swietliste kielichy rozchylaly sie. W kazdym plonal ogniowy brylant. Napis ustapil miejsca drugiemu:

SPELNIAMY WASZE ZYCZENIE STOP Stal bez ruchu, a tecza palajacych krysztalow z wolna szarzala. Ich diamenty tlaly jeszcze przez chwile rubinowo, az znikly i wszystko rozsypalo sie w lekki popiol. Stal przed kolczasta zwojnica posplatanych drutow, a w krysztale zazielenialy nowe slowa:

POWITANIE ZAKONCZONE STOP Podniosl oczy znad dogorywajacego popieliska, obiegl wzrokiem galerie, ich zwisle wiechcie, miejscami poodrywane od wkleslych scian, i drgnal jak uderzony w twarz. Pojal naraz swojskosc dziwacznej budowli: byla wywrocona, stokrotnie rozdeta kopia „Hermesa“. Galerie powtarzaly rusztowania, przyspawane podczas montazu do burt i zgniecione eksplozja w chwili gdy ladowal, a zebra, wgniecione we fronton, byly wregami statku, opasujacymi teraz jego wynicowany kadlub z zewnatrz. Swiatla pod okapami zwichnietych krzywo gankow kolejno gasly, az wrocila ciemnosc i tylko zawieszony w powietrzu napis POWITANIE SKONCZONE STOP jasnial slabnacym pomalu seledynem.

Co mial poczac? Spenetrowawszy ugodzony statek powtorzyli go z doskonaloscia bezmyslnej precyzji albo wyrafinowanego szyderstwa, by wszedl wen jak do brzucha zabitego, wypatroszonego stworzenia. Czy sprawila to zlosliwa perfidia, czy rytual nieludzkiej kultury, tak wlasnie okazujacej goscine, tkwil w bledniku bez wyjscia. Cofajac sie tylem w mroku potracil kontener, ktory z lomotem runal na blachy i ten halasliwy upadek zarazem otrzezwil go i rozjuszyl.

Biegiem wytoczyl ciezar ku dziennemu swiatlu na deszcz.

Mokre betony pociemnialy. Za mzawka srebrzyla sie w dali igla jego rakiety, brudne chmary dymow z czerwonych skier jednostajnie falujac plynely w niskie, metne zwisy chmur, a nad calym pustkowiem sterczal pochyla martwa wieza „Hermes“. Sprawdzil czas. Do nastepnych stu minut pozostala prawie godzina. Walczyl z zametem gniewu, zeby odzyskac rozwage i spokoj. Jesli projektowali maszyny bojowe, logistyke wojennej inzynierii na skale planety i prozni, musieli byc zdolni do logicznego rozumowania. Jezeli nie chca ukazac sie sami, niechby poprowadzili go kierunkowskazami tam, gdzie przekazanym od miesiecy kodem ich terminale udowodnia mu rownaniami algebry konfliktow daremnosc porozumienia. Niechby odtracili argumenty przemocy argumentami rzeczowymi, wyzszej sily, ktora daje im wybor tylko miedzy roznymi postaciami zaglady, ale nie bylo zadnych znakow, terminali, urzadzen do wymiany informacji, nic, mniej niz nic, skoro byl metaliczny dymowy ekran w chmurach, trup ich statku, skazony utajonazaraza,a jako przybytek gosciny jego powtorzony korpus, rozpuchly jak zaba rozdeta na smierc przez wariata i krysztalowy kwietnik, rozpadly dla powitania w popiol. Ceremonial pelen tak sprzecznych sensow, zeby mowil: nic tu po was, intruzi, ani ogniem, ani lodowym obwalem nie wymusicie niczego procz zasadzek, pozorow i kamuflazy. Niech wasz poslaniec robi, co chce — wszedzie spotka go to samo niezlomne milczenie, az wytracony z oczekiwan, zbity z tropu, oglupialy wsciekloscia pocznie bic w co popadnie miotaczem i pogrzebie sie sam pod zwalonymi ruinami albo wypelznie spod nich i odleci, nie z wiedza wykradziona po planowym odwrocie, tylko w panicznej ucieczce. Czy w samej rzeczy mogl cokolwiek forsowac, wdzierac sie sila w zamkniecia, w zelazne obwody jednookiej metropolii za sciana dymow, przeciez w tak pozaczlowieczo obcym otoczeniu tym mniej sie dowie, im gwaltowniej uderzy, nie mogac odroznic tego, co odkryje, od tego, co zniszczy.

