klucz. Haslo. Inaczej pozostanie mu szukanie po omacku, a szansa, ze trafi na odpowiednie, jest jak jeden do miliona.
Zamknal oczy.
Haslo... Nie, to powinny byc dwa hasla. Jedno oznaczajace zakres wspomnien, a drugie - ich temat.
Od czego wszystko sie zaczelo? Wiedzial doskonale. Ale to nie chodzilo o eliksir, tylko o samo... pragnienie. Pragnienie Snape'a.
Desiderium Intimum
Ilosc drzwi zmniejszyla sie. Czul, jak zostaje ich coraz mniej i mniej.
Jeszcze temat. To on nim byl.
Pott...
Nie.
Otworzyl oczy.
Harry
Z satysfakcja patrzyl, jak czesc drzwi znika, a pozostala staje sie o wiele bardziej realna.
Wiedzial, ze to wszystko jest tylko iluzja, trwajaca nie wiecej niz kilka sekund. I ze zanim Severus znowu go odnajdzie, ma tyle czasu, ile zapragnie. Poniewaz tutaj czas byl wartoscia wzgledna i tylko on mogl go determinowac.
Spojrzal na dlugi rzad drzwi. Podszedl do pierwszych z nich i uniosl dlon, muskajac palcami ciemne drewno. Drzwi zaczely sie otwierac, odslaniajac Harry'emu swiat, ktory zawsze pozostawal dla niego jedna, wielka, wypelniona klamstwami tajemnica.
Swiat Severusa Snape'a.
***
Severus siedzial w zaciszu swych komnat, przygladajac sie resztce bursztynowego plynu pozostalemu na dnie szklanki. Co jakis czas poruszal nadgarstkiem, lekko mieszajac trunek i obserwujac gre swiatel odbijajacych sie w szklance plomieni, ktore padaly z trzaskajacego w kominku ognia.
Nie sadzil, ze az tak zdenerwuje go informacja przekazana przez McGonagall. Potter smial prosic o pozwolenie na odejscie z jego zajec? Teraz? Kiedy Severus mial go w garsci? Teraz, kiedy zostal obdarzony taka... wladza? Wladza, ktora pozwalala mu na wszystko w stosunku do niego? O nie, z pewnoscia sie na to nie zgodzi.
Wciaz pamietal smak tej chwili... chwili, w ktorej te zielone oczy wpatrywaly sie w niego z najwyzszym uwielbieniem. Chwili, ktora smakowala jak... zwyciestwo. Odkad tylko siegal pamiecia, Potter zawsze patrzyl na niego jedynie z nienawiscia, buntem lub przestrachem. Czasami niemal czul te nienawisc, czul, jak parzy mu skore, jak przywiera do niej, zamieniajac sie nieomal w cos fizycznego. Lubil ja podsycac. Pochylac sie nad nim i zniewazac go na wszelkie mozliwe sposoby, naciskac na najwrazliwsze punkty i przygladac sie jego zacietej twarzy, kiedy Potter udawal, ze nic go to nie obchodzi. A potem Severus podchodzil do biurka, siadal w nim i obserwowal go... obserwowal te wypelnione gniewem oczy, zacisniete piesci, drzace szczeki i wiedzial, ze po raz kolejny trafil. Po raz kolejny udalo mu sie rozpalic te plomienna nienawisc i sprawic, by rozgorzala jeszcze wiekszym ogniem. I upajal sie tym.
Czasami nawet udawalo mu sie go zlamac. Udawalo mu sie przelamac jego obrone i zmusic chlopaka do utraty kontroli nad soba, do odszczekniecia mu sie... i wtedy, och, dopiero wtedy triumfowal, wlepiajac mu szlaban albo odbierajac punkty. Zaden inny uczen w jego kilkunastoletniej karierze nauczycielskiej nie patrzyl na niego w taki sposob jak Potter. Z tak czysta i ostra niczym wyrzezbiony z lodu sztylet nienawiscia. Zaden inny uczen nie zamienial sie w plonaca odraza i wrogoscia pochodnie... na sam jego widok. To bylo... intrygujace.
A teraz dowiedzial sie, ze ten sam uczen... pozada go. Ze to, co zawsze bral za awersje, okazalo sie ukrytym gleboko, nie dajacym sie kontrolowac pragnieniem. Pragnieniem tak silnym, tak niewyobrazalnym, ze jedynym sposobem na poradzenie sobie z nim
