obsesja czlowiek, bydlak bez uczuc, dla ktorego Harry byl jedynie pionkiem w jakiejs zalosnej rozgrywce. Chcial go poswiecic dla osiagniecia swojego celu i nie obchodzilo go, kogo i co zniszczy po drodze, jakie uczucia podepcze, jak glebokie rany zada...
Nie... to nie byl czlowiek. Nikt nie moze byc az tak okrutny. Nikt nie moze az tak dobrze udawac, chyba ze nie ma serca. W kazdej chwili, w ktorej sadzil, ze cokolwiek dla niego znaczy... on przez caly czas gral! Gardzil nim od poczatku az do samego konca! Boze... i jeszcze... ich chwile... pokazywal im! Pokazywal im to, co bylo dla niego tak cenne! Smial sie z niego! Przez caly czas tylko sie smial! Harry byl dla niego... dla nich jedynie posmiewiskiem! Glupim, zakochanym szczeniakiem, ktory zrobilby dla niego wszystko. Ale kim trzeba byc... jak wielki mrok miec w sobie... aby tak perfidnie wykorzystac tego... szczeniaka, a potem poslac go na smierc. Bez cienia wahania.
Przeciez to niemozliwe, aby przez caly czas, przez absolutnie caly czas czuc jedynie niechec i odraze. Czy nie bylo ani jednej takiej chwili, nawet malej chwilki, w ktorej ten ktos, kim okazal sie Snape... w ktorej poczulby chociaz malenka iskierke ciepla? Cokolwiek? Chociaz wspolczucie? Zawahanie? Czy wszystkie te chwile... kazda chwila... kazda pojedyncza, rozzarzona chwila pomiedzy nimi byla jedynie uluda? Nie istniala naprawde?
Nie.
Dobitnie sie o tym przekonal. Czekal i czekal na jakikolwiek znak, jakikolwiek moment... pamietal ostatnia noc, musial ja zobaczyc, przekonac sie, ze wtedy, kiedy Snape oddal mu wszystko... cos sie zmienilo. Musialo! Ale okazalo sie, ze byl to tylko kolejny element ukladanki. Kolejne zagranie. Wyzyny aktorstwa.
Dlaczego byl tak glupi? Dlaczego mu zaufal? Dlaczego nigdy nie zastanowil sie glebiej nad jego motywami, nad zachowaniem, nad tymi wszystkimi znakami, ktore przez caly czas otrzymywal? Przeciez prawda zawsze, zawsze byla wprost przed jego oczami... ale on nie chcial jej dostrzegac. A teraz... teraz, kiedy jego oczy sie otworzyly, wszystko wydawalo mu sie tak oczywiste.
Pamietal je. Pamietal te drobne szczegoly, malo znaczace slowa, gesty, ktore jednak znaczyly znacznie wiecej, niz podejrzewal.
- Mysle, ze wypiles juz wystarczajaco duzo do tego, co planuje...
- A co planujesz?
- Jezeli juz musisz wiedziec... Planuje cie zabic, panie Potter.
Pamietal je wszystkie. Dopiero teraz, kiedy bylo juz za pozno...
- A czy warzysz teraz jakis trudny eliksir?
- Owszem.
- A... czy dlugo bedziesz go jeszcze warzyl?
- Tyle, ile potrzeba.
Pamietal ten niesamowity blask, ktory pojawil sie w oczach Snape'a po tym pytaniu.
Pamietal rowniez swoja naiwnosc, kiedy myslal, sadzil...
- Chce tez, zebys wiedzial, ze bez wzgledu na to, co zrobisz i co sie stanie... ja zawsze bede po twojej stronie. Przy tobie.
- Zobaczymy. Przypomne ci o tym w odpowiednim momencie.
I pamietal slowa Hermiony, jej ostrzezenia.
Boje sie... ze on cie moze zwodzic, zeby w koncu oddac cie w rece Voldemorta. Pomysl, Harry... dlaczego mialby sie tak nagle toba zainteresowac? Co mogloby tak raptownie zmienic jego stosunek do ciebie? Przeciez zawsze cie nienawidzil.
...nienawidzil...
...nienawidzil...
