- Bardzo ci dziekujemy, Zgredku - odparla Hermiona, wstajac i wyjmujac z rak podekscytowanego skrzata tace z kolacja. - Mam nadzieje, ze to nie byl dla ciebie zbyt duzy klopot.
- Och nie! Zgredek zrobil to z przyjemnoscia! - Skrzat usmiechnal sie szeroko. - Niech Harry Potter zawola, jezeli tylko bedzie czegos potrzebowal. - Po tych slowach Zgredek aportowal sie z kolejnym glosnym trzaskiem.
Hermiona postawila tace na kolanach Harry'ego.
- Nie wyjdziemy stad, dopoki nie zjesz tego wszystkiego.
Harry wzial do reki widelec i spojrzal na parujace dania. Kielbaski, tuczone ziemniaki, pudding ryzowy i sok z dyni. Jego zoladek zaburczal donosnie. Chyba nigdy w zyciu nie byl tak glodny jak teraz, dlatego, niewiele myslac, zabral sie za jedzenie. Hermiona obserwowala kazdy jego ruch, kazdy kes, ktory wkladal do ust, kazdy lyk soku z taka uwaga, jakby bala sie, ze kiedy tylko odwroci wzrok, taca z jedzeniem wyladuje za oknem.
W koncu Harry nie wytrzymal tego. Przelknal i mruknal do niej:
- Hermiono, czy moglabys przestac tak sie we mnie wpatrywac? Nie moge sie skupic. Obiecuje, ze nie upuszcze ani okruszka. Moge nawet wylizac talerz, jezeli poprawi ci to humor.
Hermiona rzucila mu niedowierzajace spojrzenie, a jej usta otworzyly sie ze zdumienia.
O co jej chodzilo? Czyzby powiedzial cos az tak niezwyklego?
Zanim jednak zdazyl o to zapytac, drzwi gabinetu otworzyly sie i wyszla zza nich pani Pomfrey, niosac w rekach kilka butelek roznobarwnych eliksirow, ktore postawila z trzaskiem na stoliku obok lozka.
Harry spojrzal na eliksiry i jeknal w duchu.
Chyba uwolnienie sie stad bedzie go kosztowalo znacznie wiecej wysilku niz poczatkowo sadzil...
--- rozdzial 60 ---
60. I don't believe you
Jeszcze tego samego wieczoru Harry wyszedl ze szpitala. Kiedy w koncu udalo mu sie uciec od Rona i Hermiony, nie marnowal juz wiecej czasu i od razu zabral sie za nauke. Czul sie najedzony, wyspany i wypoczety, mogl wiec cala noc spedzic nad ksiazka, ktora wyszukal ostatnio w bibliotece, a ktorej nie mial jeszcze okazji dokladnie przestudiowac.
Polozyl sie dopiero nad ranem, ale i tak nie mogl zasnac. Dwadziescia osiem godzin snu bardzo skutecznie naladowalo jego akumulatory. Rano poslusznie poszedl z Ronem i Hermiona na sniadanie, a nastepnie skierowal swoje kroki do biblioteki, gdzie czekal go szlaban. Nie mial jednak najmniejszego zamiaru wykonywac swojego zadania w sposob, ktorego od niego oczekiwano. Stwierdzil, ze to bedzie doskonala okazja do dokladnego przyjrzenia sie zbiorom biblioteki i moze nawet uda mu sie odkryc jakas ksiazke, czy dwie, ktore moglyby mu sie przydac w przygotowaniach do starcia z Voldemortem.
Nie zawiodl sie. Jeszcze przed obiadem wyszukal bardzo ciekawa pozycje o silnych zakleciach ofensywnych opartych na czterech podstawowych zywiolach. Chociaz uwazal, ze oblanie Voldemorta woda nie na wiele mu sie przyda podczas walki, to zaklecia pozostalych trzech zywiolow wygladaly niezwykle interesujaco, chociaz podejrzewal, ze nie wystarczy mu czasu na nauczenie sie zadnego z nich, poniewaz wygladaly na naprawde trudne i skomplikowane.
Po obiedzie odwiedzila go Hermiona, aby zapytac jak sobie radzi i zaoferowac pomoc, ale Harry zbyl ja szybko. Nie mogl dopuscic do tego, by odkryla, jakimi ksiazkami jest zainteresowany. Idac na kolacje, odczuwal juz pewne zmeczenie calonocna i calodzienna batalia z ksiazkami. Tytuly oraz informacje fruwaly mu przed oczami, mieszajac sie ze soba.
