Ron odwrocil sie na piecie i ruszyl w strone drzwi, ale Hermiona miala wrazenie, ze nie jest w stanie sie poruszyc. Byla zbyt wstrzasnieta i przerazona. Powoli jednak, piorunowana wzrokiem pielegniarki, podniosla sie z krzesla i ruszyla za Ronem.
Harry... nie zachowywal sie jak Harry. Cos sie z nim stalo. Cos bardzo zlego. I to byla wina Snape'a. Byla tego tak pewna jak tego, w ktorym roku zalozono Hogwart. I mialo to rowniez cos wspolnego z Dumbledore'em, poniewaz Harry nagle calkowicie zmienil stosunek do dyrektora. A ona nie mogla o tym nikomu powiedziec i czula sie tak... tak...
Ukradkiem otarla lzy, wlokac sie za Ronem przez pograzone w ciemnosci korytarze zamku.
Harry wymagal niemozliwego, zadajac, by sie o niego nie martwila. Byl jej najdrozszym przyjacielem. Zawsze razem, nawet w najtrudniejszych chwilach. Nie moze go opuscic, szczegolnie teraz, kiedy najwyrazniej postanowil odepchnac wszystkich, ktorym na nim zalezalo.
Ale jej nie uda mu sie odepchnac. Moze sobie probowac do woli, ale cokolwiek by nie zrobil, nie uda mu sie to.
***
Przez cala noc nie mogla zasnac. Jej umysl zasnuwaly ciezkie, czarne chmury mysli. Chyba jeszcze nigdy w zyciu nie martwila sie o Harry'ego tak bardzo, jak teraz. Zawsze potrafila zrozumiec jego zachowanie, ale tym razem bylo zupelnie inaczej. Zamienil sie w kogos obcego. Kogos, kogo kompletnie nie znala.
Udalo jej sie zdrzemnac dopiero nad ranem. Z tego powodu wstala pozniej niz zazwyczaj i kiedy zeszla do Pokoju Wspolnego, wiekszosc uczniow byla juz na nogach. Dlatego tez siedzacego na kanapie przed kominkiem Harry'ego zauwazyla dopiero wtedy, kiedy przeczesywala wzrokiem pokoj w poszukiwaniu Rona.
Jej serce momentalnie opadlo do zoladka. Ostroznie podeszla do kanapy i okrazyla ja. Harry siedzial bez ruchu, z lokciami opartymi na kolanach, splecionymi dlonmi i wzrokiem utkwionym w plomieniach. Swiatlo ognia odbijajace mu sie w okularach bylo jedyna oznaka zycia na jego twarzy, ktora teraz, w swietle dnia, wydawala sie byc jeszcze bardziej nieruchoma i pozbawiona wyrazu niz wczesniej.
Niepewnie usiadla obok niego, kompletnie nie wiedzac, co powiedziec i zrobic.
- Nie powinienes byc jeszcze w szpitalu, Harry? - zapytala delikatnie.
- Nie - bylo jedyna odpowiedzia, jaka uzyskala.
- Pani Pomfrey pozwolila ci wyjsc?
- Nie.
- To jak...?
- Po prostu wstalem i wyszedlem. Nikt mi nie bedzie mowil, co mam robic - powiedzial Harry, nie odrywajac wzroku od plomieni i nie spogladajac na Hermione ani razu. Dopiero teraz zauwazyla, jak bardzo podkrazone mial oczy. Wygladalo na to, ze on rowniez nie spal przez cala noc.
- Jak sie czujesz? - Wiedziala, ze to bylo karkolomne pytanie, ale musiala je zadac.
- Jak nigdy dotad.
Co to miala byc za odpowiedz?
- Czesc wam!
Hermiona niemal podskoczyla, kiedy tuz obok niej pojawila sie usmiechnieta twarz Ginny. Dziewczyna przeskoczyla przez oparcie i usiadla obok niej na kanapie.
- Dlaczego macie takie smetne miny? Dzisiaj piatek, jeszcze tylko kilka godzin tortur i od jutra weekend, a to oznacza pierwszy trening Quidditcha! Nie moge juz
