Nawet, jezeli on sam czul sie teraz przerazajaco rozdarty. I tak straszliwie samotny...
Odepchnal sie od sciany i zataczajac sie nieco, ruszyl w droge powrotna do gospody, wciaz nie potrafiac uwierzyc w to, co zobaczyl. A jednoczesnie nie mogac pozbyc sie z glowy ostatniego obrazu. Naga Luna i kleczaca pomiedzy jej udami Tonks...
Dlaczego jego rozdygotany umysl od razu podsunal w to miejsce jego samego i Severusa? Merlinie, gdyby tak Severus kiedys... pewnego dnia... tez ukleknal przed nim i... i...
Nie! Juz dosyc! Nie moze o tym myslec! To sie nigdy nie wydarzy...
Zagryzl warge i zatrzymal sie, wpatrujac sie w iskrzacy w blasku ksiezyca snieg.
Luna i Tonks... Jasne, ze podejrzewal to juz od dawna. Od kiedy zobaczyl Lune biegajaca po Hogwarcie z listami dla Tonks. Co to mogly byc za listy? Milosne? Ale nie podejrzewal, ze to... ze to okaze sie prawda.
W gruncie rzeczy to byla pocieszajaca mysl. Ze nie tylko on ma taki problem... Ze nie tylko on musi sie ukrywac.
Ale... No wlasnie, 'ale'... Pomimo podobienstw, ich sytuacja wygladala jednak zupelnie inaczej. Nawet gdyby jakims cudem ich zwiazek wyszedl na jaw... Coz, Tonks to jednak nie Snape. Pewnie mialyby nieprzyjemnosci, ale gdyby ktos sie dowiedzial, ze byly Smierciozerca, wciaz podejrzewany przez wiekszosc czarodziejskiego swiata o pozostawanie wiernym sluga Voldemorta, najbardziej znienawidzony nauczyciel w szkole ma romans ze Zlotym Chlopcem, Wybrancem, najwieksza nadzieja czarodziejskiego swiata...
Nie, to jednak nie bylo to samo. Nikt by tego nie zaakceptowal. Wszyscy by sie od niego odwrocili. Wiedzial o tym.
Ale... ale wiedzial tez, nie, byl niemal calkowicie pewien, ze potrafilby to poswiecic. Potrafilby poswiecic wszystko... aby z nim byc.
Chociaz pewnie nigdy nie dostanie tego, o czym najbardziej marzyl. Tak, to prawda, ze byl coraz blizej, ale ta jedna rzecz nadal wydawala mu sie tak odlegla... I kiedy widzial, jak Tonks tak od niechcenia, tak lekko, bez zadnego problemu daje ja Lunie... jak daje jej wszystko...
Zagryzl warge i potrzasnal glowa. Musi o tym zapomniec. O wszystkim zapomniec. O smutku, o tesknocie, o samotnosci. Tak. Zapomniec. To byl dobry plan.
*
Kiedy Harry wrocil do gospody, Ron i Hermiona siedzieli przy stoliku, pochyleni ku sobie, a Hagrid nadal spal. Opadl ciezko na lawke i westchnal.
- Och, Harry. - Hermiona oderwala sie od Rona, mocno zaczerwieniona. - Nie zauwazylismy, kiedy wrociles. A gdzie Luna i Tonks?
- Ach, one... ee... postanowily jeszcze troche zostac, bo stwierdzily, ze tutaj jest... za goraco. Tak, za goraco - wymamrotal szybko, rozgladajac sie za pozostawiona przez Tonks butelka. Przeciez widzial jak ja gdzies tutaj odstawiala.
- Och, to.. dobrze - mruknela Hermiona, spogladajac na ciagnacego ja za rekaw Rona. Przez chwile wygladala, jakby walczyla ze soba, rozdarta pomiedzy czyms, co najwyrazniej chciala kontynuowac a elementarnym poczuciem obowiazku. Ale widzac, ze Harry'ego bardziej interesuje podloga, odwrocila sie do Rona i usmiechajac sie niesmialo, pozwolila mu przyciagnac sie do kolejnego pocalunku.
Harry zsunal sie z krzesla i zaczal na kolanach przeczesywac podloge. Staral sie nie zwracac uwagi na dlon Rona, uparcie wedrujaca pod spodniczke Hermiony, ktora rownie uparcie probowala go powstrzymywac i ciagle ja odsuwala.
Jest! Ciemna, zakorkowana butelka stala za krzeslem pochrapujacego glosno Hagrida. Harry
