ktore wykrywam, naleza do tych, ktore szybko sie rozpadaja; promieniowanie bedzie malec szybciej niz pan je absorbuje.
— Wszystko jedno, i tak lepiej tu sie za dlugo nie krecic — powiedzial Mosovich, machajac reka na pozostalych.
Poruszal sie bardzo ostroznie. Mimo ze okolica wygladala na bezpieczna, mogl sie tutaj blakac lub nawet czaic w zasadzce jakis Posleen. Wiekszosc posleenskich normalsow byla przywiazana do swoich Wszechwladcow, kiedy wiec ich pan ginal, blakali sie troche jak dzikie zwierzeta, dopoki nie zebral ich nastepny Wszechwladca. Tacy „dzicy” normalsi stawali sie coraz wiekszym problemem nie tylko w pogranicznych rejonach, ale takze w interiorze. Posleeni rozmnazali sie w nieslychanym tempie; jeden dziki Posleen byl w stanie splodzic wiele mlodych zaledwie w kilka lat, a kazde z nich osiagalo dojrzalosc juz w osiemnascie miesiecy. Stad tez w rejonach, gdzie nie prowadzono odstrzalu, Posleeni zajmowali w lancuchu pokarmowym miejsce glownych drapieznikow.
Tutaj jednak okolica wygladala na czysta. Mosovich pomknal za zrujnowany rog domu, trzymajac przed soba gotowy do strzalu karabin, a reszta grupy ruszyla za nim.
Teraz widzial wyraznie bunkier i dziure w rumowisku, przypominajaca zarysem czlowieka.
— Cally? — zawolal, podchodzac do bunkra i opuszczajac karabin.
Bunkier mial sciany ze zbrojonego betonu, a strop z workow z piachem i stali. Byl zaprojektowany tak, by wytrzymac ciezki posredni ostrzal. Wybuch atomowki zerwal jednak worki i zburzyl jedna ze scian, zasypujac wnetrze gruzem i powyginanymi dzwigarami.
Mimo to Papa O’Neal mogl przezyc. Fala cisnieniowa wybuchu jadrowego wyrzadzala o wiele wieksze szkody przedmiotom, ktore mialy „wnetrze” i „zewnetrze”, niz raczej jednorodnym ludzkim cialom. Jake przypomnial sobie, jak okolo tysiaca lat temu chodzil na wyklady z broni jadrowej, na ktorych o tym mowiono. W warunkach, w ktorych domy rozpadaly sie na kawalki, ludziom bez problemu udawalo sie przezyc. Mogla ich zabic temperatura i promieniowanie, ale nie fala nadcisnienia, chyba ze byli w samym epicentrum albo podmuch gdzies ich rzucil.
Mimo ze Papa O’Neal byl wewnatrz bunkra, kiedy ten sie zawalil, teraz go tam nie bylo. Najwyrazniej ktos wykopal cialo z rumowiska.
— On tu byl — powiedziala cicho Cally.
— Aha. — Jake przykucnal i zajrzal do bunkra. Tylna sciana rowniez sie zawalila, ale widac tam bylo niewyrazny zarys przejscia. — To tamtedy wyszlas?
— Tak. — Cally nachylila sie, zeby zajrzec w glab gruzowiska. — On tam byl, sierzancie!
— Ale teraz go nie ma, Cally — odparl lagodnie Jake, prostujac sie. — Rozejrzyjmy sie szybko, czy nie ma tu czegos, co warto byloby zabrac, a potem wracajmy do skladu, zanim wroci ten, kto go zabral.
— Posleeni? — spytal Mueller, patrzac na ziemie w poszukiwaniu sladow pazurow.
— Prawdopodobnie — powiedzial Mosovich po chwili milczenia. — Nie widze zadnych sladow, ale przypuszczalnie to kucyki dorwaly cialo.
— Kurwa — zaklela Cally. — Kurwa, kurwa, kurwa jego pierdolona mac! Tak bardzo nie chcial, zeby go zzarli. Tak bardzo nie chcial.
— Przykro mi — powiedziala Wendy, obejmujac ja. — Tak mi przykro.
— Cholera. — Cally wytarla lzy zmieszane z deszczem. — Shari sie nie ucieszy.
Wendy parsknela i przytulila ja mocniej.
— Na pewno. Nikogo z nas to nie ucieszylo.
Tymczasem Elgars chodzila w te i z powrotem dookola zawalonego bunkra, krecac glowa.
— Widze tylko slady Cally, zadnych innych — powiedziala niskim i spiewnym glosem.
Mosovich spojrzal na nia z ukosa, a Wendy tylko wzruszyla ramionami.
— Annie, znowu cos sie z toba dzieje.
Kapitan Szesciuset co jakis czas zdawala sie przejawiac osobowosc innych ludzi. Dzialo sie tak najczesciej, kiedy korzystala z nowo nabytych kwalifikacji, jak na przyklad teraz z umiejetnosci tropienia.
