Harry osunal sie na kolana, dyszac ciezko. Odczuwal bol fizyczny. Tak wyraznie. Zdarte piesci piekly, obite stopy pulsowaly. Ale ten bol byl tak przyjemny, w porownaniu z tamtym drugim, w nim...
- Harry? - Glos Hermiony byl zachrypniety. Scisniety. Odwrocil do niej glowe, dopiero teraz przypominajac sobie o jej obecnosci. Na jej bladej twarzy lsnily lzy. Stala obok lozka, przytrzymujac sie kolumny. Powoli ruszyla w jego strone. Opadla obok niego na kolana i rzucila sie do przodu, zamykajac go w swoich ramionach i przyciskajac do siebie z taka sila, jakby probowala wchlonac w siebie cale jego cierpienie. Zamknal oczy i poddal sie jej desperackiemu usciskowi.
Nie wiedzial, kiedy to nastapi, nie wiedzial, czy to w ogole nastapi... ale mial nadzieje, ze w koncu... mu przejdzie. Ze za kilka dni, tygodni, miesiecy... wyleczy sie z niego.
Musi sie wyleczyc. Aby zyc dalej, musi sie wyleczyc.
--- rozdzial 51 ---
51. Haunted by the Shadow
Long lost words whisper to me
Still can't find what keeps me here
When all this time I've been so hollow inside
Watching me, Wanting me
I can feel you pull me down
Fearing you, Loving you
I won't let you pull me down*
Czesc 1
We wtorkowy poranek Harry zszedl na sniadanie razem z Ronem. Po swoim wczorajszym wybuchu, zaraz po wyjsciu Hermiony, zakopal sie w poscieli, narzucil koldre na glowe i zaszyl sie w bezpiecznej ciemnosci. Kiedy do dormitorium wszedl Ron, Harry udal, ze spi. Dopiero dzisiaj rano zostal przez niego zmuszony do 'wyjawienia calej prawdy o swojej dziewczynie'. Ron byl na niego troche obrazony, ze wczesniej mu o niej nie powiedzial i nie rozumial, czego tak sie wstydzil. Uznal, ze pomimo tego, iz byla ze Slytherinu, to 'calkiem niezla z niej laska'.
Harry staral sie ani nie zaprzeczac, ani nie potwierdzac jego domyslow. W ogole prawie sie nie odzywal. Od czasu do czasu tylko przytakiwal. Nie mial w ogole apetytu, ale poszedl z nim na sniadanie, starajac sie po drodze nie myslec o niczym.
To bylo najlepsze wyjscie. Po prostu nie myslec o tym wszystkim. Jezeli nie bedzie myslal, to nie bedzie sobie przypominal i moze jakos przezyje ten dzien.
Niestety to zalozenie zostalo zweryfikowane zaraz po tym, jak Harry przekroczyl prog Wielkiej Sali. Podniosl glowe i zatrzymal sie gwaltownie, a jego sploszone spojrzenie pobieglo wprost w strone stolu nauczycielskiego.
Snape byl na sniadaniu.
Nie patrzyl w jego kierunku. Po prostu tam byl. Ale to wystarczylo, by serce Harry'ego opadlo az do zoladka. Siedzial przy stole, wyprostowany i dumny, jakby polknal jakis pieprzony kij, czarna plama zasysajaca do siebie cala przestrzen i swiatlo. Czy nikt inny tego nie widzial?
- Stary, co cie tak zmrozilo? - zapytal Ron, wychylajac mu sie zza ramienia. - Wlaz, ludzie chca przejsc.
Harry ruszyl do przodu, chociaz mial wrazenie, jakby stopy przykleily mu sie do podlogi. Spuscil glowe i wbil wzrok w polyskujaca posadzke.
Nie, nie bedzie na niego patrzyl. On nie istnieje!
Udalo mu sie jakos dotrzec do stolu i usiasc przy nim, oczywiscie tylem do stolu nauczycielskiego.
