- Zaczal kontaktowac. - A nastepnie ponownie odwrocila twarz w strone Harry'ego. Dotknela reka jego czola. - Jak sie czujesz?
Harry przymknal oczy i westchnal. Przez chwile, przez jedna krociutka chwile mial nadzieje, ze to wszystko... ze wszystko bylo snem. Najgorszym sennym koszmarem, jaki mogl mu sie przysnic, ale jednak tylko snem, a tymczasem...
- Odpowiedz mi. - McGonagall podniosla glos. - Jak sie czujesz, Potter? Wiesz, co sie stalo? Hagrid znalazl cie na bloniach. Skad sie tam wziales? Co robiles? Jak mogles opuscic zamek bez pozwolenia i do tego w srodku nocy? Jak mogles sie tak narazac? Co tam sie stalo?
Harry otworzyl oczy, ale nie patrzyl na nia. Jego wzrok bladzil po snieznobialym suficie, widzac rzeczy, ktore jedynie on mogl zobaczyc. Nie odpowiedzial. Nawet nie otworzyl ust. Po prostu patrzyl przed siebie, pragnac na powrot zaszyc sie w tym cieple i odretwieniu, z ktorego wybudzono go wbrew jego woli.
McGonagall ponownie spojrzala w bok.
- Chyba jest w szoku.
- Nie martw sie, Minerwo - odpowiedzial jej drugi glos. Nalezal do szkolnej pielegniarki. - Wyjdzie z tego, zapewniam cie. Niech tylko Hagrid przyniesie mi ten eliksir. Doprowadzimy go do porzadku.
Opiekunka Gryfonow odsunela sie i westchnela gleboko.
- Potter, dlaczego to zawsze musisz byc ty?
W tym samym momencie drzwi szpitala otworzyly sie i do srodka wszedl Hagrid.
- Harry! Jak sie czujesz, chlopie? - zapytal, usmiechajac sie szeroko i podchodzac do jego lozka. - Niezlego nam napedziles stracha. Co cie podkusilo, zeby szwendac sie po bloniach w srodku nocy? Juz zem se myslal, ze cie tam calkowicie zamrozilo. Szczescie, ze Kiel cie wyweszyl. Bestia jedna ujadala tak dlugo, dopoki go nie wypuscilem i...
- Hagridzie - przerwala mu profesor McGonagall. - Obiecuje, ze bedziesz mogl porozmawiac z nim rano, ale teraz bylabym wdzieczna, gdybys dal Poppy eliksir, po ktory cie poslalysmy, i pozwolil nam zajac sie Harrym.
- Przykro mi, pani psor, ale Snape'a nie ma u siebie.
Snape'a...
Cos w Harrym zadrzalo. Powoli odwrocil glowe i spojrzal na Hagrida.
Nie ma...
- W ogole nigdzie go nie ma. Cosik mi sie zdaje, ze musial... no wie pani.
- Hagridzie! Dziekuje ci bardzo, ale mozesz juz odejsc.
Nie ma Snape'a...
- Trzym sie, Harry. Wpadne rano, zobaczyc, jak sie czujesz.
Wezwanie... Voldemort juz pewnie wszystko wie...
- Poppy, zajmij sie nim. Pojde po jego przyjaciol. Moze oni beda w stanie do niego dotrzec.
Ktora jest godzina? Ile czasu moglo minac?
- Nie ruszaj sie stad, Potter. Pojde przygotowac ci lekarstwo.
'Ja nie wybaczam...'
Snape zginie... Voldemort go zabije! Zabije!
Bez namyslu odsunal koldre i opuscil stopy na lodowate kamienie. Wstal
