A w ten sposob zuzywalo sie jej bardzo duzo.
Mike obserwowal przez chwile, jak jeden z pancerzy pobral cala energie, po czym, zanim technik z mozolem doczolgal sie do nastepnej pozycji, poziom jego zasilania zaczal wyraznie opadac i wskaznik akumulatora antymaterii zaswiecil na zolto.
— Jestem otwarty na sugestie — powiedzial, starajac sie nie zdradzac znuzenia.
— Juz odstrzeliwujemy Wszechwladcow — odparl Duncan.
Normalsi, ktorzy stanowili trzon posleenskiego natarcia, mieli inteligencje nizsza od ludzkiej, ale dowodzacy nimi Wszechwladcy nadrabiali ich braki. Poniewaz batalion byl niemal niewidoczny w swoich okopach i normalsom trudno bylo go ostrzeliwac, Wszechwladca sledzil, w ktorym miejscu brala poczatek struga wystrzeliwanego przez ludzi srebra, i wowczas namierzal cel. A wtedy wszyscy normalsi, nie tylko ci nalezacy do niego, robili to samo i w strone ukrytych pancerzy lecial doslownie grad pociskow.
Zeby sobie z tym poradzic, ludzie wyslali pancerze zwiadowcze — uzywajace broni o mniejszej predkosci wylotowej, przez co byla niemal nie do wykrycia — na wzgorza po obu stronach, zeby stamtad wyszukaly w cizbie dowodcow i odstrzelily ich.
Jednak Wszechwladcy stawali sie widoczni dopiero wtedy, gdy schodzili ze swoich tenarow. Ponadto jesli ich grzebienie nie byly nastroszone, trudno ich bylo odroznic od zwyklych zolnierzy.
— Wybieramy najmadrzejszych Wszechwladcow — powiedzial Mike. — I to juz od lat.
— Chyba tak — odparl Duncan.
— Jesli takie maja byc efekty, to moim zdaniem to byl marny pomysl — powiedzial Stewart i nagle wrzasnal.
— Wszystko w porzadku? — Mike sprawdzil odczyty. Bron Stewarta zostala uznana za zniszczona.
— No, myslalem, ze juz wszystko widzialem — odparl wolno Stewart — ale to naprawde niesamowity widok, kiedy posleenski pocisk wlatuje do lufy w tym samym momencie, w ktorym jeden z naszych pociskow ja opuszcza.
— Wszystko w porzadku?
— No, jeszcze mam reke. — Pancerze dowodztwa nie mialy wysiegnikow, wiec dowodcy i sztabowcy wystawiali swoje karabiny z okopow.
— Energii starczy nam jeszcze na jakies cztery godziny — powiedzial Duncan, wracajac do tematu. Karabiny niemal same strzelaly, wiec zabijanie Posleenow w tych okolicznosciach nie wymagalo wybitnej podzielnosci uwagi.
— Jest tu niedaleko ukryty sklad — powiedzial cicho Mike. — Jest w nim zapas standardowych pociskow nawet dla calego batalionu. I pakiet antymaterii.
— Tak? — zdziwil sie Duncan. — Na mapach nie ma zadnego skladu.
— Bo to nieoficjalny sklad.
— Aha.
Mike skrzywil sie.
— Problem oczywiscie polega na tym, jak do niego dotrzec.
— Gdzie to jest?
5
Mueller zsunal sie po blotnistym zboczu i opadl na parapet przed jaskinia, po czym szybko wyciagnal przed siebie karabin.
Grota, ktora Papa O’Neal nazywal Skladem Cztery, znajdowala sie w niemal pionowym, porosnietym drzewami zboczu. Podczas poprzedniej wycieczki Mueller i Mosovich starannie unikali pytan, w jaki sposob starszy O’Neal wniosl tam dziesiatki ciezkich skrzyn. Na tej samej wycieczce, kiedy wychodzili z groty, zaatakowal ich dziki Posleen, dlatego Mueller wolal teraz zachowac ostroznosc.
