Objela mnie gwaltownie i tulac sie, z jakas dzika desperacja, zawolala:

– Nie chce, zebys umarla! Nie chce, zebys umarla!!!

– Lucy!… – Bylam zaskoczona, nie wierzylam wlasnym uszom. Jej arogancja, wybuchy zlosci i dzikie krzyki to jedno. Ale cos takiego! Czulam gorace lzy przesiakajace przez bluzke i jej chudziutkie cialo przycisniete do mnie z niebywala sila. – Wszystko bedzie dobrze, Lucy – zamruczalam, tulac ja do siebie.

– Nie chce, zebys umarla, ciociu Kay!

– Alez ja nie zamierzam umierac, Lucy.

– Tatus umarl.

– Mnie nic sie nie stanie, obiecuje.

Ale nic nie moglo jej pocieszyc. Artykul w gazecie wywarl na niej wieksze wrazenie, niz sie spodziewalam. Przeczytala go jak osoba dorosla, a jednak zareagowala nan jak dziecko, ktorym przeciez byla.

Och, Boze. Rozpaczliwie szukalam jakiegos sposobu, by ja pocieszyc, lecz nic nie przychodzilo mi do glowy. Oskarzenia matki zaczely brzeczec natarczywie w mej pamieci; jestem do niczego. Nie mam dzieci. Bylabym fatalna matka. „Powinnas sie urodzic mezczyzna – powiedziala mi kiedys. – „Pochlania cie praca i ambicja. To nie jest naturalne dla kobiety. Wysychasz emocjonalnie, Kay. Skonczysz jak chitynowy pancerzyk jakiegos zuczka”.

W chwilach zwatpienia, gdy bylam przygnebiona i nie wierzylam we wlasne sily, widzialam te chitynowe pancerzyki rozrzucone na trawie przed domem, w ktorym sie wychowalam. Przezroczyste, kruche i wyschniete. Martwe.

Zazwyczaj nie dalabym dziesiecioletniej dziewczynce wina do picia, ale to nie byla zwykla okazja.

Zaprowadzilam Lucy do jej pokoju i wypilysmy wino, lezac u niej w lozku. Zadala mi pytania, na ktore nie potrafilam znalezc odpowiedzi:

– Dlaczego ludzie krzywdza innych ludzi? Czy dla niego to jest zabawa? Chodzi mi o to, czy on to robi dla zabawy? Jak w MTV? W MTV robia takie rzeczy, ale tylko na niby, nikomu nigdy nie dzieje sie krzywda. Moze on wcale nie chce im zrobic krzywdy, ciociu Kay?

– Istnieja na swiecie ludzie, ktorzy sa po prostu zli, Lucy – odparlam cicho. – Jak psy; niektore psy gryza ludzi bez zadnego powodu. Sa zle i zawsze takie beda.

– Ale tylko dlatego, ze najpierw to ludzie byli zli dla nich. Dlatego, ze zrobili im krzywde.

– Niekiedy tak – wyjasnilam – ale nie zawsze. Czasem nie ma wytlumaczenia dla zlych uczynkow. Niektorzy ludzie po prostu wola byc zli, okrutni. To jeden z tych brzydkich, smutnych aspektow naszego zycia.

– Jak Hitler – mruknela, przelykajac lyczek wina. Gladzilam ja po wlosach, a Lucy mowila dalej, coraz bardziej spiacym glosem: – Jak Jimmy Groome; mieszka na naszej ulicy i strzela do ptakow z wiatrowki. Lubi tez wykradac jajka z ptasich gniazd i rozbijac je na chodniku. Nienawidze go. Nienawidze Jimmy’ego Groome’a. Kiedys rzucilam w niego kamieniem; trafilam go, kiedy przejezdzal obok na rowerze. Nie widzial mnie, bo sie schowalam za krzaki. – Popijalam wolno wino i glaskalam ja po glowie. – Bog nie pozwoli, by stalo ci sie cos zlego, prawda? – spytala.

– Nic mi sie nie stanie, Lucy. Obiecuje.

– Jezeli bede sie modlic do Boga, by nic ci sie nie stalo, to On mnie wyslucha, prawda?

– On sie nami opiekuje – rzeklam, choc nie wiedzialam, czy nadal w to wierze.

Lucy zmarszczyla brwi; nie jestem pewna, czy i ona w to wierzyla.

– Czy ty sie nigdy nie boisz?

Usmiechnelam sie lekko.

– Od czasu do czasu kazdy sie boi. Ale jestem calkowicie bezpieczna. Nic mi sie nie stanie.

Ostatnia rzecza, jaka wymamrotala przed zasnieciem, bylo:

– Chcialabym tu zostac juz na zawsze. Chcialabym byc taka jak ty, ciociu Kay…

Dwie godziny pozniej, nadal rozbudzona, siedzialam w lozku i wpatrywalam sie w stronice otwartej ksiazki, lecz tak naprawde zupelnie nie wiedzialam, co tam jest napisane. Nagle zadzwonil telefon.

Zareagowalam niczym pies Pawiowa: drgnelam gwaltownie. Schwycilam sluchawke z mocno bijacym sercem; obawialam sie, ze uslysze glos Marino i koszmar minionej nocy sie powtorzy.

– Halo?

Nic.

– Halo?

W tle uslyszalam cicha, przerazajaca muzyke, ktora zawsze kojarzyla mi sie z zagranicznymi filmami albo horrorami… albo moze ochryplymi zgrzytami starego gramofonu; chwile pozniej polaczenie zostalo przerwane.