Deszcz padal, chmury siadaly, ogarniajac wierzcholek wraku „Hermesa“. Wyjal z kasety w pojemniku biosensor, przyrzad tak czuly, ze o piecset metrow zywo reagowal na tkankowa przemiane cmy. Wskaznik drzal bezustannie nad zerem, dowodzac, ze jak na Ziemi zycie jest tu wszedzie, ale bakterie czy pylki roslin nie mogly sie stac nicia Ariadny. Wspiawszy sie na trap, wysunal lufe do ostatka i skierowal w dymy na poludnie, ku oslonietym nimi rozleglym zabudowaniom szerokoramiennej metropolii. Czujnik nadal drzal slabo przy zerze. Wydluzyl ogniskowa po najdalszy zasieg. Dym, choc metaliczny, nie mogl byc przeszkoda, tak samo jak mury, ale choc powiodl biometrem wzdluz widnokregu, strzalka nie poruszyla sie. Martwe zelazne miasto? Bylo to tak nie do wiary, ze odruchowo potrzasnal aparatem jak zegarkiem, ktory stanal. Dopiero kiedy czyniac zwrot wymierzyl lufa ku majaczacej przez deszcz podniebnej pajeczynie, wskazowka zawachlowala i przy ruchach lufy na. boki weszla w szeroki, rwany dygot.

Wrocil klusem do lazika, polozyl kontener za oparciem, wepchnal biosensor w dwuklowy uchwyt przy kierownicy i pojechal ku podnozu rozpietej na masztach sieci.

Lalo jak z cebra. Deszcz pryskal kaluzami spod kol, zalewal mu szybe helmu, oslepial, a przychodzilo wciaz zerkac na biosensor, wyprawiajacy wskazowka szybkie skoki. Przejechal podlug licznika cztery mile i tym samym zblizal sie do granicznej strefy zwiadu. Mimo to zwiekszyl jeszcze szybkosc. Gdyby nie ostrzegawcze czerwone mrugniecia z tablicy zegarow, stoczylby sie z lazikiem do glebokiego rowu, wygladajacego z dala jak smuga czerni na startowych polach. Zbyt ostro zahamowany pojazd zarzucil, sunac na zablokowanych kolach bokiem, az znieruchomial u krawedzi porozlamywanych plyt. Wysiadl, zeby zlustrowac przeszkode. Mgla, utrudniajac ocene odleglosci, tworzyla pozor glebi — utwardzona rownina urywala sie betonowymi odlamami. Sterczaly czesciowo w powietrzu nad gliniastym brzegiem. Row, niejednakowej szerokosci, lecz nigdzie do przekroczenia po duralowej drabince, utworzyly zapewne ladunki wybuchowe niedawno i w pospiechu, o czym swiadczyla glina miejscami tak poszarpana i nawisla, ze mogla sie w kazdej chwili osunac do reszty.

Przeciwny brzeg, z kawalami gruzu, wtloczonymi eksplozja w il, wznosil sie niezbyt stroma, szeroka skarpa, nad ktora przez mgle przeswitywaly oka niebotycznej pajeczyny. W sporych odstepach wzdluz obrywu widnialy po tamtej stronie w studzienkach zakotwiczenia stalowych lin, typowego naciagu, jakim trzyma sie w pionie maszty antenowe lozyskowane kulowa osada bez wspornikow. Dwom najblizszym rurom eksplozja wyrwala kotwy razem z przeciwwagami. Wiodac wzrokiem wzdluz ich bezwladnie zwislych lin, dostrzegl kilkadziesiat metrow wyzej trzon masztu o wysunietych teleskopowo, coraz cienszych segmentach, wygietych w gorze jak silnie przeciazone wedzisko, przez co niedoprezona siec obwisla i jej najnizsze kable niemal dotykaly gruntu. Jak daleko mogl widziec przez mgle, zbocze pokrywaly jasniejsze od gliny wypuklenia, nie kopulki wkopanych zbiornikow plynu czy gazu, raczej nieregularnie wybrzuszone kretowiska albo zaryte do polowy skorupy olbrzymich zolwi. Moze kapelusze gigantycznych grzybow? Czy schrony-ziemianki?

