Harry'ego Pottera. Nie przepusci takiej okazji. Bedzie plawil sie w chwale. W koncu bedzie mogl powiadomic o tym wszystkich, nawet samego Albusa Dumbledore'a. 'Oto wasz bohater, wasz Wybraniec... patrzcie na niego... patrzcie, jak ginie...'
Harry zacisnal oczy.
Mysl o wlasnej smierci... nie byla zbyt przyjemna. Ale duzo gorsza byla mysl o tym, co zrobi z nim Voldemort, jezeli w koncu dostanie go w swoje rece. Jak dlugo bedzie go torturowal? Jak dlugo bedzie sie nad nim pastwil, zanim zaspokoi swoja zadze zemsty? Jak dlugo?
Wizja ze snu, ktory przysnil mu sie kilka tygodni temu, przeciela jego umysl niczym sztylet. Wciaz na samo wspomnienie tamtego bolu jego skora pokrywala sie gesia skorka.
Nie moze do tego dopuscic. Jezeli sprawy zaczna przybierac zly obrot... jezeli wydarzenia rozegraja sie wedlug najgorszego z mozliwych scenariuszy, wtedy... wtedy...
Jeszcze mocniej zacisnal palce we wlosach i pozwolil, by z jego piersi wyrwalo sie dlugie westchnienie.
***
- Legilimens Evocis! Legilimens Evocis! Legilimens Evocis! Legilimens Evocis! Niech to szlag!
Harry opuscil rozdzke i otarl pot z czola.
Byl wykonczony. Glowa pulsowala mu od prob skupienia sie, nogi trzesly sie niczym pudding. Cofnal sie i oparl o lawke.
Luna westchnela i przekrzywila glowe, wpatrujac sie w Harry'ego ze zmarszczonymi brwiami.
- Nie wydaje mi sie, aby to zadzialalo, nawet jezeli krzyknalbys to zaklecie piecdziesiat razy. Tu chyba raczej chodzi o sposob, a nie o ilosc...
- Wiem - odpowiedzial zmeczonym glosem i przetarl oczy. Od dwoch godzin probowal rzucic to jedno zaklecie i kompletnie mu nie wychodzilo. Niewazne jak bardzo oczyszczal umysl. Niewazne jak bardzo Luna starala sie mu pomoc, otwierajac swoj. Nie posunal sie nawet odrobine. Nie potrafil jej wyczuc, nie mogl odnalezc drogi. Nie wiedzial nawet, w ktora strone powinien isc.
- Co czytales o tym zakleciu? - zapytala Krukonka.
Harry zmarszczyl brwi. Co o nim czytal? Przypomnial sobie stara ksiege, ktora znalazl w Dziale Ksiag Zakazanych.
- Hmm... ze aby je rzucic, trzeba byc albo doskonalym oklumenta, albo tak bardzo tego pragnac, ze oddaloby sie za to nawet wlasne zycie.
- A wiec to naprawde dziwne, ze ci nie wychodzi...
Harry zamrugal i spojrzal na dziewczyne. Czyzby to byl sarkazm? Ale Luna patrzyla na niego z taka sama niewinnoscia, jak zawsze.
- Wiem, co sobie o mnie myslisz... - zaczal.
- Nie wiesz. - Luna usmiechnela sie. - Przeciez nie udalo ci sie dostac do mojego umyslu.
Harry spojrzal na nia uwazniej. Czasami mial wrazenie, ze pod ta maska zwariowanej dziewczyny kryje sie umysl ostry niczym brzytwa.
- Pewnie myslisz, ze powinienem dac sobie z tym spokoj...
- A jakie to ma znaczenie, co ja mysle? - zapytala. - To ty myslisz, ze uda ci sie pokonac Sam Wiesz Kogo przez zakrzyczenie go na smierc.
Harry zmarszczyl brwi.
