Zobaczylam go z nia, w sypialni. Nieomal moglam zobaczyc jego twarz, lecz nie potrafilam rozpoznac rysow. Obudzil ja pewnie cichy glos albo zimne ostrze noza przycisniete do szyi; moze z poczatku usilowala go przekonac, by nie robil jej nic zlego; mowila mu wiele rzeczy, na wiele sposobow usilowala odwiesc go od powzietej decyzji. Bog jeden wie, jak dlugo to trwalo; w tym czasie on prawdopodobnie odcial kable od lampek nocnych i zwiazal ja nimi. Ukonczyla Harvard, miala zostac chirurgiem. Na pewno usilowala uzyc swego umyslu przeciwko sile, ktora nie wie, co to rozum.
Potem obrazy oszalaly, niczym film puszczony zbyt szybko; jej usilowania spelzly na niczym i musiala poddac sie okropnosci i przerazeniu. To bylo niewyobrazalne. Nie chcialam na to patrzyc; nie moglam sie zmusic do zobaczenia reszty. Zmusilam sie do myslenia o czyms innym.
Okna mojego gabinetu wychodza na las za domem, lecz zaluzje sa zazwyczaj spuszczone, gdyz nie potrafie skupic sie na pracy, gdy mam przed soba piekny widok. Zatrzymalam sie w drzwiach i staralam opanowac wzburzenie, podczas gdy Lucy z wigorem stukala w klawiature, odwrocona do mnie plecami. Nie sprzatalam tu juz od wielu tygodni i teraz ze wstydem przyjrzalam sie balaganowi. Ksiazki na polkach staly poprzechylane w kazda strone, kilka egzemplarzy czasopism medycznych lezalo na podlodze, o sciane opieraly sie moje dyplomy z uniwersytetow Cornell, Johna Hopkinsa, Georgetown i wiele innych. Mialam zamiar powiesic je w moim biurze w miescie, lecz jakos nigdy nie mialam czasu sie do tego zabrac. Na granatowym wschodnim dywanie lezaly artykuly medyczne, ktore juz dawno powinnam przeczytac, a dane wprowadzic do komputera. Praca zawodowa uniemozliwiala mi zachowanie porzadku, a jednak balagan razil jak zwykle.
– Czemu mnie szpiegujesz? – burknela Lucy, nawet nie odwracajac sie od monitora.
– Wcale cie nie szpieguje. – Podeszlam do niej i z usmiechem pocalowalam ja w czubek wsciekle rudej glowki.
– A wlasnie, ze tak. – Caly czas pisala na klawiaturze. – Widzialam cie; zobaczylam odbicie w monitorze. Stalas w drzwiach i obserwowalas mnie.
Objelam ja, oparlam brode na jej glowie i spojrzalam na monitor wypelniony dziwnymi komendami. Nigdy wczesniej nie przyszlo mi do glowy, ze ekran komputera moze odbijac swiatlo niczym lustro; dopiero teraz zrozumialam, w jaki sposob Margaret, moja programistka i analityk komputerowy, pozdrawia po imieniu osoby przechodzace obok drzwi jej gabinetu, ani razu nie odwracajac sie od komputera. Odbicie twarzy Lucy bylo nieco rozmazane. Najwyrazniej widzialam jej okulary w szylkretowych oprawkach. Zazwyczaj na powitanie czepiala sie mnie niczym mala malpka, lecz dzis wyraznie byla nie w humorze.
– Przepraszam, ze nie poszlysmy dzis do Monticello, Lucy – zaryzykowalam. Wzruszyla ramionami, wiec sprobowalam jeszcze raz: – Jestem rownie zawiedziona, jak ty.
Znowu wzruszenie.
– I tak wole siedziec przy twoim komputerze. – Nie chciala tego, lecz uwaga mocno mnie zabolala. – Mialam cholernie duzo roboty – dodala, mocno uderzajac w klawisze. – Twoja baza danych potrzebowala reorganizacji; zaloze sie, ze co najmniej od roku jej nie porzadkowalas.
Okrecila sie gwaltownie w moim skorzanym fotelu, a ja cofnelam sie o krok i zalozylam rece na piersi.
– Wiec sie tym zajelam.
– Co takiego?!
Nie, Lucy nie zrobilaby mi czegos takiego. Reorganizacja znaczyla dokladnie to samo co formatowanie, wymazywanie danych z calego twardego dysku i nadawanie im nowych nazw. Na twardym dysku w moim komputerze znajduja sie – albo moze znajdowaly sie – miedzy innymi tabele statystyczne i cale pliki danych, ktorymi poslugiwalam sie przy pisaniu artykulow. Ostatnie kopie zapasowe zrobilam kilka miesiecy temu; jezeli Lucy to wykasowala, czeka mnie nadrabianie kilku miesiecy pracy.
Zielone oczy mojej siostrzenicy powiekszone przez grube szkla okularow i wpatrzone we mnie wygladaly niczym oczy sowy.
