Kwintan, wiec jakze by mogl sam, przy wszystkich zastrzezeniach i watpliwosciach, dyskredytowac tak wielka szanse? Arago widzial ja w czarnym swietle, nim padlo haslo „demonstracji sily“, nazywal oblude obluda, powtarzal, ze ida w licytacje na przewrotnosc i pra tak gwaltownie ku porozumieniu, ze z niego rezygnuja, oslaniajac sie maskami i fortelami, moze przez to i bezpieczniejsi, ale coraz dalsi od autentycznego otwarcia widoku na Obcy Rozum. Przygwazdzali jego wykrety, bili w kazda odmowe, co czynilo cel ekspedycji tym mniej osiagalnym, im brutalniejszych ciosow uzywali w sluzbie tego celu. Wlaczyl otwieracz wlazu, ale musial czekac na wyniki automatycznych analiz i kiedy jego komputer przezuwal naplywajace dane o chemicznym skladzie podloza, o sile wiatru, o radioaktywnosci otoczenia (praktycznie zerowej), mial w glowie zamiast kolejnych etapow programu te wszystkie zle mysli, ktore dotad tlumil. Nakamura podzielal zdanie zakonnika, ale nie przeszedl na jego pozycje, bo rownala sie odwrotowi. On tez przyznawal ojcu Arago racje widzac, ze zadna racja go nie powstrzyma. Jesli Kwinta byla pieklem, gotow byl zejsc do piekla, zeby zobaczyc Kwintan.

Co prawda na razie nie zanosilo sie na piekielne przyjecie. Wiatr dziewiec metrow na sekunde, widocznosc pod pulapem chmur dobra, zadnych trutek, min, ladunkow pod ultraakustycznie przesondowanymi wykladzinami ladowiska. Rozlegl sie swist, to zewnetrzne cisnienie wyrownywalo sie z panujacym w kabinie, nad wlazem zaplonely trzy zielone lampki, ciezka tarcza wykonala pol obrotu i odskoczyla w gore. Dobiegl go grzechot opuszczanego trapu i trzask, z jakim jego rozwory usztywnily sie, wsparte skosnie o beton. Wyjrzal. Przez szklo helmu uderzyl go pelny blask dnia. Z czteropietrowej wysokosci widzial ogromna rownine kosmodromu pod chmurnym znow niebem, polnocne pogorze zginelo we mglach, w dali z dlugiej linii niskich studziennych wylotow szly rude i czerwonawe dymy, a na ich tle stala ogromna krzywa wieza, mocniej pochylona od wiezy w Pizie: „Hermes“, samotny i niezwykly w pustce, zastygly o jakas mile. Zreszta nigdzie ani zywego ducha.

Tam, gdzie skryly sie za opadajacymi chmurami wzgorza, na samym krancu betonowej plaszczyzny stal niski walcowaty budynek, podobny do hangaru zeppelinow. Zza jego sylwety wychodzily ku niebu cienkie masztowe prety, polaczone lsniacymi nicmi jak pajeczyna wysnuta na cwierc' widnokregu. Matwowata metropolia z jej okiem znikla za dymnym horyzontem i pomyslal, ze teraz obserwuja go ta pajecza siecia. Lornetowal ja uwaznie z trapu, zaskoczony nieregularnosciami przedziwa. Zwisalo niejednakowo, tworzac mniejsze i wieksze oka, jak stary niewod rozwieszony przez olbrzyma rybaka, na masztach tak przeciazanych wlasna wysokoscia i siecia, ze sie powyginaly w rozne strony. Bardzo nieporzadnie to wygladalo. Zreszta kosmodrom byl pusty jak teren oddany po ewakuacji nieprzyjacielowi. Otrzasnawszy sie z tylez odrazajacego, co natarczywego wrazenia, ze zamiast antenowej instalacji oglada dzielo monstrualnych owadow, zeszedl tylem po trapie, schylony pod niesionym pojemnikiem, bo wazyl prawie cetnar. Rozpial szelki, opuscil kontener na beton i potoczyl go prosto ku „Hermesowi“, sterczacemu skosnie ze zgruchotanej rufy. Szedl rownym krokiem, bez specjalnego pospiechu, nie dajac tym, co go sledzili — a nie watpil, ze bacza nan niewidzialnie — niczego, co by moglo sklonic do jakichkolwiek podejrzen.

