pokonanych, chociaz miejsce, do ktorego sie wspieli, nie bylo ani troche bardziej drogocenne od miejsca, ktorego pragneli na pare minut. Mentalnosc ekspedycji rowna sie juz mentalnosci tych himalaistow. Jest to zagadka, z ktora ludzie przychodza na swiat i umieraja, wiec sie do niej przyzwyczaili. Druga zagadka dla Nakamury jest los pilota. Oby wrocil! Lecz jesli zajdzie cos nieprzewidzianego, Heparia udowodni, ze bylo bialo, a Norstralia, ze czarno. Ta sprzecznosc zepchnie dowodce z roli msciciela w role sedziego sledczego. Grozba, dosc skuteczna, by wymusic poslowanie, zawisnie w prozni. Trzecia zagadka jest najwieksza. Chodzi o niewidzialnosc Kwintan. Zamach moze nie nastapi. Nie ulega natomiast zadnej watpliwosci kategoryczna niechec Kwintan do ukazania ich wygladu.
— Moze wygladaja jak potwory? — podsunal pilot. z Nakamura wciaz sie usmiechal.
— Tu obowiazuje symetria. Jesli sa potworami dla nas' to my jestesmy nimi dla nich. Prosze o przebaczenie: to jest mysl dziecka. Gdyby osmiornica miala estetyczny zmysl, najpiekniejsza kobieta Ziemi bylaby dla niej potworem. Klucz do tej zagadki tkwi poza estetyka...
— Gdzie? — spytal pilot. Japonczykowi udalo sie gd na dobre zafascynowac. — Wspolne cechy Kwintan i Ziemian wykrylismy wewnatrz obwiedni techniczno-wojennej. Wspolnota ta wiedzie na rozstaje: albo sa do nas podobni, albo sa „monstrami zla“. To rozdroze jest fikcja. Nie jest jednak fikcja, ze nie zycza sobie, bysmy sie zapoznali z ich wygladem.
— Dlaczego?
Nakamura pochylil glowe z ubolewaniem.
— Gdybym wiedzial dlaczego, wezel zostalby rozwiazany i kolega Polassar nie musialby szykowac sideratorow. Osmiele sie tylko na niejasne domniemanie. Wyobraznia nasza rozni sie od zachodniej. W glebokiej tradycji mego kraju spoczywa maska. Sadze, ze Kwintanie, opierajac sie ze wszech sil naszym dazeniom, a wiec nie chcac obecnosci ludzi na planecie, od poczatku sie z nia jednak liczyli. Pilot nie dostrzega jeszcze zwiazku? Pilot moze zobaczy Kwintan i nie dowie sie, ze ich zobaczyl. Wyswietlilismy planecie basn, w ktorej wystepowali czlekoksztaltni bohaterowie. Nakamura nie moze dodac pilotowi odwagi — pilot ma jej wiecej niz potrzeba. Nakamura moze tylko sluzyc jedna rada...
Przerwal i juz bez usmiechu, powoli wymawiajac slowa, powiedzial: — Doradzam pokore. Nie ostroznosc. Nie doradzam tez ufnosci. Doradzam pokore, czyli gotowosc uznania, ze wszystko, ale to wszystko, co pilot ujrzy, jest zupelnie inne, niz sie wyda... Rozmowa skonczona. Dopiero lecac Tempe domyslil sie wyrzutu ukrytego w radach Nakamury. To on, pomyslem o bajce, zdradzil Kwintanom wyglad ludzi. Moze zreszta nie byl to wcale zarzut.
Rozmyslania te przerwalo wzejscie planety. Jej niewinnie biala tarcza, rozsniezona zwojami cirrusow, bez sladu lodowego pierscienia i katastrofy, lagodnie wplynela w mroki, wypierajac ich czern z blada kurzawa gwiazd poza obramowanie monitora. Rownoczesnie zagral cyframi i pospiesznym stukotem odleglosciomierz. Wzdluz poszarpanych fiordami wybrzezy Norstralii szedl z polnocy plaskim ramieniem chmur chlodny front, a oddzielona od niej oceanem Heparia, widoczna w silnym skrocie na wschodniej wypuklosci globu, lezala pod ciemniejszym zachmurzeniem i tylko jej polarny obrys podbiegunowy jasnial lodowymi polami. „Hermes“ dal mu znac, ze za dwadziescia osiem minut dotknie atmosfery i zlecil mala poprawke kursu. Ze sterowni sledzili jego serce, pluca i czynnosciowe prady mozgu Gerbert z Kirstingiem, a w nawigatorni mial jego rakiete na oku dowodca z Nakamura i Polassarem, zeby interweniowac w razie potrzeby. Choc ani krytyczna potrzeba, ani rodzaj interwencji nie zostaly sprecyzowane, to, ze glowny energetyk z glownym fizykiem stali w gotowosci przy Steergardzie, potegowalo dobry jakkolwiek pelen napiecia nastroj na pokladzie. Nadazne teleskopy dawaly ostry obraz srebrnego wrzeciona „Ziemi“, regulujac krotnosc powiekszania tak, by rakieta trwala w centrum na mlecznym tle Kwinty. Wreszcie GOD sypnal w pusty dotad monitor atmosferyczny pomaranczowymi liczbami: pocisk wszedl dwiescie kilometrow nad oceanem w rozrzedzone gazy i poczal sie rozgrzewac.
