W oczach Snape'a blysnela zimna satysfakcja. Pokrecil glowa.
- Wszystko idzie zgodnie z planem. Dumbledore jest tak pochloniety glowkowaniem, organizowaniem sil i przygotowaniami do wojny, ze nie zauwazylby w swoim gniezdzie zepsutego jajka, nawet gdyby mu je podsunac pod brode. Te akcje znakomicie odwracaja jego uwage od najistotniejszych rzeczy. Od chlopaka.
- Znakomicie. - Voldemort ponownie wyszczerzyl w usmiechu swoje zoltawe, przypominajace rzad klow zeby. - Ale na wszelki wypadek trzeba calkowicie uspic jego czujnosc. Powiesz mu, ze przygotowujemy atak na siedzibe Miedzynarodowej Federacji Quidditcha.
- A przygotowujemy? - zapytal Severus z uprzejmym zainteresowaniem.
- Przygotujemy. Trzeba podsunac mu jakis smakowity kasek. Poswiecimy Legerpholta i Adraughta. I tak juz mi sie do niczego nie przydadza. Ale coz to znaczy wobec tego, co otrzymam w zamian? - W jego czerwonych oczach rozblysly zimne iskry. - Jeszcze tylko niewiele ponad poltora miesiaca, Severusie, i bede ja mial. - Zakonczone dlugimi szponami palce Voldemorta zacisnely sie w piesc. - Krew Pottera. Jego moc. Jego sile. A wtedy caly swiat padnie mi do stop, a Albus Dumbledore nie bedzie stanowil juz dla mnie zadnego zagrozenia. Zmiote go z powierzchni ziemi samym tylko spojrzeniem. - Jego glos unosil sie w powietrzu, rozblyskujac iskrami gniewnej mocy, kiedy coraz bardziej pograzal sie w swych wizjach.
Snape czekal cierpliwie z krzywym, lecz pozbawionym krztyny zwyczajowego szyderstwa usmieszkiem. Byl to raczej usmiech kogos, kto cieszy sie z dobrze wykonanego zadania.
- Kiedy 'przeprowadzimy' ten atak? - zapytal po chwili.
- Pojutrze o polnocy. Wysle tam kogos, kogo strata nie bedzie dla nas zbyt dotkliwa. Wejda glownym wejsciem. Z pewnoscia sam wymyslisz jakies wytlumaczenie dla tego starego glupca. Tak mu sie juz miesza w glowie, ze jeszcze w koncu gotow bylby pomyslec, ze zamierzam wykrasc partie miotel. Musisz go przekonac i wziac udzial w walce, stojac po jego stronie. I dopilnujesz, by Legerpholt i Adraught zgineli. Nie mozemy pozwolic na to, aby Aurorzy wzieli ich w obroty, nawet jezeli Veritaserum, ktore dla nich warzysz, ma o polowe slabsze dzialanie. Zawsze moga uzyc na nich Legilimens Evocis, a tego bysmy nie chcieli.
- Zostaw to mnie, Panie - odpowiedzial Snape.
- A co z Mikstura Wyostrzenia?
- Brakuje mi jednego skladnika. Wywaru z trupojada. Mysle, ze z pewnoscia znajde go na Nokturnie. Udam sie tam zaraz po naszym spotkaniu.
- Dossskonale, dossskonale. Jezeli to juz wszystko, to mozesz odejsc i przyslij do mnie Malfoya.
- Tak, Panie. - Severus poklonil sie i wycofal z komnaty. Kiedy znalazl sie za drzwiami, wyprostowal sie i ruszyl zdecydowanym krokiem przez dlugi, pograzony w mroku korytarz, wygladajac tak, jakby wtapial sie w panujaca wokol gesta ciemnosc.
***
Aportowal sie prosto przed sklepem, do ktorego zmierzal. Za zabrudzona, zasniedziala szyba wystawowa staly wszelkiego rodzaju zakurzone sloje i butelki wypelnione nieokreslonymi substancjami. Obrzucil badawczym spojrzeniem ciemny zaulek ze skulonym pod murem, mamroczacym do siebie czarodziejem w lachmanach, wokol ktorego unosil sie odor uryny oraz innych ekskrementow. Bylo juz ciemno. Przebywanie na Nokturnie o tej porze rownalo sie z samobojstwem, jezeli tylko znalazlby sie tutaj ktos niepowolany. Ale stojacy przed sklepem z najbardziej zakazanymi i smiercionosnymi skladnikami eliksirow, odziany w splamiona krwia szate Smierciozercy mezczyzna wygladal na tak obeznanego z tym miejscem i tak pewnego siebie, jakby wiedzial, ze bez watpienia nie spotka tutaj nikogo bardziej niebezpiecznego niz on sam.
Przez krotka chwile lustrowal jeszcze pozostale calkowicie wyludnione, ciemne i brudne, cuchnace fekaliami zaulki, przez ktore co jakis czas przemykal nienalezacy z pewnoscia do zadnego czlowieka cien, po czym wszedl do srodka.
