Harry, pozbawiony nagle oslony, zachwial sie i cofnal o kilka krokow, wpatrujac sie w Snape'a z niedowierzaniem.
Skad on...? Jak?
- Ja... - wydukal Harry, cofajac sie pod ostrzalem tego swidrujacego spojrzenia. - Ja... rzucilem na siebie zaklecia. Nie mogles wiedziec... Mialo cie nie byc... Skad...?
- Mam swoje sposoby na wykrywanie niepozadanej obecnosci - warknal Snape, robiac krok w jego strone i zamykajac za soba drzwi.
Harry przelknal sline, slyszac klikniecie zamka.
Nie! Snape go tu nie zatrzyma! Mial juz eliksir. Nic wiecej sie nie liczylo. Snape byl tylko niewielka przeszkoda. Musial go jakos ominac. Ale jak?
Mezczyzna wbijal w Harry'ego badawcze, lustrujace spojrzenie.
- Wyraznie zabronilem ci sie do mnie zblizac - powiedzial powoli, robiac krok w jego strone. Harry odsunal sie. - Ale ty zlekcewazyles moje slowa. Zaryzykowales i wlamales sie do moich komnat. Po co? - Harry wyraznie slyszal w jego glosie zaintrygowanie. - Czego tu szukales? - Snape rozejrzal sie po salonie, robiac kolejny krok w jego kierunku.
Harry nie mogl czekac na dalszy rozwoj wypadkow. Blyskawicznie siegnal po rozdzke i wycelowal w mezczyzne.
- Wychodze stad. Zejdz mi z drogi - wysyczal.
Snape przesunal sie w strone drzwi, zaslaniajac je.
- Sprobuj - powiedzial, marszczac brwi, a jego wargi wykrzywily sie w szyderczym usmiechu.
Harry zacisnal usta. To on mial rozdzke. Mogl rzucic na niego dowolne zaklecie. Ale co sie stanie, jezeli spudluje? Wtedy bedzie po nim. Nie bedzie mial drugiej szansy.
- Zaplanowales to - kontynuowal Snape tym samym, zaintrygowanym tonem. - Czekales na odpowiedni moment... To musialo byc cos waznego, skoro zadales sobie tyle trudu. - Zrobil kolejny krok w jego strone. - A skoro zamierzales stad wyjsc... - jego swidrujace spojrzenie spoczelo na Harrym - ...najwyrazniej to, po co tu przyszedles, znalazlo sie juz w twoim posiadaniu.
Harry poczul, jak po jego kregoslupie splywa zimna fala przerazenia.
Snape nie moze tego odkryc! Nie moze!
Zanim zdazyl sie opanowac, zobaczyl, ze mezczyzna mruzy oczy.
O cholera! Zauwazyl to. Zauwazyl jego strach...
- Nie zblizaj sie do mnie! - krzyknal, cofajac sie niemal pod sama sciane.
Wyjscie. Musi sie stad wydostac. Musi go ominac.
- Twoj opor jest bezuzyteczny - powiedzial Snape, nie spuszczajac z niego wzroku. - Doskonale wiesz, ze i tak to znajde.
Harry przelknal sline. Mial wrazenie, ze to spojrzenie oplata go i przykleja sie do niego niczym lepka, dlawiaca pajeczyna.
Oblizal wyschniete wagi.
Musi sprobowac innego sposobu. Odwrocic jego uwage. Sprawic, by stracil czujnosc.
- Ani ja nie chce tu byc, ani ty nie chcesz, zebym tu byl. Moze po prostu pozwolisz mi stad wyjsc i wszyscy beda zadowoleni? - zapytal,
