Zostalo mu dziesiec dni. Dziesiec dni... Co mozna zrobic w dziesiec dni?
Poruszyl sie i wyprostowal, wzdychajac gleboko. Spojrzal na swoja poduszke i siegnal pod nia, wyjmujac zwiniety skrawek pergaminu. List od Voldemorta. Czytal go juz tyle razy, ze niemal nie mogl tego zliczyc. Ale zrobil to. Przeczytal go po raz kolejny. Jakby w jakis sposob moglo mu to pomoc w wymysleniu sposobu na pokonanie go.
Nie pomagalo. Przypominalo mu jedynie o tym, ze wszystko to jest realne. Prawdziwe. Za kazdym razem, kiedy czytal ten list, uswiadamial sobie, ze nadszedl czas. To juz teraz. To ta chwila. Moment, na ktory czekal cale zycie, a ktory zawsze odwlekal. W koncu nastapi. Nie ma juz odwrotu. Pojdzie na spotkanie z Voldemortem. Pozostawi za soba wszystko, majac przed soba tylko jeden cel.
Pokonac go.
Ale jak mialby to zrobic? Od czego zaczac? Czy Voldemort ma w ogole jakies slabe punkty? Bylo nie bylo, jest przeciez czlowiekiem, jakkolwiek ciezko w to uwierzyc. Musi miec. Przeciez oddycha, jego krew krazy, mozg funkcjonuje. Jest zywa istota, a kazda zywa istote da sie w jakis sposob pozbawic zycia. Ale to nie jego cialo stanowilo problem, a dusza. Przeciez juz raz przezyl. Zostal zabity, a jego duch w jakis sposob utrzymal sie i powrocil. To dzieki wlasnej mocy Voldemort jest najpotezniejszym czarnoksieznikiem, jaki istnial, potezniejszym nawet od Grindelwalda. To magia utrzymuje go przy zyciu. To ona jest jego slabym punktem. I Snape to odkryl. Obmyslil idealny plan pozbycia sie Voldemorta poprzez wyssanie calej jego mocy. Szkoda tylko, ze przy okazji mial zamiar pozbyc sie rowniez Harry'ego...
Ale przeciez musi istniec jeszcze jakis inny sposob! Jakas luka. Cos, o czym nikt nie pomyslal...
Dopoki jej nie znajdzie, bedzie musial skupic sie na tym, co przynajmniej teoretycznie znajduje sie w zasiegu jego reki. Na cwiczeniu zaklec ofensywnych i nauce Legilimens Evocis. Umowil sie z Luna zaraz po lekcjach przed Pokojem Zyczen. Mial tak malo czasu... Najchetniej w ogole przestalby chodzic na zajecia, ale nie chcial sciagac na siebie jeszcze wiekszego zainteresowania. Podejrzewal, ze gdyby opuscil chociaz jeden dzien nauki, to McGonagall pojawilaby sie w dormitorium razem z calym gronem pedagogicznym.
Pozory. O to w tym wszystkim chodzilo. Zachowac pozory. Chociaz i tak afera, ktora rozpetala sie wczoraj po Eliksirach, sciagnela na niego zainteresowanie niemal calej szkoly, kiedy okazalo sie, ze liczba punktow Gryffindoru w przeciagu dwoch godzin lekcyjnych spadla do zera i ze to najwyrazniej Potter ma z tym cos wspolnego. Slyszal nawet, ze McGonagall pobiegla do Snape'a z karczemna awantura, ale niewiele to dalo, poniewaz liczba punktow nawet nie drgnela.
Harry moglby sie zalozyc o wszystko, ze Snape prawdopodobnie byl teraz z siebie niezwykle zadowolony. Niczego nie musial juz udawac. Nareszcie mogl pokazac swoje prawdziwe oblicze, ktore przez tak dlugi czas byl zmuszony ukrywac i hamowac. Nareszcie mogl pokazac, jak bardzo nienawidzi Harry'ego, jak bardzo nim gardzi, a teraz, kiedy Harry zniszczyl caly jego plan, zapewne nienawidzil go jeszcze bardziej...
Ciekawe, czy zastanawia sie, dlaczego Voldemort darowal mu zycie... Z pewnoscia, ale nigdy tego nie zrozumie, poniewaz nie przyjdzie mu do glowy, ze Harry, po tym co zobaczyl w myslodsiewni, bylby w stanie dokonac czegos tak szalonego i uratowac mu zycie.
Harry byl wiecej niz pewien, ze Voldemort dotrzymal slowa i nie powiedzial Snape'owi o niczym. Upewnil sie o tym w momencie, w ktorym mezczyzna przyznal mu szlaban do konca roku szkolnego. Wciaz pamietal satysfakcje, z jaka to zrobil... Nie, Snape o niczym nie wiedzial. I Harry byl rownie pewien, ze nie wiedzial o tym takze nikt inny. Voldemort nie byl glupi. Zachowanie wszystkiego w tajemnicy bylo mu bardzo na reke. Nie mogl zaryzykowac, ze w jakikolwiek sposob doszloby to do Dumbledore'a, przeciez wielu Smierciozercow ma synow i corki w Hogwarcie. Wystarczylaby jedna wypowiedziana w zlosci albo w checi zatriumfowania uwaga... Nie, nikt poza Harrym i Voldemortem nie ma pojecia o tym, co wydarzy sie juz niedlugo.
Oczywiscie Harry nie byl kretynem i domyslal sie, ze Voldemort zlamie obietnice dokladnie w chwili, kiedy tylko aportuje sie na umowione miejsce spotkania. Nareszcie bedzie mial w swych rekach