– Zajrzalam do ksiazki, zeby zobaczyc, jak to sie robi – dodala; jej dziecieca, okragla buzia miala twardy wyraz. – Wystarczy na Cprompt wpisac IORI, a po sformatowaniu zrobic Addall i Catalog.Ora. To proste. Byle palant dalby sobie z tym rade.
Nic nie odpowiedzialam; nawet nie ochrzanilam jej za brzydkie slownictwo.
Czulam, ze kolana sie pode mna uginaja.
Przypomnialam sobie, jak kilka lat temu zadzwonila do mnie Dorothy, calkowicie rozhisteryzowana: kiedy ona byla na zakupach, Lucy weszla do jej gabinetu i sformatowala dyskietki, wykasowujac wszystko, co sie na nich znajdowalo. Na dwoch zapisane byly ostatnie rozdzialy ksiazki, ktora Dorothy pisala. Nie zdazyla jeszcze wydrukowac ani zrobic kopii. Klasyczny przypadek samobojstwa.
– Lucy, powiedz, ze tego nie zrobilas.
– Oj, nie martw sie – odparla ponuro moja siostrzenica. – Najpierw przenioslam wszystkie twoje pliki; tak napisano w ksiazce. Potem znowu je wgralam i polaczylam z baza. Jest wszystko, co bylo, ale uporzadkowane i zagospodarowane. Wyczyszczone. No i masz teraz znacznie wiecej wolnego miejsca.
Przyciagnelam sobie fotel i siadlam obok niej. Dopiero wtedy, pod sterta dyskietek, zobaczylam wieczorna gazete, zlozona w taki sposob, jakby ktos juz ja przeczytal. Wyjelam ja i spojrzalam na pierwsza strone; ogromny naglowek byl ostatnia rzecza, na jaka mialam ochote patrzec.
ZAMORDOWANO MLODA LEKARKE; POLICJA UWAZA, ZE TO JUZ CZWARTA OFIARA DUSICIELA
I tak dalej, i tak dalej. Pod tekstem widniala ziarnista, czarno-biala fotografia sanitariuszy znoszacych cialo ze schodkow ganku i drugie, mniejsze zdjecie kobiety w plaszczu przeciwdeszczowym koloru khaki – to bylam ja. Podpis pod zdjeciem brzmial: „Doktor Kay Scarpetta, naczelny koroner stanu Wirginia, osobiscie przyjechala na miejsce zbrodni”.
Lucy patrzyla na mnie szeroko otwartymi oczyma. Bertha miala racje, ukrywajac przed nia gazete, ale Lucy byla sprytna. Co tez dziesiecioletnia dziewczynka moze sobie pomyslec po przeczytaniu takiego artykulu, szczegolnie gdy jest on zaopatrzony zdjeciem jej „cioci Kay”?
Nigdy szczegolowo jej nie wyjasnialam, na czym polega moja praca; nie chcialam wyjasniac jej okropnosci swiata, w ktorym zyjemy. Nie chcialam, by byla podobna do mnie, odarta z niewinnosci i idealizmu, ochrzczona w krwawych wodach okrucienstwa i zbrodni.
– To tak jak w „Heraldzie” – powiedziala cicho, zupelnie mnie zaskakujac. – Tam ciagle pisza o tym, ze ktos kogos zamordowal. W zeszlym tygodniu w kanale znalezli czlowieka, ktoremu odcieto glowe. Musial byc bardzo zly… bo inaczej po co ktos obcinalby mu glowe?
– Mogl byc zly, Lucy, ale to wcale nie usprawiedliwia tego, co mu sie przydarzylo. Nie kazdy, kto zostaje zamordowany, musi byc zlym czlowiekiem.
– Mamusia mowi, ze wszyscy z nich sa zli. Mowi, ze dobrzy ludzie nie gina taka smiercia. Tylko dziwki, handlarze narkotykow i wlamywacze. – Zamyslila sie przez moment. – No i policjanci, bo usiluja zlapac zlych ludzi.
Dorothy faktycznie moglaby jej powiedziec cos podobnego, a co gorsza, pewnie swiecie w to wierzyla. Poczulam przyplyw dawnej zlosci.
– Ale ta pani, ktora uduszono… – glos Lucy zadrzal, a jej oczy otworzyly sie jeszcze szerzej -…ta pani byla lekarzem, ciociu Kay. Jak ona mogla byc zla? Ty tez jestes lekarzem. To znaczy, ze ona byla taka jak ty.
Nagle zdalam sobie sprawe z uplywu czasu; zrobilo sie juz bardzo pozno. Wylaczylam komputer, wzielam Lucy za reke i wyprowadzilam z gabinetu. Poszlysmy do kuchni. Kiedy odwrocilam sie do niej, by zaproponowac „male co nieco” przed spaniem, ze zdumieniem zobaczylam, ze przygryza dolna warge, a oczy ma wypelnione lzami.
– Lucy! Czemu placzesz?