Karmil ja, dopoki, nasycona, nie wycofywala sie, by po pewnym czasie znowu napelnic go glodem... To zawsze wystarczalo, aby trzymac wszystkich na dystans... ale wtedy zjawil sie Potter. Szesnastoletni chlopak z blizna na czole, ktory pozwalal mu sie soba pozywiac... oddawal mu siebie do woli, przyjmowal cios za ciosem, karmiac jego mrok i... nie odchodzil. Wciaz wracal. Razem ze swym swiatlem.
To bylo... niepojete.
Ale musialo zostac przerwane. Jak najszybciej, dopoki nie bylo jeszcze za pozno. Musi sie tego pozbyc. Tej towarzyszacej mu wszedzie obecnosci Pottera, wyzierajacej z kazdego kata jego komnat. Tego bezwarunkowego oddania. Tego mdlacego zapachu, ktory wdzieral sie do nozdrzy za kazdym razem, kiedy Potter przytulal sie do niego. Tej... slabosci.
Musi postawic tame, ktora powstrzyma wode przed dalszym nieproszonym wdzieraniem sie coraz glebiej i glebiej. Odciac ja. Oslabic jej sile. Wzmocnic pokruszone mury. I juz wiecej nie pozwolic jej sie przedrzec, poniewaz nawet najmniejsza szczelina w polaczeniu z napierajacym na nia cisnieniem... moze zamienic sie w wyrwe, ktorej nie uda juz mu sie zatamowac.
***
Severus przechylil szklanke, aby wypic reszte whisky, ale w tej samej chwili uslyszal szelest i zblizajace sie do niego kroki. Potter znalazl sie przy nim momentalnie. Juz wyciagal rece, zeby go objac, juz pochylal sie, zeby usiasc mu na kolanach, po raz kolejny bez skrepowania wkraczajac w jego przestrzen razem ze swym cieplem i zapachem... ale Severus byl szybszy.
Zerwal sie z fotela, odtracajac wyciagniete rece i odpychajac go ramieniem, po czym bez slowa skierowal sie w strone barku, gdzie zlapal butelke i zaczal nalewac sobie kolejna porcje alkoholu.
- Co sie stalo? - uslyszal za plecami zduszony szept. - Dlaczego mnie unikasz? Dlaczego przede mna uciekasz?
W powietrzu pojawily sie krysztalki lodu. Mezczyzna zacisnal reke na szyjce butelki.
- Co ty za bzdury znowu wygadujesz, Potter? - zapytal tak kpiacym tonem, na jaki go bylo stac. - Masz chyba zbyt wybujala wyobraznie, poniewaz widzisz rzeczy, ktore nie istnieja. Mozesz sobie w takim razie podac reke z panna Lovegood.
Przez chwile panowala cisza. Wygladalo na to, ze udalo mu sie go uciszyc. Nie na dlugo jednak. Wiedzial, ze Potter tak latwo nie zrezygnuje, ale nie sadzil, ze... zaatakuje. To tak jakby odkryc, ze owca zaczela... gryzc.
- Masz mnie za idiote?! Myslisz, ze nie zauwazylem, jak mnie traktujesz? Ze nie zauwazylem, w jaki sposob unikasz bliskosci, nie chcesz mnie objac, nie chcesz nawet na mnie spojrzec w sposob nieprzesiakniety drwina? Myslisz, ze nie zauwazylem, ze wszystko sie zmienilo? Nie rozumiem tylko, dlaczego. Co sie stalo? Chce, zebys mi to wyjasnil!
Krysztalki lodu zamienily sie w plomienie. Tak zimne, ze niemal czarne. Na sciany wpelzal mrok. Gesty i duszacy.
Jakim prawem ten dzieciak zadal od niego wyjasnien? Co mial mu wyjasnic? Ze na wlasne zyczenie zadal sie z bestia, ktora w swej naiwnosci probowal oswoic, a potem dziwi sie, ze bestia wciaz ma kly, ktorymi potrafi ukasic? Ze jest tylko przeznaczona na rzez ofiara, ktorej Severus nigdy nie powinien uwalniac z wiezow i pozwalac chodzic wolno, bo to doprowadzilo do tego, ze podeszla zbyt blisko? I teraz musi z powrotem zagnac ja do klatki, chocby oznaczalo to uzycie kija. Musi z powrotem pokazac jej, gdzie jest jej miejsce.
Odwrocil sie powoli, pozwalajac, by mrok wniknal w niego i by plomienie staly sie jeszcze chlodniejsze, zamieniajac sie niemal w sople.
- Nie musze ci niczego wyjasniac, Potter - wycedzil. - Nie przyszlo ci do glowy, ze moge po prostu nie miec na to ochoty?
- I kto tu opowiada stek
