- Ja wiem, gdzie jest! - krzyknela nagle Hermiona. Obie kobiety spojrzaly na nia z zaskoczeniem. - To znaczy... domyslam sie. Chodz, Ron. - Zlapala kompletnie zdezorientowanego chlopaka za reke i zaczela go ciagnac. - Poszuk... - Urwala nagle, slyszac dziwny odglos. Dochodzace z jednego z bocznych korytarzy regularne... plaskanie.
Cala czworka odwrocila sie w tamta strone. Odglos przyblizal sie i po chwili zza zakretu korytarza wylonil sie... Harry. Szedl boso po kamiennej posadzce, ubrany w szpitalna pizame ze spuszczona glowa i wzrokiem utkwionym w podlodze.
Hermiona niemal osunela sie na ziemie z ulgi, ale ulga byla tylko chwilowa, bo kiedy podszedl blizej, a na jego twarz padlo swiatlo umieszczonej na scianie pochodni, jej zoladek wywrocil sie.
Poniewaz to juz nie byl ten sam Harry, ktorego widziala zaledwie kilka godzin temu. Wygladal tak, jakby w tym krotkim czasie samotnie przewedrowal przez pieklo. Jego twarz byla blada i zapadnieta. Oczy podkrazone i pomimo tego, ze nie mogla ich dostrzec, poniewaz skierowane byly w dol, wydawaly sie calkowicie pozbawione wyrazu. Martwe.
- Potter - wydusila w koncu profesor McGonagall, kiedy Harry zrownal sie z nimi. - Nie powinienes wstawac i szwendac sie samotnie po zamku w takim stanie. Wyraznie kazalismy ci lezec w lozku.
- Stary, wszyscy sie o ciebie martwilismy - burknal Ron, wpatrujac sie w Harry'ego z mieszanina strachu i ulgi.
- Jak mogles napedzic nam takiego strachu? - powiedziala oburzona pani Pomfrey. - Znikac tak bez uprzedzenia! I w dodatku boso! Przeciez podloga jest lodowata! Prawie tam zamarzles, a teraz jeszcze...
- Musialem cos zalatwic. - Harry powiedzial to niezwykle cicho, ale takim glosem, ze nawet Hermione przeszly ciarki. Pani Pomfrey momentalnie ucichla.
Harry przeszedl obok nich, nie zaszczycajac ich nawet jednym spojrzeniem, po czym zniknal za drzwiami szpitala.
Hermiona przelknela sline, chociaz miala wrazenie, ze przelyka gwozdzie. Wymienila spojrzenia z profesor McGonagall i ruszyla za Harrym. Powoli weszla do szpitala, slyszac za soba kroki Rona oraz profesor McGonagall i ciche mamrotanie pani Pomfrey, ktora wciaz nie potrafila wyjsc ze stanu pelnego niedowierzania oburzenia.
Harry wlasnie wchodzil na lozko. Polozyl sie plecami do nich i przykryl koldra az po sama brode. Hermiona spojrzala na Rona, ktory w odpowiedzi wzruszyl ramionami. Coz, to by bylo na tyle, jezeli chodzi o wsparcie z jego strony.
- Zostancie z nim - powiedziala szeptem profesor McGonagall - a ja pojde po dyrektora. - Po tych slowach odwrocila sie i skierowala do wyjscia.
- A ja pojde dokonczyc przygotowywanie lekarstwa - oznajmila pani Pomfrey, ruszajac w strone swojego gabinetu. - Tylko pilnujcie go, zeby znowu mi nie zniknal. - Rzucila oburzone spojrzenie na lezaca na lozku szczupla postac i zniknela za drzwiami po drugiej stronie sali.
Hermiona westchnela i powoli podeszla do lozka Harry'ego. Przysunela sobie stojace pod sciana krzeslo i usiadla, ukladajac rece na kolanach i nie bardzo wiedzac, co zrobic. Ron stal za nia niczym zywy pomnik niepokoju i zdezorientowania. Miala tak wiele pytan, ale nie potrafila wydusic z siebie slowa. Cos w Harrym sie zmienilo. Bardzo wyraznie to wyczuwala i obawiala sie tej zmiany.
- Jak sie czujesz, stary? - Ron odezwal sie pierwszy, wybawiajac ja od przerywania tej ciezkiej, wiszacej w powietrzu ciszy, poniewaz wciaz nie wiedziala, co sie w niej kryje.
- Zyje, jak widzisz - odparl Harry. Jego glos byl zimny. Znala go od szesciu lat, ale jeszcze nigdy nie slyszala takiego tonu. W dodatku miala wrazenie, ze on wcale nie chce ich widziec, ze najchetniej wyrzucilby stad ich oboje.
- Porozmawiaj z nami - odezwala sie cicho. - Martwilismy sie o ciebie. Profesor McGonagall