Elgars spojrzala na niebo i pociagnela nosem.
— Tak. — Znow wciagnela gleboko powietrze, a potem popatrzyla w strone drogi. — Kryc sie. Ktos idzie.
Kiedy Mosovich wycofal sie w cien zrujnowanego domu, odezwal sie jego przekaznik.
— Sierzancie, wiadomosc od porucznika Thomasa Sundaya z piechoty mobilnej sil uderzeniowych Floty.
— No, mamy przelecz — mruknal Tulo’stenaloor. Wyszedl z umocnien wokol Clarkesville i patrzyl na strumienie oolt’ondarow wspinajacych sie w gore przeleczy. — Kosztowalo nas to dwiescie tysiecy oolt’os i wielu kessentaiow. Ziemia jest zryta, trzeba bedzie to naprawic, zanim ruszymy naprzod. Ale mamy przelecz.
— Oni wroca — powiedzial Goloswin. — Znow zamierzaja wypelnic ja ogniem.
Kessentai byl najdziwniejszym osobnikiem wsrod Posleenow; byl to slawny wojownik, ktory zrezygnowal z walki i zajal sie swoim hobby, czyli majsterkowaniem. Nic nie sprawialo mu wiekszej przyjemnosci niz zdobycie jakiegos sprzetu — ludzkiego, Indowy, posleenskiego czy Aldenata — a potem rozebranie go, zeby sprawdzic, jak dziala.
Tulo’stenaloor wytropil go na dalekiej planecie i zwabil na Ziemie, obiecujac, ze bedzie mial do czynienia z zagadkami, od ktorych postrada zmysly. Jak sie jednak okazalo, rozwiazanie kazdej zagadki, od rozpracowania ludzkich systemow czujnikow po wlamanie do ultrabezpiecznej sieci przekaznikow, bylo dla niego piskleca igraszka.
Mimo to wciaz dobrze sie bawil, a ponadto obiecano mu ogromne bogactwa; czego moglby wiecej chciec?
— Tak, ale beda mieli z tym klopoty — powiedzial Tulo’stenaloor.
— Bedziesz ich scigal? — spytal ostroznie technik. Dobrze zdawal sobie sprawe, ze nie do konca rozumie estanaara. Wiekszosc posleenskich oolt’ondaiow puscilaby sie w pogon, ktora zakonczylaby dopiero smierc wszystkich ludzi. Tymczasem Tulo’stenaloor, tak samo jak Majsterkowicz, zastosowal nowa metode dzialania. Zbieral najtezsze umysly, jakie mial, a potem rozbijal ludzi w thresh.
— Nie. Trasa, ktora wybrali, jest bardzo trudna; poscig z oolt’os bylby prawie niemozliwy, dlatego bedziemy musieli ich puscic. Jakie mamy wiesci o ich probach zdobycia… wsparcia ogniowego?
Byl to ludzki termin, ktory estanaar chetnie sobie przyswoil.
— Ich general Horner nie uzywa juz swojego przekaznika, a siec przekaznikow zaczyna przeciwdzialac mojej infiltracji. Ale wedlug ostatniego przekazu, ich jedyna nadzieja jest dzialo SheVa, ktore nazywaja Bun-Bun. Obecnie jest naprawiane i modernizowane niedaleko Sylfa.
— W takim razie trzeba cos zrobic z tym piekielnym ustrojstwem — westchnal wodz. Nacisnal przycisk na panelu tenara i zaczekal, az ten wylapie Orostana sposrod masy innych kessentaiow.
— Orostanie?
Starszy oolt’ondai patrzyl z obrzydzeniem na miasto Franklin i rozciagajace sie na zachodzie jezioro. Przypomnial sobie pierwsza powazna porazke, kiedy ponad sto tysiecy Posleenow zostalo uwiezionych w walacym sie Podmiesciu. Teraz spychano ich z powrotem w strone miasta, ktore wcale nie wyglada lepiej niz podczas marszu naprzod — niewiele lupow, bardzo malo ziemi, ktora nie bylaby zryta — i nie jest warte tego, by za nie walczyc i ginac.
— Estanaarze? — odparl. Zwiazal swoj los z Tulo’stenaloorem juz w czasie Wielkiego Zgromadzenia, kiedy to wiekszosc oolt’ondaiow uznala go za szalenca, gdyz Tulo’stenaloor poniosl dotkliwa kleske na Aradanie 5, a jego Nowa Sciezke nazwano wielka herezja. Orostan, ktory zbieral wszystkie informacje o ludziach, rozumial, ze masowa szarza i proba zgniecenia wroga przewaga liczebna jest szybka droga do samobojstwa i ze Tulo’stenaloor ma racje, probujac wykorzystywac przeciwko ludziom ich wlasne metody walki. I nawet to mu sie czesciowo udawalo, a udaloby sie jeszcze lepiej, gdyby te przeklete pancerze nie zajely przeleczy, a obsrana przez demony