powiedzial. Nie odwrocil glowy. Nie wykonal zadnego gestu. Po prostu zamknal drzwi, wyprostowal sie i nie spogladajac juz ani razu w kierunku, w ktorym Harry niemal probowal wtopic sie w sciane, ruszyl przed siebie w glab korytarza. Chlopak wpatrywal sie w czarna, powiewajaca peleryne tak dlugo, dopoki Snape nie zniknal za rogiem korytarza i dopiero wtedy odwazyl sie wypuscic wstrzymywane do tej pory powietrze. Osunal sie po scianie i klapnal na podloge, wciaz czujac dziwne sensacje w okolicach zoladka.
Niewiele brakowalo. Naprawde bardzo, bardzo niewiele...
Wzial gleboki, drzacy oddech. Nie pojdzie juz dzisiaj do biblioteki. Mial dosyc. Mial dosyc tej lekcji, tego napiecia, a przede wszystkim mial dosyc Snape'a. Nie mial ochoty znowu czuc na sobie tego nachalnego spojrzenia. Chcial tylko odpoczac. I zastanowic sie, co zrobic, aby wytrzymac kolejny taki tydzien...
***
Harry cala sobote spedzil w dormitorium i Pokoju Wspolnym. Nie chcial sie natknac na Snape'a. Ba, nie chcial go w ogole widziec, nawet z odleglosci, ktora dzielila stol Gryffindoru od stolu nauczycielskiego. Ron dostarczyl mu sniadanie, a Zgredek obiad. Na kolacje nie mial ochoty. Wykorzystal wolny czas na nadrobienie zaleglosci z kilku przedmiotow. Z wyjatkiem Eliksirow. Ron troche sie na niego boczyl po tym, jak Harry odmowil gry w Eksplodujacego Durnia, wiec rudzielec poszedl zagrac z Neville'em. Hermiona spedzala popoludnie w bibliotece, wobec czego Harry zostal calkiem sam. Skazany na pastwe atakujacych znienacka mysli i czajacych sie za rogiem wspomnien, gotowych w kazdej chwili wyskoczyc i rzucic sie na niego. Staral sie, jak mogl, odgonic je nauka, ale wciaz wedrowaly po jego podswiadomosci, zupelnie nic nie robiac sobie z jego staran.
Ale przynajmniej mial jeden dzien wzglednego spokoju. Jeden dzien, w ktorym nie sledzily go te czarne oczy i czajaca sie za regalem, ukryta w cieniu postac. Tak, siedzac tutaj, w cieplym polmroku Pokoju Wspolnego, otoczony ksiazkami i rozgadanymi uczniami, mogl nienawidzic Snape'a cala swoja dusza. To bylo o wiele latwiejsze, niz kiedy byl tam, a ciemna sylwetka bez przerwy krazyla gdzies na granicy jego pola widzenia. Tu mogl go nienawidzic tak bardzo, jak tylko zechcial. Moze w ogole nie powinien stad wychodzic?
Wieczorem, kiedy odrobil juz wszystkie zadania, nauczyl sie wszystkich zaklec, przeczytal wszystkie zadane rozdzialy, a nawet kilka do przodu, musial sie w koncu poddac i udac na spoczynek. Ron juz dawno chrapal, kiedy Harry przykryl sie pod sama brode i zapatrzyl w tanczace na scianach cienie. Staral sie o niczym nie myslec, kiedy zasypial. Ani o tym, co bedzie robil jutro, ani o tym, ze prawdopodobnie znowu bedzie wolal spedzic dzien w Pokoju Wspolnym, ani o tym, ze praktycznie w ogole nie rozmawial dzisiaj z Ronem i nie mial na to ochoty. Staral sie naprawde o niczym nie myslec. Niestety, jego podswiadomosc przez caly czas robila to za niego. To chyba dlatego, kiedy tylko opuscil powieki, zobaczyl czarne, blyszczace oczy, nawet jezeli od kilku godzin wcale o nich nie pomyslal.
Nie! Nie! Nie! Idzcie sobie! - powtarzal w swojej glowie, przywolujac obraz mapy przedstawiajacej polozenie gwiazdozbioru Andromedy wobec Merkurego w trzecim trymestrze panowania Wodnika, ktora kreslil tuz przed polozeniem sie spac. Pomoglo. Przynajmniej bylo to na tytle nudne, ze zasnal niemal natychmiast.
W jego podswiadomosci wciaz pobrzmiewalo jednak glosne i wyrazne 'Nie!'
*
- Crucio!
Przeszywal go bol. Tak przerazajacy, tak rozdzierajacy, jakby ktos zywcem odrywal mu platami skore z ciala, a wraz z nia nerwy.
- Crucio! Crucio!
Ktos krzyczal przerazliwie i dopiero po chwili zorientowal sie, ze ten okropny dzwiek wydobywa sie z jego wlasnego gardla. Mial niejasne wrazenie, ze rzuca sie spazmatycznie na jakiejs twardej, lodowatej posadzce, ale nie mogl byc tego pewien, poniewaz nie czul prawie nic, poza bolem. Oslepiajacym. Obdzierajacym z czlowieczenstwa. Warczal, charczal i wrzeszczal, ale to nie pomagalo.
