powodujacy znikanie nie pomoze wam, jezeli bedziecie musieli przemieszczac sie po trzaskajacych pod nogami galeziach lub tez po niezwykle skrzypiacej podlodze. A dzieki temu zakleciu bedziecie poruszac sie calkowicie bezszelestnie. Sprobujmy jeszcze raz. Machniecie i obrot.
Harry'emu udalo sie dopiero za trzecim razem. Kiedy podskoczyl, jego stopy nie wydaly najmniejszego dzwieku.
Nagle cisze rozdarl donosny huk, jakby stapniecie olbrzyma. Wszyscy przycisneli rece do uszu i spojrzeli z wyrzutem na Neville'a.
- Chyba cos pomieszalem - zajaknal sie, a jego twarz nabrala purpurowego koloru. - Przepraszam - wydukal.
- W porzadku. - Tonks podeszla do niego i poklepala go po ramieniu. - Zaraz to naprawie. Tylko chwilowo nie podnos stop, bo wszyscy ogluchniemy.
Kilka osob zachichotalo. Tonks rzucila szybkie przeciwzaklecie i zademonstrowala Gryfonowi prawidlowy ruch dlonia.
- A teraz sam sprob... - urwala, kiedy rozleglo sie donosne pukanie do drzwi. - Prosze! - zawolala, ale nikt nie wszedl. Harry zobaczyl, ze Nimfadora marszczy brwi w zamysleniu. Po chwili zwrocila sie do uczniow:
- Cwiczcie sami. Zaraz wroce, ale nie zycze sobie zadnych popisow, rozumiemy sie? - Po tych slowach pospiesznie wyszla z klasy.
Harry na darmo probowal dojrzec, kto stoi za drzwiami. Kiedy Tonks je otworzyla, nie bylo tam nikogo.
- Harry, nie gap sie, tylko cwicz! - ofuknela go Hermina.
- Nie musze - odparl chlopak. - Juz to umiem.
- To moze pomozesz Neville'owi? - nagabywala dalej Gryfonka.
Harry spojrzal na nia ze zloscia. Severus mial absolutna racje. Ona byla cholernie meczaca!
Tonks wrocila po paru minutach. Wygladala na bardzo zdenerwowana.
- Przykro mi, ale musze wczesniej skonczyc dzisiejsze zajecia. To wasza ostatnia lekcja, wiec jestescie wolni. Ale prosze sie zachowywac, kiedy wyjdziecie na korytarz. Nie chce miec przez was klopotow.
Wiekszosc uczniow przyjela nowine z radoscia, a w przypadku Neville'a - takze z ulga.
Harry obserwowal, jak Tonks podchodzi do biurka i probuje drzacymi dlonmi pozbierac lezace na nim pergaminy. Zastanawial sie, czy nie podejsc i nie zapytac, co sie stalo, ale ostatecznie stwierdzil, ze lepiej bedzie zaczekac na dalszy rozwoj wypadkow. Mial pewne podejrzenia co do tego, kto mogl pukac...
Pozbieral swoje przybory i wyszedl na korytarz razem z innymi. Rozejrzal sie wsrod tlumu rozmawiajacych ze soba Gryfonow i Slizgonow i zmruzyl oczy, kiedy dostrzegl strzep blond wlosow za rogiem jednego z odchodzacych w przeciwnym kierunku korytarzy.
- Harry, idziesz? - zapytala Hermiona, patrzac na niego z niecierpliwoscia.
- Idzcie przodem. Ja musze... skorzystac z toalety - sklamal na poczekaniu.
Kiedy jego przyjaciele i pozostali uczniowie rozeszli sie, Harry ostroznie podszedl do zakretu korytarza i wyjrzal za rog.
Luna opierala sie o sciane, a puszyste, dlugie wlosy opadaly na jej opuszczona twarz.
- Hej - powiedzial cicho. - Co slychac?
Dziewczyna wzdrygnela sie i szybko przetarla dlonia oczy.
- Och, czesc, Harry.
Kiedy podniosla glowe, chlopak dostrzegl zaczerwienione oczy i slady lez na policzkach.
- Cos sie stalo? - zapytal, starajac sie ukryc zaskoczenie. Nigdy nie widzial, zeby Luna plakala. Kazdy problem bagatelizowala albo uznawala, ze go w ogole nie ma lub tez nie warto zawracac sobie nim glowy. A wiec to musialo byc cos naprawde powaznego.
- Och... nic - wydukala. - Po prostu kilka mikropuffek alzackich wpadlo mi do oczu. To wszystko...
...i nigdy nie slyszal, zeby klamala.
- Mozesz juz isc. Nic mi nie jest, naprawde. - Zerknela ponad jego ramieniem i szybko spuscila wzrok.
Harry domyslal sie na kogo czekala.
- W porzadku. - Udal, ze jej wierzy. - Ale jezeli bedziesz czegos potrzebowala, to wiesz, gdzie mnie szukac, prawda?
Skinela glowa i sprobowala sie usmiechnac.
Kiedy znikal za zakretem i obejrzal sie jeszcze raz, widzial, jak odprowadzala go wzrokiem. Zrobilo mu sie glupio, wiec oddalil sie czym predzej.
Byla jego przyjaciolka. Nie mogl jej sledzic i deptac jej po pietach. Skoro nie chciala podzielic sie z nim swoim problemem, to musiala miec ku temu wazny powod. Albo... ktos inny tego nie chcial.
Usmiechnal sie do siebie.
Chyba zaczynal juz pojmowac, o co w tym wszystkim chodzi...
***
- Co za dran! Jak mogl ci to zrobic w przeddzien meczu? Bedziesz siedzial zamkniety w lochach na jakims durnym szlabanie, zamiast trenowac z nami! - Ron chodzil w te i z powrotem po Pokoju Wspolnym i niemal krzyczal. - Jezeli przegramy, to osobiscie wyleje mu na glowe caly kociolek eliksiru! Najlepiej jakiegos wybuchajacego!
- Ron, uspokoj sie. Nikt tak nie potrafi lapac zniczy, jak