Pierwsza rzecza, ktora zauwazyl, byly zamkniete metalowe drzwi; poprzednim razem sklad byl otwarty. Ogolnie rzecz biorac, byl to raczej dobry znak, zwlaszcza ze co jakis czas w okolicy spadaly atomowki.
Problem polegal jednak na tym, ze po tej stronie drzwi nie bylo zadnych zamkow.
Mueller byl zmeczony, wiec powoli zbieral mysli. Bral provigil, ale ten srodek tak naprawde nie pozwalal tylko czlowiekowi zasnac, za to w dalszym ciagu pozostawial go „glupim ze zmeczenia”. Wreszcie Mueller zalomotal kolba do drzwi.
— Jest tam kto?
Cally usiadla, slyszac lomotanie i stlumiony glos dochodzacy zza drzwi. Brzmial jak ludzki glos, ale to mogl byc jakis bardzo sprytny Posleen.
Podniosla steyra i podeszla do drzwi.
— Kto tam?
— Cally?
— Tak, kto tam?
— Mueller! Otwieraj.
Cally odlozyla karabin i otworzyla drzwi, jednoczesnie doprowadzajac sie troche do porzadku.
Mueller patrzyl na nia przez chwile, a potem zamknal ja w niedzwiedzim uscisku.
— Jezu Chryste! Myslelismy, ze juz po tobie.
Cally otarla lzy z oczu, i kiedy pozostali zeszli z urwiska i wslizneli sie do jaskini, zaczela ich wszystkich po kolei sciskac.
— Wendy, udalo wam sie!
— Dzieki szczesciu i paru cholernie dziwnym rzeczom — odparla dziewczyna, odwzajemniajac uscisk. — Gdzie Papa?
Cally pokrecila tylko glowa, znow ocierajac lzy i patrzac na zmartwiona mine nieznajomej kobiety, ktora weszla jako ostatnia.
Wendy odwrocila sie i popatrzyla na nia.
— Shari…
— Shari? — spytala Cally. Kobieta byla o polowe mlodsza od tamtej, ktora przyjechala do nich na farme i zakochala sie w jej jeszcze starszym dziadku. Ale ta twarz… — Shari?! O Boze, Shari!
— W porzadku, kochanie — odparla kobieta z kamienna twarza. — Wszyscy musimy kiedys umrzec.
— Nie, nie w porzadku! — powiedziala Cally, biorac ja za rece. — My… rozmawialismy, kiedy Posleeni zaatakowali. On… nie mogl sie doczekac, kiedy przyjedziesz, aby z nami zamieszkac. Ja tez. Tak mi przykro!
— To chyba ja powinnam ciebie pocieszac — powiedziala Shari i rozplakala sie — a nie na odwrot.
— Musimy polozyc dzieci — przerwala im stanowczo Elgars. — Potem porozmawiamy.
Cally pokazala im skrzynie ze sprzetem obozowym, kocami i podpinkami do poncz, a potem wlaczyla elektryczny piecyk. Wszystkie dzieci, nawet Billy, kiedy tylko dostaly suche ubrania i zajely wygodne miejsca, natychmiast zasnely.
— Jak tu dotarliscie? — spytala Cally.
— Na piechote — odparl Mueller, sciagajac z jekiem buty. — Przez ostatnie dziesiec kilometrow dzieciaki byly jak martwe, musielismy je niesc.
— Mamy duzo do opowiadania — powiedziala Wendy. — Ale najpierw ty powiedz, skad sie tu wzielas i czy wiesz, co sie dzieje?
— Kiedy zrobilo sie kiepsko, poszlismy do bunkra — powiedziala wolno Cally; widac bylo, ze opowiadanie tej historii przychodzi jej z trudem. — Posleeni szli w gore doliny… a nad nimi latalo cos, co wygladalo jak latajace spodki. Potem, kiedy pojawil sie ladownik, Papa kazal mi sie schowac; on mial isc tuz za mna. Nagle cos blysnelo.