samym sercu budowanej przez wiek sferomachii, ze szykuja sie juz, by uderzyc w zrodlo kataklizmu, widome na slonecznej tarczy, bo pieciokroc od niej jasniejsze. Nie dzialo sie jednak nic. Nad planeta wschodzil szerszy od niej slup bialodymnej kurzawy, rozplywal sie wieloplatowym grzybem, calym w rozlamywanych wciaz teczach, okrutnie piekny, a tnacy promien wciaz bil sztychem, przechodzac przez mgielne zwaly jak rozpalona zlota struna, napieta miedzy Sloncem i planeta. Ona sama zdawala sie w samoobronie okrywac pomalu swa tarcze rozdymanymi cirrocumulusami przed tym tak nieprawdopodobnie cienkim, a tak niszczycielskim promieniem, ktory dzgal ostatki skorup lodowych, juz tonace w atmosferze i tylko mgnieniami spomiedzy rozpychanych udarami chmur lyskaly resztki wciaz wirujacego w agonii pierscienia.
Steergard kazal wylaczyc solaser w szostej minucie. Chcial zachowac jako rezerwe pozostala w nim moc. Solaser zgasl tak raptownie, jak rozblysl, i dal im w infraczerwieni znac, ze opuszcza zajmowana dotad pozycje. Jej wykrycie bylo elementarnie latwe, nawet po wygaszeniu, wedlug plankowskiego widma, typowego dla stalych cial o promieniowaniu wymuszonym przez bliskosc chromosfery. Kratownice wyrzucily wiec z malych miotaczy pyl gorejacy w Sloncu i solaser wykonal zmiane stanowiska pod ta oslona, skladajac sie na ksztalt zamykanego sprezyscie wachlarza.
GOD pracowal w szczytowym obciazeniu. Rejestrowal wynik udaru, los niezliczonych satelitow, ktore wparly sie z nizszych orbit w rozepchnieta eksplozjami atmosfere i dogorywaly ognistymi paraboiami, a przy tym doniosl, ze kopia „Hermesa“ mogla zostac tez zmiazdzona magnetodynowym atakiem w koncentracji pol, dajacych biliony gausow. GOD mial w zapasie i czwarta hipoteze, implozyjnych bomb kriotronowych. Dowodca zlecil uznac te dane za archiwalne.
Wciaz trwali na stacjonarnej orbicie w cieniu Seksty, kiedy Steergard wezwal Nakamure i Polassara, by przedstawic odrecznie napisane ultimatum. Za nadajnik mialy posluzyc holograficzne oczy, ginac przy emisji nieposilnych dla nich sygnalow, lecz gra byla warta i takiej swieczki.
Brzmialo jednoznacznie:
WASZ PIERSCIEN ZNISZCZONY W ZAMIAN ZA ATAK NASZEGO STATKU STOP DAJEMY WAM 48 GODZIN RELAKSACJI STOP JEZELI NAS ZAATAKUJECIE ALBO NIE ODPOWIECIE W PIERWSZEJ FAZIE ZMIECIEMY WAM ATMOSFERE STOP W DRUGIEJ FAZIE WYKONAMY OPERACJE PLANETOKLAZMU STOP JEZELI PRZYJMIECIE NASZEGO POSLA
KTORY CALO POWROCI NA NASZ STATEK ZANIECHAMY FAZY PIERWSZEJ I DRUGIEJ STOP STOP STOP STOP
Japonczyk spytal, czy dowodca jest rzeczywiscie gotow zdmuchnac atmosfere. Na kawitacje planety, dodal, nie mamy dosc mocy.
— Wiem. Atmosfery nie zmiote. Licze na to, ze uwierza. A co do sideroklazmu — chce uslyszec zdanie Polassara. Takze za nie wykonana pogrozka musi stac realna sila. Polassar ociagal sie z odpowiedzia.
— Byloby to niebezpiecznym przeciazeniem sideratorow. Co prawda mozna przebic mantie. Jezeli naruszymy podstawe plyt kontynentalnych, biosfera zginie. Ocaleja bakterie i glony. Czy warto o tym mowic?
— Wiecej nie.
