Jessie nie spotkala Polujacego ani podczas tej, ani poprzedniej wizyty. Wiedziala, ze sie ozenil i mieszka w osobnym wigwamie. Dalaby wiele za to, by te zmiany w zyciu Indianina wplynely pozytywnie na jego stosunek do niej.
– Twoj brat nadal mnie nienawidzi? – krzyknela przez ramie do Bialego Grzmota.
Zaskoczony Indianin mimowolnie odwrocil ku niej glowe.
– Przeciez nigdy cie nie nienawidzil.
– Oczywiscie, ze tak.
Bialy Grzmot szybko opuscil wzrok. Juz od dawna nie widzial Jessie bez ubrania. Twarz mu plonela. Doznawal podobnych uczuc juz wczesniej i zawsze byl za to na siebie zly. Pragnal pozostac przyjacielem Jessie.
– Slyszales, Bialy Grzmocie?
– Tak – krzyknal, nie patrzac na nia. – Bardzo sie mylisz.
– Wiesz, jak sie zachowywal w stosunku do mnie.
– Nie chcial, abys tu przyjezdzala, bo bylas biala jak moj ojciec, ktory odebral Szeroka Rzeke pierwszemu mezowi, ktoremu urodzila Polujacego. Polujacy stracil ojca i zywi teraz uraze do wszystkich bialych.
– Bylam tylko dzieckiem. Nie mial prawa mnie o nic winic.
– Zdawal sobie z tego sprawe. Zaczal nawet zalowac swego postepowania, ale zrobilo sie za pozno.
– Dlaczego? Przeciez bym go zrozumiala.
– Tak, ale czy potrafilabys pojac przyczyny tej odmiany? Widzisz, on zaczal cie pragnac.
Zdziwiona, popatrzyla na niego z niedowierzaniem.
– Dosc zabawnie to okazuje – prychnela.
– Bo jestes biala. Nie mogl pozwolic sobie na to, by pozadac bialej kobiety. Ukrywanie prawdziwych uczuc bardzo wiele go kosztowalo, dlatego wolal traktowac cie szorstko.
– Skad ty to wszystko wiesz? Zwierzal ci sie?
– Nie. Po prostu wiem.
– Przeciez mozesz sie mylic, prawda?
– Watpie. Ale czy wolalabys nadal sadzic, ze on cie nienawidzi, choc to nieprawda?
– Chyba tak – odparla powaznie. – Tylu mezczyzn naraz zaczyna mnie pragnac. To bardzo niepokojace. Nie jestem do czegos takiego przyzwyczajona. Dlaczego tak sie dzieje? Nie rozumiem. Przeciez trudno mnie uznac za uosobienie pieknosci. Zwykle lepie sie od potu i chodze w spodniach. Maly Jastrzab az do dzis nie widzial mnie w sukience. A jednak on i Chase…
– Tak sie wiec nazywa ten drugi? – przerwal Bialy Grzmot.
– O nim nie bedziemy rozmawiac – odparla Jessie z kamienna twarza. – Powiedz mi tylko, czy Polujacy na Czarnego Niedzwiedzia jest szczesliwy ze swoja zona? Bedzie mnie traktowal mniej wrogo?
– Chyba tak, ale nie potrafie powiedziec, co teraz do ciebie czuje.
– Gdzie on sie podziewa?
– Poszedl polowac, ale lada moment powinien wrocic. -Bialy Grzmot podniosl sie z ziemi i rozejrzal czujnie wokol. – Chyba slysze jego zwycieski okrzyk. A ty?
– Owszem. Mozesz juz isc, Bialy Grzmocie, prawie skonczylam.
– Na pewno?
– Tak. Maly Jastrzab bedzie ogladal zdobycz Polujacego, wiec nie zakloci mi spokoju, a nikogo innego sie nie boje. Idz.
Jessie dokonczyla mycie wlosow. Zupelnie sie nie spieszyla. Skupiona na wlasnych problemach, nie byla wcale ciekawa zdobyczy Polujacego. Predzej czy pozniej i tak musiala sie dowiedziec, co tez ustrzelil.