Zlota iskra ukazala wtargniecie „Ziemi“ w jonosfere. Blysk urosl i rozwinal sie na znak, ze pilot hamuje juz odwroconym ciagiem. Cien rakiety znikl, kiedy dala nurka w chmury. Po dwunastu minutach cezowe zegary czasu projektowego i czasu realnego zeszly do jedynek, po czym spektrograf, sledzacy odrzutowy ogien ladownika, oslepl i po serii zer rzucil ostatnie klasyczne slowo BRENNSCHLUSS.
„Hermes“ poruszal sie wysoko nad Kwinta, by miec punkt ladowania dokladnie pod soba w nadirze. Glowny monitor obserwacyjny wypelnila nieprzenikliwa obloczna zaslona. Zgodnie z zapowiedzia, gospodarze wtryskiwali w powloke chmur nad tym obszarem masy metalicznego pylu, tworzac ekran nie do przebicia przez radarowa radiolokacje. Steergard przystal w koncu na ten warunek, zawarowawszy sobie prawo „uzycia drastycznych srodkow“, gdyby do „Hermesa“ nie dotarl choc jeden z laserowych blyskow, ktore Tempe mial slac co sto minut. Aby przeciez dac jaka taka widocznosc pilotowi w koncowej fazie ladowania, fizycy zaopatrzyli jego rakiete w dodatkowy czlon, wypelniony gazowym zwiazkiem srebra i wolnymi rodnikami amonu pod wysokim cisnieniem. Kiedy pocisk wdarl sie w stratosfere i cial ja rufa w plomienistych grzywach lopocacych wzdluz burt do dziobu, ow pierscienny czlon, okalajacy dotad tuleje dysz, odpalily eksplozywne ladunki, przez co wyprzedzil swoj wehikul i dostawszy sie w ogien i plazme, pekl od goraca. Gwaltownie rozrzedzone gazy zawirowaly jak traba powietrzna i grzmotnym podmuchem rozmiotly w ciezko nawislych chmurach szeroko poszarpany lej.
Trzystutonowa rakieta wykonala na podwoziu kilka gasnacych przysiadow i zamarla na dobre. Czujac wnetrznosciami naplyw ciazenia innego niz przy deceleracji, w slabnacym syku amortyzatorow rozpial pasy, wypuscil powietrze z otuliny skafandra i stanal na rowne nogi. Gurty z klamrami osunely mu sie z barkow i piersi. Analizator nie wskazywal w powietrzu zadnych trujacych gazow, cisnienie wynosilo tysiac sto milibarow, lecz mial wyjsc w helmie, wiec przelaczyl mufe tlenowa na wlasny zbiornik. Po wylaczeniu telewizorow w kabinie zaplonely swiatla. Rzucil okiem na przywieziony kram — po obu stronach siedzenia spoczywaly ciezkie kontenery z kolkami, aby mozna je toczyc jak taczki. Harrach wymalowal na nich z gorliwosci ogromna jedynke i dwojke, jakby mogl je ze soba pomylic. Harrach na pewno zazdroscil mu, lecz niczym tego nie okazywal. Byl dobrym towarzyszem i pilot pozalowal, ze nie ma go przy sobie. Byc moze we dwoch daliby lepiej rade zadaniu.
Grubo przed lotem, gdy nic procz slow Laugera na „Eurydyce“ nie upewnialo go, ze „zobaczy Kwintan“, popadl w depresje rozpoznana przez GODa, ale po rozmowie z lekarzem odrzucil diagnoze maszyny. Nie tym sie gnebil, ze uznal porozumienie z Kwintanami za bezsensowne w zalozeniu, ale tym, ze wdali sie w gre o kontakt z przemoca jako najwyzszym kolorem. Zachowal te mysl dla siebie, bo nad wszystko chcial zobaczyc