sie wlasnym jadem?
- A moze zaplatal sie w swoja peleryne, kiedy schodzil po schodach i polamal nogi?
- Haha, dobre! Ja stawiam na to, ze ktos w koncu poszedl po rozum do glowy i wywalil go ze szkoly.
- Nie, to by bylo zbyt piekne...
- Pomarzyc zawsze mozna.
- Hahaha.
Klasa powoli pustoszala.
Pograzona we wlasnych myslach Hermiona konczyla sie wlasnie pakowac, kiedy zobaczyla, jak Harry zdecydowanym ruchem zarzuca torbe na ramie i kieruje sie do wyjscia. Szybko wrzucila reszte przyborow do torby i pobiegla za nim, slyszac za soba kroki podazajacego za nia Rona. Kiedy w koncu sie z nim zrownali, Harry gwaltownie skrecil.
- Gdzie idziesz? - krzyknela, zatrzymujac sie.
- Musze cos sprawdzic - odparl Harry, znikajac w jednym z bocznych korytarzy.
Wahala sie, czy nie pojsc za nim, ale w koncu zrezygnowala. Harry najwyrazniej sobie tego nie zyczyl. Zreszta nie znala rozkladu lochow zbyt dobrze. Nie bywala tu za czesto. Odwrocila sie z westchnieniem i spojrzala na Rona, ktory wpatrywal sie w plecy oddalajacego sie przyjaciela.
- Mowie ci, ktos go podmienil. To nie jest Harry. To nie moze byc Harry - powiedzial, zagryzajac warge. Hermiona podeszla do niego, objela go ramionami za szyje i przytulila sie do niego.
- Najwidoczniej nie znalismy go tak dobrze, jak nam sie wydawalo - wyszeptala, zaciskajac powieki.
- Jak myslisz, co sie stalo ze Snape'em? Pierwszy raz nie przyszedl na lekcje. Nie, zebym sie nie cieszyl, ale to wszystko jest jakies... dziwne.
Hermiona milczala przez chwile. Kiedy McGonagall im to powiedziala, oblal ja zimny pot. W zasadzie to nie miala pojecia, co o tym myslec, chociaz nieobecnosc Snape'a rzucila pewne swiatlo na cala sytuacje. Moze... moze Harry zachowuje sie w ten sposob nie przez Snape'a, ale z powodu tego, ze... Snape'owi cos sie stalo. Cos bardzo zlego. Chwilowo nie potrafila znalezc lepszego wytlumaczenia.
Och, tak bardzo chcialaby poznac prawde... moze wtedy moglaby... udaloby sie jej... moze gdyby zrozumiala, moglaby mu jakos pomoc?
- Mam nadzieje, ze nic zlego - odpowiedziala cicho i westchnela ciezko. Naprawde miala taka nadzieje.
***
Ksiezyc swiecil jeszcze wyjatkowo mocno, pomimo iz na wschodzie niebo zaczynalo juz zmieniac barwe, a aksamitna czern powoli przeistaczala sie w atramentowy granat. Tutaj, daleko na poludniu, zima byla o wiele mniej sroga niz w polnocnej Szkocji i pozostawila po sobie gdzieniegdzie jedynie kilka bialych placht - ostatnie slady jej panowania.
Pomiedzy nimi przeslizgiwalo sie cos niewiarygodnie dlugiego. Promienie ksiezyca odbijaly sie w tysiacach lusek pokrywajacych grzbiet sunacej przez wilgotna, martwa trawe Nagini. Zmierzala w strone ogromnej posiadlosci, rozciagnietej na terenie zaniedbanego w tej chwili, choc jeszcze do niedawna z pewnoscia wspanialego ogrodu.
Przesliznela sie przez kikuty zywoplotow, ominela brudny, wypelniony chwastami staw i skierowala sie w strone niewielkiej szczeliny u podstawy muru. Zanurzyla sie w ciemnym tunelu, kierujac sie caly czas w dol, i po jakims czasie wysunela sie z podobnej szczeliny znajdujacej sie w obszernej, pograzonej w ciemnosci sali. Zaczela pelznac po nierownych, zimnych kamieniach, pozostawiajac za soba wilgotny slad i w pewnym momencie w polu jej widzenia
