- Voldemort uzywa tego zaklecia. To jedyny sposob, zeby sie przed nim obronic. Zadne zaklecie tarczy mi nie pomoze. Nie jestem w stanie zranic go fizycznie. Co innego mi pozostaje? - Luna otworzyla usta, aby odpowiedziec, ale Harry ja uprzedzil. Nie mial ochoty na takie dyskusje. I tak nie zrezygnuje. - Mozemy umowic sie w czwartek? Sprobuje jeszcze raz.
Dziewczyna zamknela usta i rzucila mu dlugie, zamyslone spojrzenie.
- Chyba nie zamierzasz zrobic czegos niemadrego, prawda Harry?
- Oczywiscie, ze nie - odparl gladko. Nie mogl jej powiedziec. Jakkolwiek wyrozumiala by nie byla, tego, co zamierzal zrobic, nawet ona by nie zaakceptowala. - Ale musze przeciez cos umiec. Powinienem w koncu nauczyc sie czegos przydatnego.
- Moim zdaniem powinienes przede wszystkim odpoczac. Wygladasz tak, jakby zagniezdzila sie w tobie cala kolonia Niciakow Neuronowych.
- Czego?
- To takie mikroskopijne organizmy pasozytnicze. Spokrewnione z Gnebiwtryskami, ale o wiele bardziej niebezpieczne. Gniezdza sie w mozgu i wyjadaja synapsy oraz szare komorki. A sadzac po twoim zachowaniu, niewiele ci ich juz zostalo.
Harry rzucil jej chlodne spojrzenie, ale ona nadal patrzyla na niego z absolutnie niewinnym wyrazem twarzy. Splotla dlonie za plecami i przez chwile wodzila wzrokiem po suficie, jakby czegos szukala.
- Skoro nie masz ochoty sie juz uczyc, to moze zagramy w Kto Znajdzie Wiecej Gniazd Blyskotek? To bardzo przyjemna gra. Rozladowuje napiecie. I... pokazuje, ze nawet wtedy, kiedy wydaje sie, ze nie ma juz nadziei... zawsze mozna znalezc nowe gniazdo Blyskotek! - Usmiechnela sie wesolo.
Harry przewrocil oczami.
- Mysle, ze na dzisiaj wystarczy - westchnal, odpychajac sie od lawki. - Spotkamy sie w czwartek po zajeciach - powiedzial sucho i ruszyl do drzwi, ale w tym samym momencie uslyszal lagodny glos Luny:
- Harry... przykro mi, ze wam nie wyszlo.
Zatrzymal sie gwaltownie. Ale nie odwrocil.
- Wiesz, takie zamykanie sie w niczym ci nie pomoze - kontynuowala. - To jak stawianie tamy na spienionej rzece. W koncu nie wytrzyma naporu wody i peknie.
Harry zacisnal usta. Nie odpowiedzial. Po prostu wyszedl.
***
Gabinety wiekszosci nauczycieli znajdowaly sie na pierwszym pietrze, dlatego tez uczniowie starali sie omijac to miejsce szerokim lukiem. Ale Harry podazal wlasnie korytarzem na pierwszym pietrze, zmierzajac w strone gabinetu Tonks. Mial nadzieje, ze wrocila juz z kolacji, na ktora tym razem nie pozwolil sie Hermionie zaciagnac. Wolal poswiecic ten czas na przejrzenie ksiazki, ktora udalo mu sie ostatnio wyszperac w bibliotece. Znalazl w niej bardzo ciekawe zaklecie, ktore z pewnoscia...
BUM!
Jego mysli rozsypaly sie, kiedy, skrecajac w kolejny korytarz, wpadl na cos ciemnego i wysokiego.
- Och - jeknal, cofajac sie o dwa kroki, w ostatniej chwili lapiac rownowage i slyszac nad soba niski pomruk zaskoczenia. Wystarczyl jeden przeblysk dlugiego rzedu malenkich guziczkow i wdzierajacy sie przemoca w nozdrza zapach ziol, by swiadomosc tego, na kogo wlasnie wpadl, uderzyla w niego z sila rozpedzonego Blednego Rycerza.
Blyskawicznie uniosl glowe i napotkal swidrujace spojrzenie czarnych oczu. Oczu, ktore na krotka chwile rozszerzyly sie ze zdumienia, ale zaraz potem przybraly jeden ze swoich najbardziej odpychajacych wyrazow.
