sie trzasl... w ktorego oczach widzial... widzial...
Nic do siebie nie pasowalo. Zaden element nie byl tym, ktorym powinien byc, nawet jezeli wydawal sie byc w odpowiednim miejscu. W glowie Harry'ego tloczylo sie tysiace scenariuszy, ale nigdy zaden z nich nie bedzie kompletny, zaden z nich nie bedzie poprawny, dopoki... dopoki nie pozna prawdy. Calej prawdy. Wszystkich brakujacych elementow.
Nie. Dopoki nie odkryje... jak naprawde wygladaja te elementy, ktore juz zdobyl.
Czul szum w uszach i pulsowanie w glowie. Cisnienie przeplywajacej w zylach krwi niemal dorownywalo iskrom wypelniajacego go zaru.
Nie pozostalo mu juz nic. Za kilka godzin zginie...
Uniosl reke i wycelowal rozdzka w plecy stojacego przed nim mezczyzny.
Chocby miala to byc ostatnia rzecz, jaka zrobi w zyciu... Chocby mialo to byc ostatnie zaklecie, jakie rzuci...
Wyciagnal reke i stracil z polki stojaca na niej butelke. Kiedy spadala, czul, jak z kazda sekunda wypelnia go magia.
Butelka rozbila sie na kamiennej posadzce.
Jezeli cena za poznanie prawdy jest jego smierc... to jest gotow ja zaplacic. Chocby tu i teraz.
Snape odwrocil sie, zaskoczony halasem, a wtedy jego oczy zostaly pochwycone przez zielone teczowki.
- Legilimens Evocis!
Harry poczul, jak zaklecie wypelnia go, a jego sila jest tak ogromna, ze niemal rozrywa go na strzepy. Uwolnil je i pozwolil mu sie poprowadzic, wzdluz rozdzki, a potem prosto w dwoje czarnych, rozszerzonych zrenic. Prosto ku prawdzie.
--- rozdzial 62 ---
62.The Truth
I'm a liar It's my secret no one knows
I'm a liar
Yeah, I know it doesn't show
No, I don't miss you anymore
No, I don't think of you
It's such a game to seem adored
No, I don't love you anymore*
Na ulamek sekundy zrobilo sie ciemno i po chwili Harry doznal wrazenia, jakby znalazl sie w samym srodku huraganu. Otoczyly go tysiace obrazow, tysiace mysli, nalozonych jedne na drugie w niekonczacej sie kakofonii. Zanim jednak zdazyl zdac sobie z tego sprawe, poczul, jak spada, wciagany przez wir przypadkowego wspomnienia, i kiedy odzyskal rownowage, w jego uszy uderzyl rozpaczliwy krzyk i placz.
Obraz wyostrzyl sie i pomimo panujacej ciemnosci Harry dostrzegl kilka skulonych pod sciana sylwetek. Byli to nastoletni chlopcy w wieku nie starszym niz trzynascie lat. Na ich twarzach zacietosc zdecydowanie przegrywala z przerazeniem. Jednak to nie oni krzyczeli. Wrzaski i placz dochodzily z sasiedniego pomieszczenia, do ktorego prowadzily otwarte na osciez, wiszace na jednym zawiasie drzwi. Blask kolyszacej sie pod sufitem lampy stanowil jedyne oswietlenie, przeslizgujac sie po pokrytej krwia podlodze i zachlapanych scianach. Na ulamek sekundy z ciemnosci wynurzaly sie polamane, poprzewracane meble i... lezace na podlodze ciala. Z wciaz otwartych ran saczyla sie krew, powykrecane pod dziwnym katem konczyny wygladaly tak, jakby cos je polamalo jak zapalki. Spod jednej ze scian dochodzilo zawodzenie i lkanie kilku dzieciecych glosow, jednak swiatlo tam nie siegalo. Przesliznelo sie jednak po ustawionym na srodku pomieszczenia stole i po jasnych
