sie doczekac. A ty, Harry?
- Nie bede juz gral w druzynie - odparl spokojnie chlopak. Ginny spojrzala na niego z oslupieniem, ale po chwili rozesmiala sie.
- To nie byl dobry zart.
- To wcale nie jest zart. - Harry odwrocil glowe i wbil w nia chlodne spojrzenie. - Mamy wojne, a ja mam zadanie do wykonania. Wszyscy oczekuja ode mnie tego, ze pokonam Voldemorta, a nie tego, ze wygram Puchar Quidditcha. Fruwanie na miotlach i gonienie za latajacymi pilkami jest teraz najmniej wazne. Raczej nie pokonam Voldemorta, trafiajac go Zlotym Zniczem miedzy oczy.
Oczy Ginny rozszerzyly sie, a usta otworzyly, jakby uslyszala wlasnie najgorsze bluznierstwo w swoim zyciu.
- Harry zle sie dzisiaj czuje - wtracila szybko Hermiona, widzac mine Ginny. Odwrocila do niej glowe i mimika twarzy zasugerowala, ze powinna odejsc. Naprawde nie chciala, aby wszyscy pomysleli, ze Harry oszalal, a dokladnie tak sie zachowywal.
- Czesc - burknal Ron, zatrzymujac sie za nimi.
- Och, Ron. - Hermiona odwrocila sie do niego z pelnym rozpaczy usmiechem. - Nareszcie jestes. Chodzmy na sniadanie. - Zerwala sie z kanapy, ciagnac za soba wciaz zaszokowana Ginny, ale Harry nie poruszyl sie. Po paru krokach Hermiona odwrocila sie do niego. - Chodz, Harry.
Chlopak wstal powoli i zarzucil na ramie torbe.
- Nie ide na sniadanie. Ide na lekcje.
- Ale przeciez lekcje zaczynaja sie dopiero za pol godziny.
Harry spojrzal na nia obojetnym wzrokiem i oswiadczyl:
- W takim razie bede pierwszy. - Po czym wyminal cala trojke i spokojnym krokiem ruszyl ku portretowi Grubej Damy.
Hermiona i Ron spojrzeli na siebie ponad glowa Ginny, zawierajac w tym spojrzeniu wszystko, co chcieli sobie przekazac. Calkowita bezradnosc.
***
Harry zachowywal sie tak samo przez caly dzien. Milczal albo odpowiadal polslowkami. Albo po prostu wpatrywal sie w przestrzen, tak jak teraz.
Pomimo ze w Wielkiej Sali panowal gwar, Harry zdawal sie byc z niego calkowicie wylaczony. Siedzial bez ruchu nad pustym talerzem, wodzac wzrokiem po rozesmianych, pograzonych w rozmowie albo palaszujacych obiad uczniach. Wygladal i zachowywal sie jak robot. Jakby jego jedyna funkcja zyciowa bylo oddychanie. Jakby nie istnial.
Hermiona przygladala mu sie, czujac coraz wiekszy ciezar przygniatajacy jej serce. To i tak cud, ze w ogole przyszedl na obiad, chociaz nie tknal absolutnie niczego i w ogole nie reagowal na jej namowy. Ron siedzial obok, jedzac w milczeniu obiad i przegladajac porannego Proroka, do ktorego ona nawet nie zajrzala, zbyt pochlonieta zamartwianiem sie o Harry'ego.
- Och, kolejny atak - powiedzial pomiedzy jednym a drugim kesem. - Na Merlina... - Przerwal jedzenie, wpatrujac sie szeroko otwartymi oczami w tekst. - Zabili dwadziescia dwie osoby, w tym siedmioro dzieci...
Hermiona przerwala obserwowanie Harry'ego i przysunela sie do Rona, zszokowana tymi rewelacjami. Ale bardzo szybko pozalowala, ze to zrobila, poniewaz opisy sposobow, w jakie ci ludzie zostali zamordowani, odebraly jej caly apetyt i scisnely zoladek z obrzydzenia i przerazenia.
- O boze... to okropne... odrazajace...
- Nie badzcie smieszni - odezwal sie Harry. Oboje przerwali czytanie i spojrzeli na niego z zaskoczeniem. - Mamy wojne. To normalne, ze sa ofiary. I
