powiedziala, ze...
- Nie prosilem o to, zebyscie sie martwili. Sam sobie doskonale poradze.
Hermiona zagryzla warge.
- Co sie z toba dzieje?
- A co ma sie dziac? - zapytal, odwracajac sie, podpierajac na lokciach i spogladajac na nia.
Hermiona wstrzymala oddech. Oczy. Oczy Harry'ego... byly zupelnie zimne. A twarz... tak pusta, jakby wyssano z niej wszelkie emocje. Jakby tam, na tym mrozie, na ktorym prawie zamarzl, jego serce rowniez zamarzlo. Wypelnilo sie lodem az po same brzegi.
- Jak to? Przeciez widze, ze cos jest nie w porzadku - powiedziala niemal placzliwie. - Hagrid znalazl cie na bloniach. Prawie tam zamarzles i...
- Nie badz naiwna - przerwal jej Harry. - Nie moglbym zamarznac gdzies na bloniach. Moje przeznaczenie jest zupelnie inne. Jestem przeciez Wybrancem. - Wypowiedzial to slowo z taka pogarda w glosie, ze Hermiona az sie skrzywila. - Wszyscy na mnie chuchaja i dmuchaja, zebym mogl dozyc pojedynku z Voldemortem. Nie moge teraz umrzec. Jeszcze nie teraz.
- Przestan wygadywac takie bzdury! - wtracil sie Ron. - Calkowicie ci juz odbilo? Widze, ze na tym mrozie troche przymrozilo ci mozg. Jak mozesz mowic takie rzeczy?
- Moge, poniewaz taka jest prawda - odpowiedzial spokojnie Harry. - Kiedy juz wypelnie te wielka misje, do ktorej sie urodzilem, to moze wtedy w koncu dacie mi wszyscy swiety spokoj...
- Wiesz, jezeli tak ci zalezy na spokoju, to moge dac ci go juz teraz. - W glosie Rona pojawil sie gniew.
- Przestan, Ron - wtracila sie Hermiona, probujac zatrzymac ten coraz szybciej staczajacy sie powoz zlosci.
- Nie przestane, dopoki on nie przestanie traktowac nas jak wrogow - warknal Gryfon.
- Harry po prostu potrzebuje odpoczynku. - To bylo jedyne wyjasnienie, ktore mogla mu w tej chwili zaoferowac z nadzieja, ze polknie haczyk i sie uspokoi. Sama juz tak bardzo drzala w srodku z niepokoju, iz miala wrazenie, ze jeszcze chwile, a rozsypie sie na kawaleczki.
Spojrzala prosto w zmruzone, zielone oczy, ktore znala tak dobrze, a ktore teraz wydawaly jej sie kompletnie obce. Przelknela sline.
- Harry, profesor Dumbledore zaraz tu bedzie. Moze powinienes z nim porozmawiac o... pewnych sprawach.
Ku jej zdziwieniu, wpatrzone w nia oczy staly sie jeszcze bardziej lodowate.
- Nigdy wiecej nie mow o nim w mojej obecnosci. Nie chce miec z nim nic wspolnego i jezeli dowiem sie, ze do niego poszlas i cos mu powiedzialas... to przestaniesz dla mnie istniec. Calkowicie.
- Jak mozesz tak sie do niej odzywac? - wysyczal Ron, zanim ostrze tych slow zdazylo ugodzic ja w serce. - Zawsze bylismy po twojej stronie, bez wzgledu na wszystko, a teraz probujesz nas szantazowac tylko z tego powodu, ze sie o ciebie martwimy?
- Juz mowilem, ze was o to nie prosilem - odpowiedzial Harry, przenoszac spojrzenie na czerwonego ze zlosci Rona.
- Swietnie! W takim razie nie...
- Na bogow, co to za krzyki? - przerwala im pani Pomfrey, pojawiajac sie niczym duch z butelka eliksiru w dloni. Obrzucila gniewnym wzrokiem Rona i Hermione. - Mieliscie go tylko przypilnowac, a nie zameczyc. Chlopak potrzebuje wypoczynku. Gdybym wiedziala, ze tak to sie skonczy, to juz dawno bym was stad wyrzucila i poprosila profesor McGonagall o posiedzenie przy nim. A teraz wynoscie mi sie stad, ale juz, jezeli nie chcecie, zebym wam odebrala punkty.
