– Zgoda. Od tej pory bedzie Rudolfem.
Rozdzial drugi
W tym samym czasie Horst Neumann pedalowal na rowerze z gospodarstwa Doghertych do wioski. Mial na sobie gruby golf, welniana kurtke, nogawki spodni wsunal w cieple kalosze. Dzien byl jasny i sloneczny. Puszyste biale chmurki, popychane przez silny polnocny wiatr, plynely po ciemnoniebieskim niebie. Ich cienie przemykaly po lakach i stokach, potem znikaly nad plaza. Ostatni przyzwoity dzien na dluzszy czas. Zapowiadano pogorszenie pogody na wschodzie kraju, zacznie sie to jutro w poludnie i potrwa wiele dni. Neumann chcial sie wyrwac na kilka godzin z domu, skoro juz trafila sie okazja. Musial pomyslec. Wiatr silniej szarpnal, omal nie przewracajac roweru toczacego sie po waskiej drodze. Neumann opuscil glowe i zaczal mocniej naciskac pedaly. Obejrzal sie przez ramie. Dogherty sie poddal. Zsiadl z roweru i prowadzil go z ponura mina.
Neumann udal, ze tego nie zauwazyl, i jechal dalej. Pochylony nad kierownica ostro pial sie pod gore. Dotarlszy na szczyt, potoczyl sie na dol. Droga byla twarda po nocnym przymrozku i rower tak glosno gruchotal na wadolach, ze Neumann sie bal, czy nie trzasnie mu przednie kolo. Wiatr ucichl, w dole pojawila sie wioska. Neumann minal most i zatrzymal sie po drugiej stronie. Polozyl rower w wysokiej trawie przy drodze i usiadl obok. Wystawil twarz na slonce. Mimo chlodu promienie ogrzewaly mu policzki. Nad jego glowa cicho szybowalo stado mew. Przymknal powieki i wsluchal sie w szum morza. Uderzyla go idiotyczna mysl: bedzie tesknil za ta wioska, gdy nadejdzie pora powrotu.
Otworzyl oczy i na wzniesieniu dostrzegl Dogherty'ego, ktory zdjal czapke, otarl czolo i pomachal.
– Odsapnij, Sean! – zawolal Neumann i pokazal na slonce, tlumaczac, dlaczego mu sie nie spieszy.
Dogherty wdrapal sie na rower i ruszyl w dol. Neumann obserwowal go, potem odwrocil sie w strone morza. Wiadomosc, ktora dzis wczesnym rankiem otrzymal od Vogla, nie dawala mu spokoju. Staral sie o niej nie myslec, ale dluzej juz nie mogl. Hamburg przekazal mu zaszyfrowane polecenie: ma zaopiekowac sie Catherine Blake w Londynie. A wiec ma ja sledzic, zeby sprawdzic, czyjej z kolei nie sledzi przeciwnik. Moglo to oznaczac wszystko. Ze Vogel chce sie upewnic, czy informacje przekazywane przez Catherine sa dobre. Albo ze podejrzewa, iz druga strona moze nia manipulowac. Jesli tak, to on, Neumann, wchodzi w sam srodek wyjatkowo niebezpiecznej sytuacji. Jesli Catherine znajduje sie pod obserwacja, a i on zacznie ja sledzic, bedzie szedl ramie w ramie z funkcjonariuszami MI- 5, wyszkolonymi w wylapywaniu takich „pomocnikow'. Moze wlezc prosto w pulapke.
Niech cie szlag, Vogel – pomyslal. W co ty grasz?
A jesli Catherine rzeczywiscie sledza Anglicy? Moze zrobic dwie
Dogherty przetoczyl sie przez mostek i zatrzymal obok Neumanna. Duza chmura przeslonila slonce. Neumann zadrzal z zimna. Wstal i razem ruszyli do wioski, kazdy prowadzac swoj rower. Wiatr sie rozhulal, wial miedzy nadkruszonymi pomnikami na cmentarzu. Neumann podniosl kolnierz kurtki.
– Sluchaj, Sean, istnieje prawdopodobienstwo, ze niedlugo stad wyjade, i to w pospiechu.
Dogherty popatrzyl na Neumanna. Z jego twarzy nic nie mozna bylo wyczytac. Potem znow spojrzal przed siebie.
– Powiedz mi o lodzi – powiedzial Neumann.
– Na poczatku wojny Berlin polecil mi przygotowac trase ucieczki przez wybrzeze w hrabstwie Lincoln, tak zeby agent mogl sie dostac do U- boota czekajacego dziesiec mil od brzegu. Jegomosc nazywa sie Jack Kincaid. Ma niewielki kuter w miejscowosci Cleethorpes, u ujscia rzeki Humber. Widzialem te lodz. Ledwo sie trzyma, inaczej dawno by ja skonfiskowala marynarka, ale wystarczy.
– A Kincaid? Ile wie?