Wiedzieli, ze ma zbadac wrak, nie wiedzieli jednak, jakim sposobem. U rufy, wbitej zmiazdzonymi dyszami w promieniscie popekany beton, przystanal i rozejrzal sie. Slyszal przez helm poszumy porywistego wiatru, choc prawie nie wyczuwal go w skafandrze. Pisk chronometru przywolal go do rzeczy. Skladana duralowa drabinka okazala sie zbedna. Tuz nad tulejami dysz, zgniecionymi w olbrzymie harmonie, ziala w rufie osmalona przestrzelina z. jezorami wydartych na zewnatrz blach pancernych i wygietym eksplozja kikutem kadlubowego wregu. Od biedy mozna sie bylo wczolgac przez ten otwor do srodka, uwazajac tylko, by nie rozedrzec skafandra o stalowe zadziory. Wlazl na gore po stopie rufowej lapy, ktora nie zdazyla sie przy ladowaniu wysunac do konca, tak spieszno im bylo z otwarciem ognia, zreszta rozsadnie, gdyz statek jest najbardziej bezbronny w chwili, kiedy gasi glowny ciag przenoszac cala swoja mase na wysuwanie podpory. Wciagnawszy za soba pojemnik, zadarl glowe, He sie dalo, aby sprawdzic stan kadluba. Nie mogl z dolu zobaczyc dziobowych wlazow, ktore byly przyspawane na glucho, ale wrota ladowni widzial i zdziwil sie, ze sa zamkniete i nie sforsowane. Po dobremu nie dalyby sie otworzyc z zewnatrz. To go zaskoczylo. Jakze — zniszczywszy maszynownie jednym grubokalibrowym strzalem, majac ugodzony statek w takim przechyle, penetrowali go przez radioaktywna przestrzeline metrowej srednicy, zamiast podeprzec najpierw solidnym rusztowaniem i wlamac sie do srodkowych ladowni? Po stu latach wojny nie maja saperow z odpowiednim sprzetem ani porzadnej wojskowej inzynierii? Wciaz dziwiac sie obyczajom miejscowej armii szamotal sie z kontenerem, juz wewnatrz statku, az skierowal radiometr w mroki. Reaktor jednorazowego uzytku stopil sie trafiony, tak jak to obmyslili projektanci i wyciekl przez umyslnie przygotowane kingstony w glab rozpeklych plyt kosmodromu, tworzac niezbyt wielka radioaktywna plame. Myslac, jak ladnie wykoncypowali to Polassar z Nakamura, oswietlil wnetrze recznym reflektorkiem. Otaczala go mroczna cisza. Po maszynowni nie zostalo nawet rumowisko. Konstrukcja miala taka wytrzymalosc, by dzwigac dwa tysiace ton pustej makiety i rozleciec sie na strzepy od podmuchu. Strzalka geigera podskoczyla na skali i zapewnila go, ze przez godzine nie dostanie wiecej niz sto rentgenow. Wyjal z kontenera dwie plaskie metalowe kasety i wytrzasnal cala ich zawartosc, az zamrowilo od syntywow, syntetycznych insektow z mikrosensorami. Uklakl miedzy nimi ostroznie jakby skladal zalobny hold zdruzgotanemu statkowi i wlaczyl aktywacyjny uklad na dnie wiekszej kasety. Mrowisko, rozsypane po zwichrowanej blasze, ozylo. Bezladnie, pospiesznie drygajac drucikami nozek, jak prawdziwe chrzaszcze, gdy usiluja sie odwrocic, rzucane na grzbiet, syntywy pobiegly na wszystkie strony. Czekal cierpliwie, az opuszcza go ostatnie. Kiedy juz tylko pare widac zdefektowanych sztuk krecilo mu sie bezradnie u kolan, wstal i wydostal sie na dzienne swiatlo, ciagnac za soba niemal pusty kontener. W polowie drogi dobyl zen spory pierscien, rozwarl jego statyw, skierowal w rufe i wrocil do „Ziemi“. Od ladowania minelo 59 minut. Przez dalszych trzydziesci fotografowal okolice, glownie siegajaca nieba pajecza siec, zmieniajac filtry i obiektywy, po czym wszedl po trapie do rakiety. W ciemnawej sterowce swiecil juz auskutacyjny monitor. Syntywy meldowaly sie podczerwienia przez przekaznik, ustawiony dla lepszej koherencji w polowie dystansu. Wraz z komputerem i jego programem tworzyly elektronowy mikroskop, o tyle szczegolny, ze rozdzielony przestrzennie na podzespoly. Dziesiec tysiecy jego zuczkow myszkowalo po wszystkich zakamarkach wraku, penetrujac sadze, smieci, szczatki, kurz, opilki i odpryski stopionych metali, zeby wykryc to, czego przedtem tam nie bylo. Ich elektroniczne ryjki objawialy „ordofilie“ — pociag do molekularnego ladu, jaki cechuje wszelkie zywe czy martwe mikroorganizmy. Zuczki, zbyt glupie, by stawiac diagnozy, byly tylko obiektywami mikroskopu i analizatora w rakiecie, a ten rysowal juz pierwsze krystaliczne mozaiki znalezisk i stawial im rozpoznania. Technobiotyczna sprawnosc miejscowych inzynierow smierci zaslugiwala na szacunek. Zuczki pozwolily zidentyfikowac w niewinnych smieciach wirusy powolnego dzialania. Kazdy z milionow tkwil w maseczce brudu. Komputer nie zdazyl jeszcze okreslic czasu ich latencji. Byly to zarodniki, spiace w molekularnych pieluszkach, by wylegnac sie po tygodniach czy miesiacach. Wysnul z tego odkrycia wazny wniosek: mial ujsc z planety calo, by przyniesc na poklad zaraze. Rozumowanie to, logicznie bez zarzutu, zachecalo do smialych poczynan — wszak tylko wracajac mogl zostac doreczycielem zguby. Tu blysla mu jednak nagla watpliwosc. Wirusy mogly byc zarazem autentyczne i oszukancze. Kiedy je wykryje, wezmie go podlug dopiero co dokonanego wnioskowania — chec zuchwalych wypadow. Jakze latwo lekkomyslnemu ryzykantowi o fatalny wypadek. Znalazl sie w sytuacji typowej dla algebry struktur konfliktu: gracz tworzy sobie model przeciwnika, razem z jego modelem sytuacji, odpowiada na to, sporzadzajac model modelu modelu i tak bez konca. W takiej grze nie ma juz zadnych faktow o definitywnej wiarygodnosci. To ci diable sztuki, pomyslal. Przydaloby sie cos znamienitszego od instrumentow, chociazby egzorcyzmy. Chronometr pisnal mu do ucha: uplywalo sto minut. Przylozyl na plask obie dlonie do plytek i poczul delikatnie mrowiacy prad, ktorym ladowal sie. komputer, by wyslac „Hermesowi“ jednobitowy sygnal laserem, ze jego zwiadowca zyje.

