dotyk, spojrzenie... wszystko odplywalo. Bol byl nie do zniesienia, kiedy w jego sercu umieraly kolejne wspomnienia. Gasly jedno po drugim, niczym obumierajace gwiazdy, pozostawiajac po sobie jedynie ciemnosc i proznie.
Powietrza... nie mogl oddychac. Musial... wyjsc stad... natychmiast! Jak najszybciej!
Odwrocil sie na uginajacych sie nogach i... zamarl, calkowicie sparalizowany, a kazdy miesien w jego ciele napial sie.
Snape. To byl Snape. Stal pod sciana, przy wejsciu do laboratorium, opierajac dlon na znajdujacym sie obok regale. Przygladal sie Harry'emu. Byl niezwykle blady, a jego twarz wygladala niczym woskowa maska. W czarnych, pozbawionych wyrazu oczach odbijal sie zielony plomien swiecy. Przywodzil na mysl wylaniajacego sie z mroku upiora.
Harry poczul, jak zalewa go nieokielznana fala nienawisci do tego... tego... kogos... Poniewaz to juz nie byl Snape. Teraz byl to jedynie... ktos obcy. Wrog. Klamca. Oszust. Morderca.
- Nie zblizaj sie do mnie, Smierciozerco! - krzyknal lamiacym sie glosem, wyszarpujac z kieszeni rozdzke i kierujac ja w strone ciemnego posagu. Chcial go zranic, przeklac. Zniszczyc. Zdeptac. Zadac taki bol, jakiego jeszcze nigdy nie zaznal. Zamienic cierpienie w klatwe i cisnac nia w niego, a potem patrzec jak zwija sie i krzyczy...
Jego dlon drzala tak bardzo, ze koniec rozdzki kreslil w powietrzu nieregularne kregi, rozsypujac czerwone iskry nienawisci. Czarne oczy przesunely sie nieco w dol, spogladajac na rozdzke, a nastepnie ponownie przeniosly sie na twarz Harry'ego.
- Jak mogles? Jak mogles mi to zrobic? Jak mogles tak mnie oszukac? Jak mogles mnie tak podle wykorzystac? Jak mogles mnie nienawidzic? Przez caly ten czas! Jak mogles?!
Snape milczal. Jego zacisniete w cienka linie usta byly niemal biale.
Bol byl coraz wiekszy. Nie do zniesienia. Przeobrazil sie w ogarnieta szalem bestie, rozrywal Harry'ego od srodka, miazdzyl wnetrznosci, rozszarpywal miesnie.
- Odpowiedz mi, ty zdrajco! Dlaczego, do cholery, milczysz? Dla ciebie to wszystko bylo tylko gra! Zalosna rozgrywka! Nigdy nic dla ciebie nie znaczylem! Nic!!! Przez caly czas klamales! Przez caly cholerny czas! - Glos Harry'ego zalamal sie. Przelknal lzy, ktore niepostrzezenie wplynely mu do ust.
Snape stal niczym wykuty z kamienia. Byl jeszcze bledszy niz wczesniej. Przypominal teraz ducha. Nie poruszal sie. Po prostu patrzyl.
- Wykorzystales mnie! Wykorzystales moje pragnienie dla swojego pragnienia! Myslalem, ze chociaz ty... ze chociaz ty nie uwazasz mnie za narzedzie! Ze jako jedyny nie probujesz sie mna posluzyc! A jestes taki sam! Jestes jeszcze gorszy! Jestes potworem! Zaden czlowiek nie moglby... nie moglby... przez caly ten czas... o boze! - Harry zlapal rozdzke obiema dlonmi, aby ja utrzymac. Nie panowal nad soba. Nie panowal nad wypelniajaca go odraza, ktora saczyla sie z konca jego rozdzki w postaci coraz goretszych, coraz gwaltowniej syczacych iskier.
- Jak mogles? Jak mogles pokazywac mu nasze chwile? Przeciez to byly nasze wspomnienia! Jak mogles...?!
Snape zacisnal usta jeszcze bardziej, chociaz wydawalo sie to niemozliwe.
- No odpowiedz mi! Pochwal sie, jakim bylem dla was posmiewiskiem! Opowiedz, jak smialiscie sie z tego, jakim bylem zaslepionym kretynem! Opowiedz, jak swietnie sie bawiles, kiedy pokazywales mu nasze intymne chwile, ty chory popaprancu!
Ale Snape nie odpowiedzial. Nie odezwal sie ani jednym slowem. Stal tam tylko... z tym swoim wielkim nosem, tlustymi wlosami, dlugimi, oblesnymi, zoltymi palcami, szkaradna twarza...
