dorwal ja, wygrzebal sie spod stolu, przysunal sobie kufel z resztka piwa kremowego i nalal do pelna znajdujacej sie w butelce przezroczystej cieczy. Zapach, ktory uderzyl w jego nozdrza, kiedy przysunal trunek do ust, wycisnal mu niemal lzy z oczy. Opuscil powieki i wzial lyk.
W pierwszej chwili mial wrazenie, jakby napil sie plynnej lawy. Piekly go wargi, jezyk i przelyk i obawial sie, ze tak je sobie poparzyl, ze powstana bable. Otworzyl zalzawione oczy i spojrzal na migdalacych sie Rona i Hermione.
Wszedzie. Wszedzie wszyscy sie obmacywali, calowali i robili wszystkie te rzeczy, ktorych on nie mogl robic.
Cholera!
Poczul, ze wzrasta w nim frustracja. Skoncentrowal rozmywajacy sie wzrok na swoim kuflu i powzial decyzje. Przylozyl go do ust i wzial kolejny lyk. I kolejny. I jeszcze jeden. Po jakims czasie stracil rachube i z zaskoczeniem zauwazyl, ze napoj nie byl jednak az tak okropny, jak na poczatku. Moze po jakims czasie traci swa moc?
Pamietal, ze wypil chyba caly kufel. I ze nalal sobie kolejny. Nie, raczej nie. Mial taki zamiar, ale jakos po pewnym czasie uswiadomil sobie, ze w butelce juz nic nie ma. Albo moze to bylo po trzech kuflach?
I chyba wrocila Luna i Tonks. Tak mu sie przynajmniej wydawalo. I Tonks cos do niego krzyczala. I Hermiona krzyczala. I ogolnie wszyscy sie jakos glosno zachowywali. I ciagle nim potrzasali. A przeciez chcial tylko wspiac sie na czubek choinki. Bylo tam takie jasne swiatelko i wydawalo mu sie niezwykle wrecz interesujace. Migotalo i w ogole.
A pozniej nagle znalazl sie na dworze. Razem z mnostwem innych ludzi. Wygladali jakby gdzies szli. I cieszyl sie, ze nie tylko on sie tak zatacza. Bylo glosno. Wszyscy sie smiali. Ale jemu nie chcialo sie smiac.
Chcial do Severusa.
Potem pamietal schody. Wszyscy go wyprzedzili. Jak oni mogli tak szybko chodzic? On musial robic dwa kroki w tyl, zanim udawalo mu sie wykonac jeden do przodu. Robilo sie coraz ciszej i ciszej. Az w koncu zrobilo sie zupelnie cicho. Harry przystanal i probowal sie rozejrzec, ale szybko zrezygnowal, kiedy wszystko nagle zawirowalo i niemal sie przewrocil.
Byl sam. I chcial do Severusa.
Chcial sie z nim zobaczyc. Bardzo chcial. Rozpaczliwie chcial. Tesknil za nim. Pamietal, jak tesknil. Tesknil, prawda? Tak, chyba tak.
I chyba jeszcze przed chwila byli tutaj inni. Pamietal, ze za nimi szedl. Tak mu sie przynajmniej wydawalo.
Ponownie rozejrzal sie po rozchodzacych sie we wszystkich kierunkach korytarzach.
Gdzie mial isc? Chyba do dormitorium. Tak, raczej tak. Pewnie wszyscy tam poszli. I on tez musial isc. Ale zaraz... ktoredy sie tam szlo? Chyba jakos... w prawo. Tak, pewnie tak.
Skrecil w lewo i zatrzymal sie po kilku niepewnych krokach. Moze lepiej bedzie, jezeli zalozy peleryne niewidke, na wypadek, gdyby natknal sie na Filcha?
Zarzucil na glowe kaptur bluzy i starajac sie nie robic halasu, zaczal skradac sie korytarzem. Nie bylo to wcale latwe, kiedy podloga uciekala mu spod nog, a sciany niebezpiecznie ciagnely go w swoja strone. Ale w koncu, odbijajac sie czasami od jednej z nich i nie potrafiac nawet powiedziec, gdzie jest gora, a gdzie dol, poniewaz wszystko wokol niego wirowalo, dotarl pod portret Grub...
Stanal, a wlasciwie zachwial sie, i zmarszczyl brwi. Grubej Damy nie bylo na swoim portrecie. A w zasadzie to nie bylo zadnego portretu. Przed oczami widzial tylko falujace dziwnie, ciezkie, drewniane drzwi. Zamrugal kilka razy, jakby spodziewajac sie, ze jezeli zamknie oczy, to portret sie pojawi, ale nic takiego sie