– Kawy?

– Bardzo chetnie – odrzeklam.

To wystarczylo zamiast „dzien dobry”.

Kiedy tylko zatrzymywalam sie rano w laboratorium Neilsa Vandera, zawsze pytal, czy chce kawy, a ja zawsze przyjmowalam oferte. Kofeina i nikotyna byly jedynymi uzywkami, za ktore dalabym sie posiekac.

Nigdy nie kupilabym samochodu, ktory nie jest solidny niczym czolg, ani nigdy nie wlaczam silnika, nie zapiawszy wczesniej pasow bezpieczenstwa. W moim domu jest zalozony system wykrywania dymu oraz bardzo drogi i nowoczesny system alarmowy.

Jednak kofeina, papierosy i cholesterol, cisi mordercy przecietnego czlowieka – sa moimi przyjaciolmi; niech Bog broni, bym kiedykolwiek miala sie ich wyrzec. Czesto jezdze na krajowe zebrania i siedze na bankietach z ponad trzystu innymi patologami, swiatowej slawy ekspertami od smierci i chorob. Siedemdziesiat piec procent z nas nie uprawia joggingu ani aerobiku, nie idzie, jezeli tylko moze jechac, nie stoi, gdy moze siedziec i notorycznie unika wchodzenia po schodach. Jedna trzecia z nas nalogowo pali papierosy, wiekszosc z nas pije, a wszyscy jemy tak, jakby kazdy posilek dnia mial byc naszym ostatnim.

Stres, depresja, byc moze wieksza niz u przecietnego czlowieka, potrzeba smiechu i doznawania przyjemnosci z powodu bolu i cierpienia, jakiego jestesmy swiadkami – ktoz moze znac przyczyne? Jeden z moich bardziej cynicznych przyjaciol, asystent naczelnego koronera z Chicago, lubi powtarzac: „Co, u diabla. Kazdy z nas predzej czy pozniej umrze. Mozna umrzec zdrowym albo chorym. Wlasciwie, co za roznica?”

Vander podszedl do ekspresu do kawy stojacego za biurkiem i nalal dwa kubki; podawal mi kawe niezliczona ilosc razy, a jednak nigdy nie mogl zapamietac, ze lubie pic czarna.

Moj byly maz takze nie pamietal. Zylam z Tonym szesc lat, a on nigdy nie pamietal, ze kawe pije czarna, a steki lubie srednio wysmazone, nie czerwone, jak szuba Swietego Mikolaja, tylko lekko rozowe. Moj rozmiar sukienek, zapomnijcie! Nosze osemke i mam figure, na ktorej nieomal wszystko wyglada dobrze, lecz nie znosze falbanek, koronek i tkanin typu frotte. Tony zawsze dawal mi cos w rozmiarze szostym, zazwyczaj koronkowe albo z gazy i przeznaczone do noszenia w lozku. Ulubionym kolorem jego matki byla jasna zielen; nosila rozmiar czternasty; uwielbiala falbanki, nie znosila swetrow, wolala zamki blyskawiczne niz guziki, byla uczulona na welne i nie lubila zawracac sobie glowy niczym, co trzeba oddawac do pralni chemicznej czy prasowac. Cierpiala na organiczna nienawisc do purpury, bialy i bezowy uwazala za niepraktyczne kolory, nigdy nie nosila ubran w poziome paski ani szkocka krate; uwazala, ze zle wyglada w plisowanych spodnicach i bardzo lubila kieszenie – im wiecej, tym lepiej. Kiedy chodzilo o jego matke, Tony jakos nie mial problemow z zapamietaniem.

Vander wsypal rownie czubata lyzeczke smietanki do mego kubka, jak do swojego.

Jak zwykle byl rozczochrany, kosmyki siwych wlosow sterczaly mu na wszystkie strony, ogromny fartuch laboratoryjny umazany mial czarnym proszkiem do barwienia odciskow palcow, a kilkanascie dlugopisow i flamastrow wystawalo mu z kieszonki na piersi. Byl wysokim mezczyzna o dlugich rekach i nogach oraz nieproporcjonalnie zaokraglonym brzuchu. Jego glowa miala zadziwiajacy ksztalt zarowki, a wyblakle niebieskie oczy byly wiecznie zamyslone.

Mojej pierwszej zimy w Richmond, pewnego poznego popoludnia, zatrzymal sie w moim biurze, by uswiadomic mi, ze pada snieg. Dokola szyi mial owiniety dlugi czerwony szal, a na uszy naciagnal niesamowita skorzana pilotke, najprawdopodobniej zamowiona z katalogu jakiejs republiki bananowej. Byla to najcudaczniejsza zimowa czapka, jaka kiedykolwiek widzialam, i wydaje mi sie, ze Vander znacznie bardziej pasowalby do wnetrza mysliwca z drugiej wojny swiatowej niz do kostnicy. W biurze wszyscy nazywali go Latajacym Holendrem – zawsze gdzies pedzil, a jego dlugi fartuch czesto widac bylo powiewajacy w roznych czesciach kostnicy.

– Widzialas artykuly w gazetach? – spytal, dmuchajac w swa kawe.

– Caly bozy swiat je widzial – odparlam spokojnie.

Artykuly na pierwszych stronach niedzielnych gazet byly jeszcze gorsze niz na sobotnich. Litery naglowka mialy

Вы читаете Post Mortem
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату