Harry poczul cieplo w zoladku. Usmiechnal sie do siebie.
Caly Snape. Nie mogl pozwolic, aby Harry dowiedzial sie, ze takze chce spedzic z nim swieta, wiec wymyslil caly ten plan. To bylo... to bylo...
Och, do diabla! Mial ochote po prostu zerwac sie, uciec stad i pobiec do niego. Pobiec i powiedziec mu, ze tak, zostanie, ze powinien byl mu po prostu powiedziec, ze on takze chce z nim spedzic swieta, ze jezeli tylko zechce, to Harry spedzi z nim cale zycie... ze zrobilby dla niego wszystko, ze nie potrafi juz bez niego istniec, ze go... kocha...
Poczul, ze mimowolnie sie rumieni.
Kocha... To slowo wydawalo sie takie dziwne... takie niepasujace.
Harry slyszal je czesto. Zakochane pary, ktore widywal na korytarzach przez caly czas, obrzucaly sie tym slowem, jakby to byl jakis... ochlap. Cos tak zwyczajnego i trywialnego, ze nie warto zaprzatac sobie tym glowy przez czas dluzszy, niz jest potrzebny, aby je wypowiedziec.
Ale Severus... czy mogl uzywac tego slowa w stosunku do tego, co do niego czul? Wciaz wydawalo mu sie zbyt duze, zbyt... powazne. Moze dlatego, ze nikt mu tego nigdy nie mowil? Przez cale swoje zycie nie uslyszal tego slowa ani razu. I ani razu go nie uzyl. A przeciez wiedzial podskornie... wiedzial, ze... ze jednak jest ktos, kto go kocha. Hermiona i Ron, jego rodzice, Syriusz, a nawet moze... moze troche Dumbledore i Hagrid. I pani Weasley.
Ale... ale to bylo zupelnie co innego. Zadna z tych osob nie sprawiala, ze czul sie tak... tak... jakby jego serce chcialo eksplodowac, gdy tylko na nich spojrzal. Mial ochote wydrapac je sobie z piersi, aby chociaz na chwile zamilklo i nie reagowalo tak gwaltownie na kazde spojrzenie, kazde slowo, kazdy dotyk... Aby nie umieralo i nie odradzalo sie na nowo z powodow, ktorych sam nie do konca rozumial.
Czy to... czy to wlasnie oznaczalo 'kochac'?
Jezeli tak... to byl w bardzo powaznych tarapatach.
- Zawsze to samo! Zawsze masz taka sama wymowke! - cichy krzyk Luny wdarl sie w umysl Harry'ego i sprowadzil go na ziemie. Chlopak zamrugal kilka razy i rozejrzal sie wokol nieco nieprzytomnym wzrokiem. Hagrid chrapal donosnie, oparty o sciane za soba, a Tonks siedziala zszokowana, wpatrujac sie w drzwi, za ktorymi wlasnie przed chwila zniknela Luna.
Do pomieszczenia wdarl sie chlodny zapach sniegu i wiatru. Harry spojrzal na tanczace pary. Wygladalo na to, ze wszyscy byli tak zajeci soba, iz nikt nawet nie zauwazyl tego malego incydentu. Nawet Hermiona i Ron, ktorzy tanczyli mocno w siebie wtuleni.
Harry zerknal na Tonks. Nimfadora wbila rozbiegane spojrzenie w stol. Jej wlosy calkiem wyblakly, przybierajac niemal mysi kolor. Co jakis czas spogladala na drzwi, za ktorymi zniknela Luna, i wygladala, jakby walczyla ze soba.
I chyba w koncu przegrala. Oblizala wargi i sprobowala usmiechnac sie do Harry'ego.
- Na dworze jest ciemno, nie powinna sie oddalac. Pojde jej poszukac. Musze... musze was pilnowac. Ona nie moze tak... Wiesz, o co mi chodzi. Zaraz wracam - wyszeptala, niemal zrywajac sie z miejsca. Podbiegla do drzwi, otworzyla je i zniknela w ciemnosci.
Harry rozejrzal sie po sali. Wszyscy albo tanczyli albo sie obsciskiwali. Chyba nikt nie zauwazy, jezeli on takze...
Spojrzal na wyjscie. Przeszukal wszystkie kieszenie i znalazl kawalek pergaminu. Poprosil barmana o pioro i napisal krotka notke:
Poszedlem sie przejsc z Tonks i Luna. Nie martwcie sie, niedlugo wrocimy.
