bedzie ich jeszcze wiecej. - Powiedzial to tak obojetnym tonem, jakby mowil o pogodzie i przekonywal ich do tego, iz nic nie poradza na to, ze pada. A tu przeciez chodzilo o ludzkie zycie!
- Uwazasz, ze to jest normalne? - W glosie Rona slychac bylo autentyczne niedowierzanie. - W takim razie moze ci przeczytam, w jaki sposob ci parszywi Smierciozercy zabili dwuletnia mugolke?
- Smierciozercy to mordercy doskonali - odpowiedzial spokojnie Harry. - Tak zostali wyszkoleni. Aby torturowac, zadawac bol, ranic i zabijac bez mrugniecia okiem. Nie maja uczuc. Nie wiedza, co to litosc. Voldemort nie zasila swoich szeregow glupcami. Sa piekielnie inteligentni i beda dazyc do celu po trupach. Nie powstrzymasz ich. I nigdy nie uda ci sie ich zmienic. Nigdy nie wzbudzisz w nich nawet iskierki litosci.
Ron wydawal sie byc na granicy wybuchu.
- Kompletnie ci odbilo? Mowisz, jakbys ich podziwial! Wcale nie zamierzam wzbudzac w nich litosci! Gdybym mogl, to wszystkich bym pozabijal!
- Zanim w ogole zdazylbys podniesc rozdzke, to oni mieliby juz zaplanowanych piec ruchow naprzod. To mistrzowie zwodzenia i planowania. Zawsze beda kilka krokow przed toba. - W glosie Harry'ego nie bylo nawet cienia emocji.
- Mam to gdzies! - Ron juz niemal krzyczal. - Przeciez nie mozemy siedziec z zalozonymi rekami i czekac, az wymorduja wszystkich mugolakow. Musimy znalezc jakis sposob, zeby zrobic im to samo, co robia tym niewinnym ludziom!
- I staniesz sie taki sam jak oni. Kazde morderstwo niszczy dusze. Pozbawia uczuc. Wysysa emocje. Oni zabijaja bez przerwy, dlatego po pewnym czasie nie pozostaje w nich juz nic. Przestaja zauwazac roznice pomiedzy dobrem a zlem i dlatego nie masz z nimi szans. Oni wykorzystaja kazda twoja slabosc. Ty masz uczucia, masz bliskich. Oni nie dbaja o nikogo i o nic. I w tym tkwi ich przewaga. - Glos Harry'ego byl tak samo zimny jak jego spojrzenie. -Wystarczy, ze chociaz pomyslisz o ratowaniu kogokolwiek, wystarczy, ze chociaz na chwile sie zawahasz, a oni od razu wykorzystaja to przeciwko tobie. W czasie, gdy ty bedziesz sie obawial o bliskich, oni zdaza wszystkich ich pozabijac. I ciebie rowniez.
- Zamknij sie!
- Ron, uspokoj sie! - Hermiona nie mogla juz tego zniesc. - Harry, prosze cie, przestan... - Jej slowa zostaly przerwane przez skrzek czarnej sowy, ktora wyladowala nagle pomiedzy nimi. Miala nastroszone piora, a do jej nozki przywiazana byla wiadomosc.
Hermiona spojrzala na sowe z zaskoczeniem.
Poczta? O tej porze?
Harry blyskawicznie wysunal reke i odwiazal liscik od nozki sowy, ktora natychmiast wzbila sie w powietrze, skrzeczac przerazliwie, jakby glosno chciala sie na cos poskarzyc.
Harry rozwinal liscik i szybko przebiegl po nim wzrokiem i chociaz wyraz jego twarzy sie nie zmienil, to pojawila sie na niej dziwna bladosc.
- Co to? - zapytala Hermiona, obserwujac go z rosnacym zaniepokojeniem. - Co sie...? - Nie dokonczyla jednak, gdyz Harry podniosl sie i powoli, bez slowa opuscil Wielka Sale.
Ale niepokoj wcale nie chcial opuscic serca Gryfonki, a teraz, po tym dziwnym wydarzeniu, wzmogl sie jeszcze bardziej.
***
Na szczescie Harry pojawil sie na kolejnej lekcji.
Kosztowalo ja to troche wysilku, ale w koncu wymogla na Ronie obietnice, ze bedzie sie staral zniesc zachowanie Harry'ego. Wytlumaczyla mu, ze Harry potrzebuje czasu, ze stalo sie z nim cos zlego i ze potrzebuje teraz ich wsparcia, a nie dolewania oliwy do ognia. I przez reszte dnia Ron naprawde staral sie nie komentowac zachowania przyjaciela, chociaz absolutnie go nie rozumial i z pewnoscia bylo mu ciezko. Ale na pewno nie tak
