je, zostawcie na moim biurku i mozecie wyjsc - powiedzial Snape, kiedy dzwonek na korytarzu obwiescil koniec zajec. Uczniowie odetchneli z ulga, ze nauczyciel najwyrazniej nie ma zamiaru chodzic po klasie i komentowac wynikow ich pracy, tak jak mial to w zwyczaju robic pod koniec kazdej lekcji. To bylo do niego niepodobne, ale radosc, ze to juz koniec zajec i maja przed soba weekend, byla zbyt wielka, aby ktokolwiek, poza Harrym, no i moze jeszcze Hermiona, zwrocil na to uwage. Zarowno Gryfoni jak i Slizgoni zerwali sie z miejsc i pospiesznie zaczeli sie pakowac, w miedzyczasie napelniajac swoje fiolki roznokolorowymi wersjami teoretycznie tego samego eliksiru.
Harry odczuwal wyrazne zdenerwowanie na mysl, ze teraz musi jeszcze na dodatek podejsc do biurka Snape'a i zostawic tam swoja fiolke, ale przeciez nie moze mu okazac, ze sie go boi i jak ostatni tchorz poprosic, aby Ron albo Hermiona zrobili to za niego. Schowal przybory i podreczniki do torby, siegnal po szklana fiolke znajdujaca sie w swoim zestawie i nalal do niej troche czarnej, metnej substancji. I kiedy juz mial ruszyc za Ronem i Hermiona w strone kolejki uczniow ustawionych do biurka nauczyciela, w jakis niebywaly sposob fiolka wysunela mu sie z dloni, jakby cos ja szarpnelo i wyladowala na podlodze, rozbijajac sie. Zamrugal, kompletnie zaskoczony takim obrotem spraw. Na szczescie nie zdazyl jeszcze oproznic swojego kociolka. Schylil sie do torby po kolejna fiolke, ale okazalo sie, ze nie zabral zadnej innej. Przeklinajac w duchu swoja bezmyslnosc (chociaz byl przekonany, ze zabral caly zestaw), ruszyl do malego kredensu znajdujacego sie w drugim koncu sali, aby wziac jedna ze szkolnych fiolek. Zanim zdazyl wrocic i ponownie ja napelnic, klasa juz niemal opustoszala, a przy biurku zostalo tylko kilkoro uczniow. Pieknie, wyglada na to, ze bedzie ostatni. Tego mu tylko brakowalo.
Wzial gleboki oddech i starajac sie zmusic swoje troche zbyt szybko bijace serce do spokojnej pracy, ruszyl w strone biurka, zatrzymujac sie na samym koncu malenkiej kolejki zlozonej z Neville'a i dwoch Slizgonek. Ron i Hermiona wrocili juz do lawek i zaczeli sie pakowac.
Staral sie patrzec w kazda strone, byle tylko nie przed siebie. Byle tylko nie w strone tej ciemnej, majaczacej na granicy widzenia sylwetki.
Nie spojrzy na niego. Nie spojrzy. Po prostu zostawi fiolke i sobie pojdzie. Nie musi na niego patrzec, aby to zrobic. Slizgonki zostawily swoje eliksiry i pognaly do lawek po torby. Zostal tylko Neville. I Harry.
Neville drzaca dlonia postawil fiolke na blacie ciemnego biurka i ze spuszczona glowa odwrocil sie i odszedl.
To teraz. To ta chwila. Juz nic ich nie dzielilo. Tylko biurko. I Harry czul sie tak, jakby byl goly. Jakby nie zostalo nic, co oslanialo go przed tym swidrujacym spojrzeniem. Mial wrazenie, jakby tym razem uniosly sie absolutnie wszystkie wloski na jego ciele.
Wpatrujac sie uparcie w zakurzony sloj stojacy na jednej z polek, wyciagnal reke i postawil swoja fiolke na blacie. I kiedy mial ja cofnac, Snape poruszyl sie gwaltownie i Harry zamarl, czujac dlugie, chlodne palce oplatajace sie wokol jego zacisnietej na fiolce dloni. Calkowicie zaskoczony, odwrocil glowe i spojrzal wprost w te czarne oczy. Oczy, ktore patrzyly na niego w taki sposob, ze az zakrecilo mu sie w glowie i ugiely sie pod nim kolana. Nie bylo w tym spojrzeniu nawet odrobiny pogardy, pozadania, ognia, czy czegos rownie intensywnego. Nie. Bylo w nich cos takiego... cos, co widzial zaledwie kilka razy. Lagodnosc.
I wtedy Snape zrobil cos, co poslalo w napiete cialo Harry'ego dreszcze tak silne, ze poczul je az w palcach u nog. Z czuloscia pogladzil jego dlon. Wrazenie bylo takie, jakby skora Harry'ego w miejscu, w ktorym dotknely jej chlodne palce Snape'a, pokryla sie iskrami.
Nie! Dosyc tego! Tym razem nie nabierze sie na jego sztuczki!
Wyrwal reke i odwrocil sie od niego, pragnac jak najszybciej stad uciec i uciszyc galopujace w piersi serce. W kilku krokach znalazl sie przy wciaz pakujacych swoje rzeczy przyjaciolach, zlapal swoja torbe i wypadl na korytarz.
Jak on smial? Jak smial go dotknac? Jak w ogole pomyslal, ze moze go dotknac? Po tym wszystkim?
Ten jeden drobny gest