Obaj uznali za konieczne rozpoznanie zasiegu katastrofy, co bylo nader trudne. Dziury w szumowej oslonie Kwinty swiadczyly o wypadnieciu setek stacji nadawczych, lecz bez spinografii nie mozna bylo ustalic choc z grubsza zniszczen technicznej infrastruktury na wielkim kontynencie. Efekty kataklizmu dawaly sie juz we znaki poludniowej polkuli i pozostalym ladom. Dzialalnosc sejsmiczna wzmogla sie gwaltownie: na morzach chmur ciemnialy plamy — bodaj wszystkie wulkany zialy magma i gazami ze znaczna skladowa cyjankow. GOD szacowal masy lodu, ktore dotarly do powierzchni gruntu i oceanow, na trzy do czterech trylionow ton. Polnocna polkula ulegla daleko silniejszemu porazeniu niz poludniowa, lecz ocean przybral wszedzie i wtargnal w glab wybrzezy. GOD zastrzegl sie, ze nie moze ustalic, ile szczatkow pierscienia spadlo na planete w stanie stalym, a ile uleglo stopieniu, bo zalezalo to od nie znanej dokladnie wielkosci lodowych bryl. Jesli przekraczaly tysiace ton, stracily tylko ulamek masy w najgestszych warstwach powietrza. Nie umial jednak podac konkretnego dzielnika.
Harrach, ktory dyzurowal przy sterach, nie bral udzialu w rozmowie toczonej w operatorni nad jego glowa, ale slyszal ja i wtracil sie niespodzianie:
— Dowodco, prosze o glos.
— Co znowu? — zniecierpliwil sie Steergard. — Malo ci? Chcesz im dolozyc?
— Nie. Jezeli GOD mowil z sensem, czterdziesci osiem godzin nie wystarczy. Przeciez musza sie jakos pozbierac.
— Za pozno dolaczyles do golebi — rzucil Steergard.
Fizycy przyznali jednak pilotowi slusznosc. Termin odpowiedzi przesunieto do siedemdziesieciu godzin. Wkrotce potem Harrach zostal sam. Przestawil stery na automatyke, bo mial zupelnie dosc przygladania sie Kwincie, zwlaszcza ze dym niezliczonych erupcji wulkanicznych rozlewal sie rudawo po kipiacej bieli planety i pociemniala jak od skrzepow brudnej krwi. Nie byla to krew. Wiedzial, ale nie chcial na to patrzec. Wedle polecenia Steergarda statek jal wirowac na miejscu jak wyciagniete poziome ramie dzwigu. Mieli tak namiastke ciazenia, dzieki sile odsrodkowej, najmocniej wyczuwalnej w sterowni u dziobu. W mesie, do ktorej zeszla zaloga, ten centryfugalny obrot pozwolil siasc do stolow bez niewazkiej akrobacji. Efekty precesyjne, typowe dla zyroskopii, przyprawialy Harracha o mdlosci, choc nieraz plywal na Ziemi i nawet boczna martwa fala nie wtracala go w morska chorobe. Nie mogl usiedziec. Stalo sie to, czego chcial. Biorac na rozum, nie ponosil odpowiedzialnosci za kataklizm. Byl pewien, ze wszystko zaszloby tak samo, gdyby nie wsciekal sie i nie wdawal w niezbyt stosowne spory z Bogu ducha winnym ojcem Arago. Nie, nic by sie nie zmienilo, gdyby robil swoje milczac. Wyskoczyl z siedzenia u sterow, a ledwie rozprostowal nogi, zaczelo go nosic po calej nawigatorni. Nie umial wyladowac inaczej palacego gniewu, ktory wrocil wen jak odbity i naglil, zeby nie czekac, nie trwac z zalozonymi rekami i patrzec na klimatyczne — oby tylko klimatyczne — pomieszanie ugodzonej teradzulowo planety. Gdyby mogl, wylaczylby obraz, lecz tego nie wolno mu bylo zrobic. Elipsoidalne wnetrze obiegala galeria, oddzielajaca gorny poziom od dolnego. Zataczajac sie na rozstawionych nogach jak marynarz przy chwiejbie wbiegl na gore, okrazyl cala galerie klusem — moglby kto myslec, ze wziela go chec trenowania sie w biegu. Na dzwigarach, zbiegajacych sie jak szprychy wielkiego kola, miedzy krzyzulcami umocowanymi do stropu, spoczywala centrala operacyjna. Osiem glebokich foteli okrazalo terminal, podobny do plasko scietego stozka. W jego pobocznicy przed kazdym fotelem pusto mrugal zielony monitor. Na plaskiej plycie tego stolustozka lezal porzucony brulion ultimatum, nakreslony charakterystycznym, pochylonym, ostrym pismem Steergarda. Wszedlszy miedzy fotele Harrach zrobil rzecz, o jaka by sie nigdy w swiecie nie posadzil. Odwrocil te kartke papieru, by lezala nie zapisana strona do gory, i rozejrzal sie, czy ktos tego nie widzi. Lecz tylko mrugajace ekrany udawaly ruch. Usiadl w fotelu, zajmowanym zwykle przez dowodce, popatrzyl na obie strony. Miedzy srebrnoplastykowym obwalowaniem dzwigarow zialy klinowe okna w dol: widac bylo tam nawigatornie, tez mrugajaca drobiem swiatelek roznej barwy, i blask, co szedl wciaz z glownego ekranu — metne swiatlo Kwinty. Harrach oparl sie lokciami o skosny pulpit i zakryl rekami twarz. Gdyby umial, gdyby mogl, moze by zaplakal po tej Sodomie i Gomorze.
KWINTANIE
Zdawal sie zupelnie spokojny i nie pozegnal sie z nikim. Zaden z towarzyszy nie wsiadl z nim do windy, gdy nadszedl czas. W zwyklym bialym skafandrze z helmem pod pacha patrzal na migajace kolejno cyfry mijanych pokladow. Drzwi rozsunely sie same. W kopulastej hali startowej dziwnie drobna stala rakieta, nieskazitelnie srebrna, bo nigdy jeszcze nie przecinala atmosfery i zar nie osmalil jej dziobu ani bokow. Poszedl ku niej po azurowej blasze, odpowiadajacej glucho na kazdy krok, czujac wzmozony ciezar, znak, ze „Hermes“ wzmozonym ciagiem idzie rufa od planety, aby dac mu dobre pchniecie przy starcie. Rozejrzal sie wkolo. Wysoko u zbiegu hakowych dzwigarow plonely rozancami silne swietlowki. Przystanal w ich bezcieniowym blasku, aby nalozyc helm. Wlaz kabiny otwarl sie nad nim. Zaciagane klamry szczeknely, odruchowo dotknal szerokiej obreczy metalowego kolnierza, wciagajac tlen, juz odciety od powietrza wypelniajacego hale, cisnienie bylo nieco za duze, lecz samo sie natychmiast wyrownalo. Podnosnik, na ktory wstapil, ruszyl w gore. Wlaz, przed chwila ciemny, rozjasnil sie od srodka, przesuwny stopien dotknal progu i zamarl. Bez pospiechu przestawiajac nogi w wielkich butach przez prog, wiodac reka w elastycznej rekawicy po rurce poreczy, schylony wpelznal do srodka nogami naprzod, ujal oburacz uchwyty u nadproza i opadl miekko w glab. Wlaz sie zamknal. Doszedl go narastajacy spiewnie swist — to gazoszczelny kolpak, co wisial dotad nad rakieta, opadl na nia, a hydrauliczne tloki dociskaly go do cembrowiny wyrzutowego leja, zeby statek nie stracil przy starcie powietrza i nie zatruly go jadowite plomienie silnikow. Latwo jak w symulatorze podjal zebrowane weze klimatyzacji, wkrecil we wlasciwe mufy skafandra, bagnetowe zaczepy od razu zaskoczyly na dowod, ze gwinty weszly w gwint. Byl juz zespolony z rakieta. Jej scienne obicie jelo puchnac, az zawisl w otulinie elastycznych powijakow, tylko do pach, aby mial swobodne rece. Miejsca nie bylo wiecej niz w egipskim sarkofagu. Tak wlasnie zwano nieraz te jednoosobowe ladowniki. Rekojesc automatu odliczania mial po prawej. Tuz przed oczami swiecily mu w twarz przez szklo helmu tabliczki analogowych wskaznikow i digitalne rezerwowe liczniki wysokosci, mocy, sztuczny horyzont, a posrodku czworokatny monitor, jeszcze slepy. Kiedy pchnal dzwignie do oporu, wszystkie swiatelka zajasnialy, mrugajac do niego z poufala zyczliwoscia, zapewniajac, ze sa gotowe: glowny silnik, osiem korekcyjnych, cztery hamownicze, spadochron pierscienny jonosferyczny i wielki awaryjny (ale ekran blyskawicznie gasnacymi punktami zapewnial go, ze awarii nie bedzie, rysujac idealnie dokladna krzywa lotu, od „Hermesa“, jako zielonej gwiazdki, po wypuklosc planetarnego okregu). Z ulamkowym opoznieniem zameldowal mu sie trzeci spadochron, kaskadowy, zwany piatym kolem u wozu. Nieraz przezywal takie chwile i lubil je. Ufal tym migocacym jak szybki puls zielonym, pomaranczowym i niebieskim swiatelkom.