Stojacy przy ladzie niski czlowieczek z bardzo dluga, przerzedzona siwa broda podniosl obojetnie wzrok i w momencie, kiedy to zrobil, jego oczy rozszerzyly sie gwaltownie, tak jakby ujrzal wlasnie Lorda Voldemorta we wlasnej osobie.
- Och, pan Snape - zaskrzeczal chrapliwie. - Jakiz to dla nas zaszczyt. Cooper! Chodz tu natychmiast! - krzyknal w strone znajdujacego sie za nim zaplecza. Niemal w tej samej chwili w drzwiach pojawil sie przygarbiony, calkowicie lysy osobnik o wygladzie kulejacej jaszczurki.
- Och, pan Snape. - Zaklaskal w wielkie jak lopaty dlonie, pochylajac sie tak nisko, ze niemal dotknal nosem podlogi. - Czego pan sobie zyczy tym razem?
- Potrzebuje wywaru z trupojada - odpowiedzial beznamietnym tonem mezczyzna, rozgladajac sie po obleczonych pajeczynami, ciagnacych sie az pod sufit polkach zapelnionych sloikami. Galki oczne, palce, czy nawet jezyki byly najprzyjemniejszymi plywajacymi w nich obiektami.
- Oczywiscie. Sprowadzilismy go co prawda dla innego klienta, ale w tych okolicznosciach... - Mezczyzna urwal pod torpedujacym spojrzeniem Snape'a. - Juz przynosze. - Odwrocil sie na piecie i popedzil na zaplecze, przypominajac troche pajaka poruszajacego sie bez kilku wyrwanych nog.
- Czy zyczy pan sobie jeszcze czegos? - zapytal maly czlowieczek, podchodzac do Severusa i klaniajac mu sie nisko. - Mamy nowa kolekcje...
- Nie, przyszedlem tylko po wywar - odparl Severus beznamietnym tonem, patrzac z gory na kulacego sie przed nim staruszka.
- Oczywiscie, dla pana wszystko - zaskrzeczal osobnik, ale nie podniosl ani glowy, ani wzroku, uparcie wbijajac go w czarne, wystajace spod dlugiej szaty buty stojacego przed nim wysokiego Smierciozercy. Snape popatrzyl na drzwi prowadzace na zaplecze, tak jakby zastanawiajac sie nad czyms, po czym pochylil sie gwaltownie i zlapal czlowieczka za brode, przyciagajac go do siebie i szepczac mu wprost do ucha:
- Sprowadzisz dla mnie skore i serce druzgotka, odmiany pirenejskiej, jak najmlodszego. W nienaruszonym stanie. Dostawa tam gdzie zawsze za dwa dni, dokladnie o tej samej porze. Wiesz, co cie spotka, jezeli nawalisz albo pisniesz chociaz slowko.
Staruszek pokiwal glowa, a jego oczy byly tak rozszerzone, jakby zaraz mialy wypasc mu z wychudzonej czaszki i potoczyc sie po podlodze, dolaczajac do tych, ktore znajdowaly sie w niektorych slojach.
Severus puscil go i odepchnal, wyprostowal sie i ponownie przybral na twarz obojetna maske.
- Jest! - Cooper wylonil sie z zaplecza, sciskajac w rekach niewielki czarny flakonik. - Prosze, oto on. Najwyzszej jakosci, specjalnie...
Severus odebral mu go brutalnie i spiorunowal wzrokiem, co sprawilo, ze mezczyzna ugryzl sie w jezyk. Mistrz Eliksirow bez slowa wlozyl flakonik do jednej ze znajdujacych sie w szatach kieszeni i jeszcze raz spojrzal na klaniajacych mu sie, niemal zamiatajacych nosami podloge, drzacych ze strachu ludzi. I wydawal sie dobrze bawic, obserwujac ich przerazenie i szacunek, ktory mu okazywali jako jednemu z najbardziej zaufanych poplecznikow Lorda Voldemorta. Mistrz Eliksirow wygladal tak, jakby napawal sie tym lekiem, karmil nim. Usmiechnal sie krzywo, a nastepnie odwrocil i z lopotem peleryny wymaszerowal ze sklepu, bez ani jednego slowa.
Smierciozercy nigdy za nic nie placili.
***
- Czarny Pan planuje atak na glowna siedzibe Miedzynarodowej Federacji Quidditcha - powiedzial Severus, patrzac prosto w wyblakle blekitne oczy siedzacego po drugiej stronie biurka starego czarodzieja. - Nie znam glownego celu, ani pobudek dla tego ataku, ale podejrzewam, ze ma to zwiazek z jego uprzedzeniami.
Dumbledore pokiwal glowa.
- Tom nie potrzebuje zadnego