Nadszedl czas wlasciwego rekonesansu. Zbiegl po trapie z drugim kontenerem i wydobyl z rufowego schowka skladany pojazd — lekka rame z siodlem i napedzanych elektrycznie balonowych kolach. Gdy ruszyl w strone gorskich stokow polnocy, ku podniebnej sieci, gdzie stal samotny hangar, zaczal padac drobny deszcz. Mglista szarosc osnula zarysy ogromniejacej budowli. Zatrzymal przed nia otwarty wehikul, otarl rekawica krople wody sciekajace po szkle helmu i oslupial. Kolos byl zarazem najzupelniej obcy i niepojecie swojski. Bezokienny, o wypuklych scianach, wzietych w biegnace rownolegle masywne zebra dzwigarow, sprawial wrazenie przeciwne architektonice i naturze, jak trup wieloryba, ktoremu wstrzelono w brzuch granat ze sprezonym gazem, zeby rozdal mu koszmarnie tusze, wtloczona w kratownice mostu i porozginal ja wygieciami konajacego cielska. Miedzy dwojgiem zeber zial polokragly otwor. Zrzucil z lazjka pojemnik i przez te wrota wtoczyl go przed soba w nieprzenikniony mrok. Naraz obruszyl sie nan zewszad potezny bialy blask. Stal na dnie hali, w ktorej i wielkochod bylby mrowka. Okrazaly ja jedne nad drugimi krzywe, poplatane z soba galerie, niby w zelaznym teatrze z wyrwanymi wnetrznosciami sceny i widowni. Posrodku na azurowej blasze lezala wielobarwna rozgwiazda z kwiatow lsniacych jak krysztaly. Kiedy podszedl blizej, spostrzegl, ze wisi nad nia odwrocony ostroslup przezroczysty jak powietrze i tylko pod ostrym katem jego powierzchnia uwidocznila sie lysnieciem odbitych swiatel. Zatopione w szklistym tetraderze kolejno stawaly szmaragdowe litery:

TO JEST POWITANIE STOP

Krysztalowe kwiaty zaplonely wspanialymi kolorami od jasnego lazuru po gleboki fiolet. Ich

Вы читаете Fiasko
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату