Gorycz spietrzyla sie. Wlala mu sie do ust. Nie byl w stanie odpowiedziec. Po prostu pokiwal glowa, z calej sily zaciskajac powieki.
- Och, Harry... - uslyszal cichy szept Hermiony.
Nie potrzebowal jej wspolczucia. Nie chcial jej wspolczucia.
- Z czasem to minie - odezwala sie po chwili. Jej glos nadal drzal. - Musisz po prostu o nim zapomniec. Snape jest zimnym, wyrachowanym draniem. Jest podlym czlowiekiem, ktory czerpie przyjemnosc z ponizania innych. Zawsze taki byl i watpie, by to sie kiedykolwiek zmienilo. Ktos taki potrafi tylko ranic. To sie musialo tak skonczyc. Cokolwiek pomiedzy wami bylo... - Urwala tak nagle, jakby wlasnie uswiadomila sobie cos, co sprawilo, ze jezyk przykleil jej sie do podniebienia. - Wy... ty chyba z nim nie...?
Harry podniosl nieznacznie glowe, spogladajac na nia szklistymi oczami. Wyczytala z nich wszystko, co powinna, i jej pierwsza reakcja byl dziwny okrzyk przerazenia i zasloniecie sobie ust dlonmi. Wygladala, jakby doznala tak wielkiego szoku, ze samo pomyslenie o tym, czego sie wlasnie dowiedziala, moglo doprowadzic ja do wymiotow. Powoli, blada jak papier, opuscila dlonie i wykrztusila:
- O boze! Harry! Ty... wiesz, co zrobiles? Jestes niepelnoletni, a on jest... nauczycielem! Jest od ciebie dwadziescia lat starszy! Moglby byc twoim ojcem! On... cie uwiodl! To jest karalne!
- Daruj mi, Hermiono - wysyczal Harry, czujac nagly, wzbierajacy w nim gniew. - Dobrze wiem, co zrobilem!
- I wy przez caly ten czas... O boze, i te wszystkie szlabany, ktore z nim miales! - Krecila glowa z niedowierzaniem. - A... kiedy mowiles nam, ze chodzisz do Pokoju Zyczen, wtedy ty tez... z nim?
Harry zagryzl warge.
- O boze - jeknela Hermiona. - Nie wierze w to, ze byles taki...
- Jaki? - przerwal jej ostro Harry. - Glupi? Naiwny? Ja bylem w nim zakochany, Hermiono! Nie rozumiesz, ze nie widzialem poza nim swiata? Tylko przy nim czulem sie wolny! Tylko przy nim zapominalem o tym, co mnie czeka i w jakim celu zyje! - Nie wiedzial, kiedy ukleknal. Nie wiedzial, kiedy zacisnal piesci i podniosl glos tak, ze gdyby nie zaklecie wyciszajace, slychac byloby go w calej wiezy. - Tylko wtedy, kiedy mnie pieprzyl, pokazywal mi siebie! Prawdziwego siebie! Nie Snape'a, tylko Severusa! Tylko wtedy, kiedy zanurzal sie we mnie az po same jadra, okazywal mi jakiekolwiek uczucia! - Przez zaszokowana twarz Hermiony przebiegl cien awersji. - Za kazdym razem, kiedy do niego szedlem, myslalem tylko o tym, czy tym razem sie zatraci, czy tym razem zrobi cos wiecej... okaze cos wiecej. Pogladzi mnie, przytuli, pocaluje, zrobi cokolwiek. Zylem tym. Tylko dzieki temu... dzieki niemu... zylem! Wiec zachowaj swoje moraly dla siebie, poniewaz teraz... teraz wszystko runelo! Nic juz nie ma! Zostalem sam, a ty, do kurwy nedzy, prawisz mi kazania! Jakby w ogole nie obchodzilo cie moje serce. Mowimy o moim sercu, do cholery! O moim pieprzonym sercu!
Zerwal sie z lozka, czujac jedynie rozdzierajacy bol, ktory musial znalezc ujscie, poniewaz jeszcze troche, a rozerwalby go na strzepy od srodka. Jak w amoku zaczal rzucac sie po pokoju, lapiac wszystko, co tylko wpadlo mu w rece, i ciskajac tym w sciany, w szafki, w drzwi. Butelki kremowego piwa, puste puchary, kolekcja kart czarodziejow, podreczniki. Chcial tylko niszczyc. Tak samo jak niszczony byl przez te wszystkie miesiace. Tak samo jak zniszczony czul sie w srodku.
- Wszystko skonczone. Wszystko! - dyszal, miotajac sie po dormitorium niczym zranione zwierze, ktore probuje uwolnic sie od bolu. - Frajer! Duren! Kretyn! - Kopnal w krzeslo tak mocno, ze uderzylo w komode. Trzask pekajacego drewna i spadajace z komody przedmioty zmieszaly sie z jego krzykiem. Rzucil sie na lozko, zlapal poduszke i zaczal nia uderzac w sciane. Z taka sila, ze material rozerwal sie i powietrze zapelnilo sie fruwajacym wszedzie puchem. W koncu porzucil pusta poszewke i zaczal kopac sciane i uderzac ja piesciami. Tak dlugo, az wrzeszczacy potwor w jego duszy uspokoil sie i wycofal, zmeczony.