– Mysli, ze handluje na czarnym rynku. Kincaid jest zamieszany w mnostwo podejrzanych interesow, ale chyba nie poszedlby na wspolprace z Abwehra. Zaplacilem mu sto funtow i powiedzialem, zeby w kazdej chwili byl gotow do roboty, w dzien i w nocy.
– Skontaktuj sie z nim dzisiaj – polecil Neumann. – Powiedz, ze moze niedlugo sie zjawimy.
Dogherty skinal glowa.
– Nie powinienem ci tego proponowac, ale i tak to zrobie. Chce, zebyscie zastanowili sie z Mary, czyby nie uciec razem ze mna.
Dogherty zasmial sie pod wasem.
– I coz takiego mam robic w przekletym Berlinie?
– Po pierwsze zyc. Zostawilismy za duzo sladow. Anglicy nie sa glupi. Znajda cie. A wtedy trafisz prosto na szubienice.
– Juz wczesniej sie nad tym zastanawialem. Wielu wspanialych ludzi oddalo zycie dla sprawy. Lepszych ode mnie. Wiec i ja nie boje sie oddac swego.
– Piekne przemowienie, Sean. Ale nie badz glupcem. Moim zdaniem postawiles na zlego konia. Nie umrzesz dla sprawy, umrzesz, bo szpiegowales na rzecz wroga, hitlerowskich Niemiec. Hitlera i jego przyjaciol Irlandia guzik obchodzi. A udzielanie im teraz pomocy nie przyczyni sie do wyzwolenia Polnocnej Irlandii spod brytyjskiej okupacji. Ani teraz, ani nigdy. Rozumiesz mnie?
Dogherty milczal.
– I jeszcze nad czyms powinienes sie zastanowic. Ty moze jestes gotow poswiecic zycie, ale co z Mary?
Dogherty spojrzal na niego ostro.
– Jak to?
– Mary wie, ze wspolpracujesz z Abwehra, i wie, ze jestem szpiegiem. Jesli Brytyjczycy to odkryja, na pewno nie beda zachwyceni. Trafi do wiezienia na bardzo dlugo, i to przy duzym szczesciu. A jesli szczescie jej nie dopisze, powiesza ja razem z toba.
Irlandczyk machnal reka.
– Nie tkna Mary. Nie miala z tym nic wspolnego.
– Oni to nazywaja wspolwina, Sean. Mary jest wspolwinna twojego szpiegostwa.
Sean przez chwile szedl w milczeniu, przetrawiajac slowa Neumanna.
– A co, u licha, mialbym robic w Niemczech? – odezwal sie w koncu. – Nie chce jechac do Niemiec.
– Vogel moze zorganizowac przerzut do innego panstwa. Do Portugalii albo Hiszpanii. Moze nawet udaloby nam sie z powrotem przetransportowac cie do Irlandii.
– Mary sie stad nie ruszy. Nie zostawi Hampton Sands. Gdybym mial uciekac, musialbym jechac sam i zostawic ja. Musialaby sama stawic czolo cholernym Anglikom.
Dotarli do pubu. Neumann oparl rower o sciane, to samo zrobil Dogherty.
– Daj mi czas do namyslu – rzekl. – Porozmawiam dzis z Mary i jutro rano ci odpowiem.
Weszli do srodka. Bylo pusto, tylko wlasciciel stal za barem, wycierajac szklanki. W kominku plonal ogien. Neumann i Dogherty zdjeli kurtki i powiesili je na wieszaku obok drzwi, potem siedli przy stole nieopodal kominka. W karcie widnialo dzis jedno danie: zapiekanka z wieprzowiny. Zamowili dwie porcje i dwa kufle piwa. Przy ogniu bylo straszliwie goraco. Neumann zdjal sweter. Po chwili wlasciciel przyniosl zapiekanki i zamowili jeszcze po piwie. Dzis rano Neumann pomagal Seanowi naprawiac plot, i teraz konal z glodu. Oderwal wzrok od talerza, dopiero kiedy otworzyly sie drzwi i do pubu wszedl rosly mezczyzna. Horst widzial go juz w wiosce i wiedzial kto to. Ojciec Jenny, Martin Colville.
Colville zamowil whisky i zostal przy barze. Jedzac, Neumann co chwila zerkal na potezne chlopisko. Czarna grzywa wpadala Martinowi do oczu, w czarnej brodzie pojawily sie siwe pasemka. Kurtke mial brudna, cuchnela smarem. Olbrzymie dlonie byly spekane, wiecznie przybrudzone. Jednym haustem pochlonal pierwsza szklanke whisky i zamowil druga. Neumann dokonczyl zapiekanke i zapalil papierosa.
Colville wychylil druga whisky i zmierzyl go wzrokiem.
– Trzymaj sie z dala od mojej corki – odezwal sie. – W wiosce gadaja, ze ostatnio widziano was razem i wcale mi sie to nie podoba.