulach, a w nim drzal wtopiony, zwarty, dodekaedr, bladorozowy spinel. Nad nim napis: ZWIENCZENIE. KONIEC.
Ale to nie byl koniec: w halogenowym, razacym swietle zaczarnialy bezglowe skorupiaki na lagodnym sklonie zbocza gorskiego —jak stado bydla pasace sie na hali — prozno wzrok usilowal rozpoznac w nich wielkie zolwie? gigantyczne chrzaszcze? — obraz uniosl sie, szedl coraz bardziej stroma skalna sciana, z czarnymi wylotami grot, jaskin, ciekla z nich nie woda chyba, lecz plynny mial, brunatno-zolta wymiocina. Potem na liliowym falujacym lagodnie tle poczely biec slowa:
AKCEPTUJEMY WASZE PRZYBYCIE STATKIEM DO 300 000 TON METRYCZNYCH MASY SPOCZYNKOWEJ STOP NA KOSMODROMIE AA035 UWIDOCZNIONYM STOP, PODAJCIE TERMIN GWARANTUJEMY WAM POKOJ ZAPOMNIENIE WEDLUG WASZEJ PROJEKCJI CYLINDRYCZNEJ MERKATORA POLUDNIK 135 ROWNOLEZNIK 48 CZEKAMY WASZEGO SYGNALU ZAPOWIEDZI PRZYBYCIA STOP STOP STOP STOP STOP STOP STOP.
Monitor zgasl i sterownie zalalo dzienne swiatlo. Drugi pilot, bardzo blady, z rekami bezwiednie przycisnietymi do piersi, patrzal jeszcze w pusty ekran. Harrach mocowal sie z soba: grubokroplisty pot ciekl mu z czola i osiadal na gestych jasnych brwiach.
— To... to szantaz... — wybelkotal. — Nas obarczaja wina za to... tam...
Tempe wzdrygnal sie jak nagle przebudzony.
— Wiesz — powiedzial cicho — przeciez to prawda... czy ktos nas tu prosil...? Wpadlismy w sam srodek ich nieszczescia — zeby je powiekszyc.
— Przestan! — warknal Harrach. — Skruchy chcesz, to idz z nia do twojego ksiedza — a mnie nie nawracaj. To nie tylko szantaz... to sprytniejsze, och, juz widze, jak nas chca wziac na hak — opamietaj sie, czlowieku, t o nie jest nasza wina — to oni...
— Ty sie sam lepiej opamietaj. — Tempe wstal, bo nie mogl spokojnie usiedziec. — Bez wzgledu na to, jak sie gra skonczy, cosmy zrobili, tosmy zrobili. Kontakt rozumow, moj Boze. Jezeli juz koniecznie musisz kogos wyklinac, to klnij SETI i CETI, i siebie, ze ci sie chcialo zostac „psychonauta“. A najlepiej zamknij gebe. To najmadrzejsza rzecz, jaka mozesz zrobic.
Po poludniu Sezam wraz z ladownikami wciagnieto na statek. Arago zazadal od Steergarda wspolnej narady nad dalszym postepowaniem. Steergard odmowil wrecz. Zadnych narad ani posiedzen az do zakonczenia definitywnej fazy programu. Strojony laserem gamma falszywy „Hermes“ zniknal za wypukloscia Seksty i pelnym chodem ruszyl ku Kwincie, wymieniajac z nia umowione hasla i odzewy. Tempe po dyzurze chcial sie zobaczyc z dowodca: ten odmowil. Nie przyjmowal nikogo, sam w swojej kajucie. Pilot zjechal na srodokrecie — nie starczylo mu odwagi, zeby pojsc do zakonnika: zawrocil w pol drogi i przez interkom pytal o Gerberta, bo nie bylo go w kabinie. Byl w mesie z Kirstingiem i Nakamura. Statek manewrowal, aby dac maly ciag; pozostawali w cieniu i mieli slabe ciazenie. Na widok jedzacych Tempe uprzytomnil sobie, ze chyba od switu nie mial nic w ustach. Przysiadl sie do nich milczkiem, nalozywszy sobie na talerz pieczen z ryzem, ale gdy tknal mieso widelcem, zrobilo mu sie pierwszy raz w zyciu niedobrze od tych szarawych wlokien — cos jednak trzeba bylo zjesc, wiec wyrzuciwszy co mial na talerzu do ssawy kuchennej, wzial z automatu juz nagrzana papke witaminowa. Aby czymkolwiek zapchac zoladek. Nikt nie odzywal sie do niego, dopiero gdy cisnal talerz i sztucce do zmywarki, Nakamura swoim niklym usmiechem przyzwal go do siebie. Usiadl naprzeciw Japonczyka, ktory wytarl wargi papierowa serwetka, zaczekal, az Kirsting odejdzie i kiedy zostali we trzech z Gerbertem, chylac po swojemu w bok glowe z przyczesanymi gladko czarnymi wlosami, spojrzal oczekujaco na pilota. Ten wzruszyl ramionami na znak, ze nie ma nic do powiedzenia. Nic.
— Kiedy odwracamy sie od swiata, swiat nie znika — znienacka powiedzial fizyk. — Gdzie jest mysl, tam jest i okrucienstwo. Chodza w parze. To trzeba przyjac, skoro nie mozna tego zmienic.
— A dlaczego dowodca nie wpuszcza nikogo do siebie? — wyrwalo sie pilotowi.
— To jego dobre prawo — niewzruszenie odparl Japonczyk. — Dowodca, jak kazdy z nas, musi zachowac twarz. Takze kiedy jest sam. Doktor Gerbert cierpi, pilot Tempe cierpi, a ja nie cierpie. O ojcu Arago nie smiem wspominac.
— Jak to... pan nie cierpi...? — nie zrozumial go Tempe.
— Nie mam na to prawa — spokojnie wyjasnil Nakamura. — Nowozytna fizyka wymaga takiej wyobrazni, ktora nie cofa sie przed niczym. To nie moja zasluga — to dar moich przodkow. Nie jestem prorokiem ani jasnowidzem. Jestem