- Dobry wieczor, Severusie - powiedzial i sprobowal sie usmiechnac. Czarne oczy tylko zmruzyly sie w odpowiedzi. Harry wbil wzrok w podloge i powoli podszedl do drugiego fotela. Usiadl w nim i rozlozyl na stoliku ksiazki i przybory.
- Nie chce ci dzisiaj przeszkadzac - wymamrotal, otwierajac ksiazke. - Po prostu sie poucze.
Snape parsknal. Harry poderwal glowe i spojrzal na mezczyzne z zaskoczeniem.
- Coz za odmiana, Potter. Nie masz zamiaru rozbierac sie albo mnie okradac?
Chlopak zagryzl warge.
- Mozesz sobie kpic do woli - mruknal ze zloscia. - Nie zamierzam cie wiecej prowokowac, jezeli o to ci chodzi. Dobrze zapamietalem ostatnia kare...
Oczy mezczyzny ponownie sie zwezily.
- Czyli jednak mozna cie czegos nauczyc, Potter. Moze powinienem czesciej stosowac te metode?
- Nie bedziesz musial - odparl chlopak i zaslonil sie ksiazka, czujac, ze jego policzki plona.
Przez jakis czas panowala cisza. Harry uczyl sie i robil notatki. Siedzacy po drugiej stronie stolika Snape takze trzymal w reku ksiazke, chociaz nie wygladalo na to, ze ma zamiar ja czytac, poniewaz Harry przez caly czas czul na sobie jego nachalne spojrzenie. Staral sie nie zwracac na to uwagi, ale ten wzrok calkowicie wybijal go z rytmu i nie pozwalal mu sie skupic.
W koncu nie wytrzymal. Poderwal glowe i zapytal:
- Tak? O co chodzi?
- O nic, Potter. Czekam na moment kiedy w koncu sie zlamiesz i pokazesz, po co tu naprawde przyszedles.
Harry poczul cieplo gniewu rozgrzewajace jego policzki.
- Przyszedlem na szlaban - wycedzil. - Sam mowiles, ze mam sie uczyc, wiec to robie. A poza tym w sobote jest mecz i do tego czasu nie moge...
- Ach, a wiec to jest ten powod, dla ktorego na tym stoliku leza ksiazki, a nie ty, rozebrany do naga i blagajacy o to, abym w ciebie wszedl.
- Przestan! - Harry niemal krzyknal, czujac, jak jego serce rusza galopem.
Snape usmiechnal sie szyderczo.
- Wiedzialem, ze predzej Longbottom uwarzy poprawny eliksir, niz ty zmadrzejesz, zaczniesz myslec i odpowiadac za swoje czyny. Mecz! - prychnal mezczyzna i spojrzal w ogien.
- Nie chce sie z toba klocic - powiedzial Harry, probujac zapanowac nad sercem. - Po prostu... czy nie moglibysmy... porozmawiac?
- Porozmawiac? Nie mam o czym z toba rozmawiac, Potter.
Harry zacisnal piesci. Wiedzial, ze nie bedzie latwo. Ale w koncu poswiecil na to caly wieczor...
- Mozemy porozmawiac o cechach i zastosowaniu leukocytow wystepujacych w krwi buhorozcow w nowatorskim programie wzbogacania zawartymi w niej limfocytami typu T eliksirow odtruwajacych, dzieki ich nietypowym wlasciwosciom odpornosciowym i samouzdrawiajacym - wyrecytowal z pamieci, po czym wzial gleboki oddech.
Snape patrzyl na niego bez slowa, mrugajac lekko. Wygladal na calkowicie zaskoczonego i zbitego z tropu. Siedzial tylko i patrzyl.
Harry speszony przeciagajaca sie cisza odezwal sie pierwszy.
- No co? Przeciez chciales o tym rozmawiac.
Snape chyba w koncu odzyskal glos:
- I mam rozumiec, ze cos o tym wiesz?
- Jasne! - Harry rozpromienil sie. - I uwazam, ze to naprawde swietny pomysl. Buhorozce sa praktycznie niezniszczalne. W ich krwi zachodza tak skomplikowane reakcje, ze wykorzystanie jej w celu stworzenia eliksirow odtruwajacych na kazdy rodzaj trucizny, to naprawde swietny pomysl. Szkoda, ze Fidgeus Protas zginal, zanim dokonczyl badania. Probowal zmusic limfocyty do polaczenia sie z neutrofilami pochodzacymi z krwi bachantek ognistych, ale zapomnial, ze krew buhorozcow jest silnie wybuchowa i to doprowadzilo go do zguby. W dodatku neutrofile zapewniaja ochrone jedynie w stanach zapalnych, a trudno zaliczyc do nich zatrucia. Moim zdaniem powinien sprobowac zanurzyc w niej beozar, ktory rowniez jest uniwersalnym srodkiem na wszystkie zatrucia, ale o wiele trudniej go zdobyc.
Snape nadal patrzyl. Wygladal jak ktos, kto probuje dojsc do siebie.
- Sluszna uwaga, panie Potter - wydusil w koncu nieco niepewnym glosem. - Ale dlaczego nie sprobowac z bazofilami? W koncu to one maja wplyw na pobudzanie limfocytow.
Harry zaczerpnal tchu. Mial wrazenie, jakby zdawal egzamin, a od tego, czy go zaliczy, zalezy cala jego przyszlosc.
- One sie do niczego nie nadaja, poniewaz nie posiadaja zdolnosci do... do...
Cholera! Co to bylo za slowo?
Czul, ze robi mu sie goraco.
- Przepraszam, rozwiazala mi sie sznurowka - powiedzial, po czym szybko pochylil sie i wyciagnal z rekawa zapisana karteczke. Blyskawicznie przeszukal ja wzrokiem, po czym wyprostowal sie i dokonczyl, starajac sie brzmiec pewnie: - Poniewaz nie posiadaja zdolnosci do fogo... do fagocytozy. Poza tym jest ich zbyt malo. To limfocyty sa odpowiedzialne za niszczenie wszelkich