Wiec Polujacy takze jej pragnal… W zamysleniu pokrecila glowa. Te wszystkie aspekty pozadania wydawaly sie dziewczynie nader dziwne. Pozadal jej bowiem Blue i Maly Jastrzab. Chase zreszta rowniez, ale tylko raz. Natomiast Polujacy na Czarnego Niedzwiedzia walczyl z pozadaniem i odnosil sie do niej wrogo, by ukryc swoja namietnosc. Gdzie w tym wszystkim byla milosc? Rachel jedynie udawala, ze kocha Thomasa, a to, co on czul, nie moglo byc miloscia, gdyz zmienilo sie w nienawisc. W ksiazkach prawdziwa milosc wydawala sie dobrodziejstwem, lecz Jessie nigdy nie miala okazji zaobserwowac, by jacys malzonkowie okazywali sobie uczucia, o ktorych czytala. Czy istnialo w ogole cos takiego jak milosc?
W kilka minut pozniej, ubrana, z wlosami nie calkiem jeszcze wysuszonymi, lecz splecionymi starannie w warkocze, Jessie wyszla na waska sciezke, prowadzaca do obozu. Droge zagrodzil jej natychmiast Maly Jastrzab, stojacy na srodku sciezki, z szeroko rozstawionymi nogami i rekami skrzyzowanymi na piersiach. Zdjal juz odswietna koszule oraz legginsy; mial na sobie wylacznie przepaske 1 mokasyny,
Jessie zdolala ukryc zdziwienie. Popatrzyla mu prosto w oczy.
– Jesli jestes gotowa, odprowadze cie do namiotu – zaproponowal Maly Jastrzab.
– Teraz mowisz po angielsku…
– Kiedy jestesmy sami, nie mam innego wyjscia – odparl, wzruszajac ramionami. – Nie powinnas sie tu krecic bez broni – dodal szorstko.
– Nie potrzebowalam broni. Zanim nadszedles, nie bylam sama. Bo przeciez pojawiles sie przed chwila.
– Bedziesz zadowolona, jesli potwierdze?
– Co to za odpowiedz?! – warknela.
– Moze wolalabys uslyszec, ze nadszedlem, kiedy sie juz wycieralas?
Oczy Jessie rzucaly blyskawice.
– Dlaczego sie nie pokazales? Nie miales prawa mnie ogladac!
– Nie protestowalas, kiedy Bialy Grzmot na ciebie patrzyl.
– Nie patrzyl. Nie zrobilby czegos podobnego! To moj przyjaciel. Ufam mu.
– Nabierzesz zaufania i do mnie – rzekl Maly Jastrzab z usmiechem.
– Jak to mozliwe, skoro mnie sledzisz?
– Spokojnie, Podobna – przerwal i stanal na wprost Jessie, tak by musiala patrzec mu w oczy. – Dlaczego sie zloscisz? Nie pozwalasz mi nawet na siebie patrzec, choc wiesz, ze mam uczciwe zamiary. Czy to nie naturalne, ze mezczyzna szuka towarzystwa kobiety, ktora prosil o reke? Nie wiedzialem, ze zastane cie w kapieli, ale nie zaluje. Twoj widok sprawil mi wielka przyjemnosc.
Mowil cos jeszcze, ale juz we wlasnym jezyku, a potem, wykorzystujac zdumienie dziewczyny, porwal ja nagle w ramiona i pocalowal.
Pocalunek Malego Jastrzebia przeszyl ja na wylot. Przerazona glebia swych doznan, nie potrafila im sie oprzec.
Kiedy w koncu wypuscil ja z objec, stal przez chwile nieruchomo, wpatrujac sie w dziewczyne plonacym wzrokiem. A potem usmiechnal sie szeroko, zadowolony ze zwyciestwa.
– Masz w oczach niebo i las, a kiedy sie zloscisz, blyszcza w nich gwiazdy. Musisz jednak poskromic swoj temperament, Podobna. Moja pierwsza zona ma bardzo lagodne usposobienie i nie zrozumie twoich wybuchow.
– Nie musisz sie martwic – odparla. – Nigdy nie poznam twojej zony, a do obozu wroce sama, dziekuje.
Probowala wyminac Malego Jastrzebia, ale on chwycil ja za ramie.
– Naprawde nie mozesz pogodzic sie z tym, ze mam zone? – spytal cicho.
– Oczywiscie, ze nie moge.
– Przeciez bede kochal was obie.
– Znam wasze obyczaje – odparla obronnym tonem. – Naleze jednak do innego swiata i pragne meza wylacznie dla siebie.
– W takim razie porzuce zone.
– Ani mi sie waz! – warknela. – Nie bylabym w stanie tego zniesc. Musisz sie nia opiekowac.
– Ale ja pragne ciebie, Podobna. Jessie miala ochote krzyczec.