wiecej niz... - zawahal sie tylko przez ulamek sekundy - ...niz nic nieznaczacym zerem.
- Powiedzialem tak tylko dlatego, ze mnie... - zaczal mezczyzna, ale Harry nie pozwolil mu dokonczyc. Ani jedno slowo, ktore wypowiadal teraz Snape, nie mialo dla niego znaczenia. W ogole ich nie slyszal, tak jakby odbijaly sie od czegos bardzo zimnego i twardego, co wyroslo wokol Harry'ego.
- Mialem takie marzenie - przerwal mu tym samym cichym, zlamanym glosem, wciaz wpatrujac sie nieobecnym wzrokiem w sciane. - Ja... chcialem zdobyc twoje serce. Tak bardzo tego pragnalem. Myslalem, ze mi sie uda... ze przebije sie kiedys przez caly ten chlod, pogarde, nienawisc... ale nie udalo mi sie. Ponioslem porazke.
- Potter, posluchaj mnie... To, co mowisz, jest absurdalne. Przeciez sam doskonale wiesz, ze...
Ale Harry nie sluchal. Slowa same plynely. Nie potrafil ich powstrzymac. Z peknietego serca wyplywal gromadzony miesiacami zal. Wszystko, co zawsze w sobie dusil, spychal na samo dno - do najciemniejszego, najodleglejszego zakamarka. Teraz to wszystko zostalo uwolnione. I przelewalo sie przez jego usta.
- Jak moglem byc taki glupi? Teraz to zrozumialem. Zrozumialem, ze po tym wszystkim, co razem przeszlismy, przez te wszystkie miesiace, kiedy walczylem o ciebie, ze przez caly ten czas... nic dla ciebie nie znaczylem. Od chwili, kiedy powiedziales mi to po raz pierwszy w klasie... nic sie nie zmienilo. Absolutnie nic. I nigdy sie nie zmieni. Zawsze bede dla ciebie tylko... nikim. - Jego glos zalamal sie nagle. Jakby ciezar tych slow byl zbyt wielki, zbyt przygniatajacy. Zamknal oczy, nabierajac powietrza do scisnietych, obolalych pluc.
Przez chwile panowala cisza. I wtedy Harry uslyszal szept Severusa, jakby glos byl zbyt zawodny, aby wypowiedziec te slowa:
- Nie jestes dla mnie nikim.
Ale Harry nie wierzyl. Teraz byly to tylko puste slowa. Tego, co zostalo wypowiedziane, nie mozna juz bylo cofnac. Zawislo pomiedzy nimi, zamieniajac sie w bariere, przez ktora nic nie potrafilo sie juz przedostac.
- Nigdy juz sie nie dowiem, jak to jest, kiedy jest sie... potrzebnym. Kiedy komus na tobie zalezy. Nie poczuje tego... - dotknal swojej klatki piersiowej na wysokosci serca - ...tego czegos... tutaj. - Westchnal gleboko, pragnac splukac bol, ktory ponownie zaczal uwierac go w piersi, zakleszczajac go w swym uscisku. - Wiesz, to zabawne... ja zawsze dla wszystkich bylem nikim. Widocznie tak ma byc...
To byl juz koniec. Ostatnia kropla opadla. Nie pozostalo w nim juz nic, co chcialby mu powiedziec.
Podniosl sie z miejsca i po raz pierwszy od poczatku calej tej rozmowy spojrzal na Snape'a. Mistrz Eliksirow byl niezwykle blady. W czarnych, rozszerzonych oczach widnialo glebokie poruszenie. Napieta twarz starala sie przybrac zaciety wyraz, ktory nie potrafil sie na niej utrzymac dluzej niz przez kilka sekund, poniewaz bardzo szybko przyslanialo go... poczucie winy.
Harry siegnal do kieszeni i wyjal z niej zielony kamien. Przez chwile przygladal mu sie, wazac go w dloni.
Wiazalo sie z nim tyle wspomnien... tak wiele razy cieszyl sie, widzac emanujacy z niego blask...
Opowiedz.
Wszystko z toba w porzadku, Potter?
Schowek. Teraz.
Ciii... Juz dobrze, Potter, jutro sie toba zajme.
Przyjdz.
Dlaczego jeszcze nie spisz?
Dobranoc, Potter.
Ale teraz te wspomnienia... nic juz dla niego nie znaczyly.