Ulewa i wiatr hustaly nad nim okami obluzowanej pajeczyny. Wyciagnal z lazika biosensor i poczal wodzic jego wylotem po zboczu. Wskazowka raz po raz wskakiwala w czerwony sektor skali, cofala sie i znow bila w skrajnik, pobudzana metabolizmem nie jakichs mikroskopijnych zyjatek czy mrowek, ale chyba wielorybow lub sloni, jakby stadami przysiadly na ocieklym woda stoku. Zostalo czterdziesci siedem minut do stu. Wracac do rakiety i czekac? Szkoda czasu, a co gorsza moze zmarnowac efekt zaskoczenia. W glowie rysowaly mu sie juz niejasno reguly gry: nie atakowali, lecz ustawili przeszkody, zeby skrecil kark, jesli mu na tym szczegolnie zalezy. Nie bylo co dluzej sie namyslac. Z niewyrazalnym uczuciem jawy mniej rzeczywistej od snu wyjmowal z kontenera przybory dla skoku na drugi brzeg. Zalozyl odrzutowe olstra z naramienna uprzeza, wetknal do kieszeni saperke, biosensor wepchniety do plecaka wzial szelkami na grzbiet, ale ze taka proba nie mogla przeciez zaszkodzic, uzyl pierwej rakietnicy strzelajacej tergalowa lina. Mierzac nisko w tamto zbocze, strzelil podparlszy rakietnice lewym lokciem. Rozwinawszy sie ze swistem, lina trafila skarpe, haki chwycily, ale kiedy pociagnal, rozmokly grunt puscil za pierwszym szarpnieciem. Otwarl wiec zawor, podmuch zalopotal i uniosl go w powietrze lekko jak na cwiczebnym poligonie. Przelecial nad ciemnym korytem z mulasta woda na dnie i zmniejszajac ciag, ktory bil go po nogach zimnym dygotliwym gazem, opadl na upatrzone miejsce za wybrzuszeniem, podobnym,. gdy nad nim szybowal, do ogromnego, nieforemnego chleba, zapieczonego w szorstki azbest. Buty rozjechaly mu sie w blotnistej mazi, lecz ustal. Nie bylo tu zbyt stromo. Otaczaly go brzuchate, przysadziste lepianki barwy popiolu z jasniejszymi smugami tam, gdzie siapily strumyki wody. Porzucona we mgle wioska prymitywnego murzynskiego plemienia. Albo cmentarz z kurhanami. Dobyty z plecaka biosensor skierowal w chropawa, wypukla sciane o krok. Wskazowka zatrzesla sie przy czerwonym maksimum jak slaby woltomierz przytkniety do poteznej dynamomaszyny. Trzymajac przed soba ciezki czujnik z wysunieta lufa jak bron gotowa do strzalu, obiegl dokola szaroskorupiasty garb, wypchniety z gliny, w ktorej jego buty czlapiac zostawialy glebokie slady wypelniajace sie zaraz metna deszczowka. Gnal w gore zbocza od jednego bezforemnego bochna do drugiego. Przyplaszczone wierzchem, przewyzszaly go o pol wzrostu. W sam raz dla mieszkancow wielkosci czlowieka, ale nie bylo zadnych wejsc, otworow, przeziernikow, ambrazur, to nie mogly byc bunkry zupelnie slepe, nieksztaltne, ani trupy pochowane w zeskorupialych grobach. Gdziekolwiek zwracal czujnik, wszedzie wrzalo zycie. Dla porownania zwrocil wylot we wlasna piers. Strzalka od razu zesunela sie z kranca w srodek skali. Ostroznie, aby go nie uszkodzic, odlozyl biosensor, wyrwal skladana saperke z udowej kieszeni skafandra, na kolanach ryl podatna gline, ostrze zgrzytalo o skorupe, ciskal precz maz, wyrzucana sztychami lopatki, woda wypelniala wartko rosnaca wyrwe, wtloczyl cale ramie po bark jak gleboko mogl siegnac, az trafil omackiem na opor poziomego rozgalezienia. System korzeniowy zeskalonych grzybow? Nie — grube, gladkie, kragle przewody, i — co go przerazilo — ani zimne, ani gorace: cieple. Zdyszany, ublocony zerwal sie z kolan i palnal piescia we wloknista skorupe. Poddala sie elastycznie, chociaz dosc twarda i wrocila do poprzedniego ksztaltu. Oparl sie o nia plecami. Przez deszcz widzial dalsze garby, uformowane z taka sama bylejakoscia. Niektore, zblizone ku sobie, tworzyly krete uliczki, idace w gore zbocza, gdzie pochlaniala je mgla.

Naraz przypomnial sobie, ze biosensor jest dwuzakresowy: ma

Вы читаете Fiasko
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату