Amy trzymala swoj zardzewialy noz przy boku, liczac, ze naganiacz go nie zauwazy, a ona zdola jakos zblizyc sie do niego i zrobic uzytek z krotkiego ostrza.
– Przywitaj sie z braciszkiem – rzekl naganiacz. W jednym reku trzymal koniec sznura. Pociagnal zan. Z ciemnosci wyszedl chwiejnie Joey. Na szyi mial zadzierzgnieta petle.
– Boze – westchnela Amy. – Boze, dopomoz nam.
– On nie moze wam pomoc – powiedzial naganiacz. – Bog jest slaby. Szatan jest potezny. Tym razem Bog nie moze ci pomoc, ty suko.
16
Liz wpadla w ciemnosci na kogos wielkiego. Krzyknela, zanim jeszcze zorientowala sie, ze nie byl to dziwolag. Zderzyla sie z jednym z mechanicznych potworow, ktore staly teraz zupelnie nieruchome i milczace. Liz byla mokra od potu, rozdygotana i zdezorientowana. W ciemnosciach raz po raz na cos wpadala i w takich momentach serce w jej piersi nieomal przestawalo bic. Wiedziala, ze powinna usiasc, aby choc troche sie uspokoic, albo wrocic do korytarza dla wagonikow, ktory byl przynajmniej oswietlony, niemniej byla zbyt przerazona, by robic to co nalezalo.
Ruszyla chwiejnie naprzod, trzymajac obie rece przed soba. W jednej sciskala noz. Myslala o Richiem, o Richiem z siekiera wbita w glowe i z trudem powstrzymywala narastajace mdlosci. Czula sie juz prawie normalnie, otepienie minelo wskutek dzialania adrenaliny; jedyne, co sie teraz dla niej liczylo, to uratowanie wlasnej skory. Pojekiwala cichutko i oddychala ciezko; zdawala sobie sprawe, ze wydawane przez nia dzwieki moga sprowadzic smierc, ale nie potrafila zachowywac sie bezglosnie. Robila co mogla, aby wyjsc z tego calo, po prostu sie starala i miala nadzieje, ze uda jej sie odnalezc wyjscie. Liczyla na swoj fart, zawsze miala szczescie, wszystko jej sie udawalo, a teraz pragnela tylko (zgola niedorzecznie) przystanac gdzies na chwile i wypalic kolejnego skreta. Wlasnie wtedy potknela sie o cos i upadla ciezko na podloge z desek, a kiedy siegnela reka, by uwolnic stope, natrafila na spory metalowy pierscien w podlodze, w ktorym utkwil czubek jej buta. Zaklela w glos, gdy jej kostke przeszyl palacy bol, ale w tym samym momencie ujrzala nitke swiatla wyplywajaca spod podlogi, swiatla z pomieszczenia ponizej i zrozumiala, ze pierscien sluzyl do podnoszenia klapy w podlodze.
Wyjscie.
Smiejac sie radosnie Liz odczolgala sie z klapy, na ktorej lezala. Uklekla nad nia i ujela oburacz pierscien. Klapa byla wypaczona, nie chciala sie uniesc. Liz wytezyla wszystkie sily w jednym silnym pociagnieciu i wreszcie klapa uniosla sie ku gorze.
Wnetrze tunelu wokol niej zalaly strugi swiatla.
Ogromny, odrazajacy stwor stal na drabinie dokladnie pod klapa. Jego reka jak atakujacy waz wystrzelila ku gorze, wplatujac sie w dlugie, jasne wlosy Liz; dziewczyna poczula gwaltowne szarpniecie i wrzeszczac runela przez otwor w podlodze do pomieszczenia ponizej.
Cala swoja uwage skupila na Joeyu, tak by naganiacz nie domyslil sie, ze zamierzala go zaatakowac, a kiedy pochylila sie w strone chlopca, w mgnieniu oka zmienila kierunek, odwrocila sie, skoczyla na lunaparkowca i wbila mu zardzewialy noz w gardlo. Jego palajace nienawiscia oczy otworzyly sie szeroko.
Instynktownie nacisnal spust pistoletu.
Amy poczula ped kuli przelatujacej tuz obok jej policzka, ale nie bala sie. Miala wrazenie, ze cos ja ochrania.
Naganiacz czknal, upuscil bron i przylozyl obie rece do gardla.
Po chwili osunal sie na ziemie i juz sie wiecej nie poruszyl. Byl martwy.
– Pusc mojego brata-powiedziala Amy.
– Raczej nie – odrzekl naganiacz.
Joey mial rece zwiazane na plecach. Kolejna lina byla zadzierzgnieta silnie na jego szyi – drugi koniec trzymal w reku naganiacz.
Szyja Joeya byla mocno otarta i zaczerwieniona; chlopiec plakal.
Amy spojrzala w jasnoniebieskie, nieludzkie oczy naganiacza i po raz pierwszy w zyciu nie miala watpliwosci, ze nie byla zla osoba, za jaka stale uwazala ja matka. TEN CZLOWIEK byl zly. Byl sama esencja zla. Byl szalencem. On i ten morderczy potwor, ktory zabil Richiego. To byla kwintesencja zla, rozniaca sie od niej tak dalece, jak ona roznila sie od… Liz.
Nagle, zupelnie niespodziewanie, wbrew temu, ze zarowno ona, jak i Joey stali w obliczu niechybnej smierci, Amy przepelnilo zywe, dojmujace, niezwykle silne i niewiarygodne uczucie pewnosci, wiary w siebie i sympatii do wlasnej osoby.
Nigdy dotad nie doswiadczyla czegos podobnego. Owa fala zmyla precz wszelkie mroczne, gorzkie i niepokojace odczucia, ktore dreczyly ja od tak dawna.
Jednoczesnie doznala jeszcze jednego przeblysku
NIE ST”J TAK, DZIALAJ, BADZ DZIELNA – powiedzial glos w jej wnetrzu.
Trzymajac zardzewialy noz przy boku i liczac, ze naganiacz go nie zauwazyl, podeszla do Joeya.
– Nic ci nie jest, kochanie? Skrzywdzil cie? Nie placz. Nie boj sie.
Liz pelzla w tyl, na czworakach, jak ogromny pajak po piwnicznym klepisku pod Tunelem Strachu, dopoki nie natrafila plecami na lagodnie wibrujaca obudowe jakiejs ogromnej maszynerii.
Przykucnela tam, a serce tluklo jej sie w piersi tak mocno i gwaltownie, jakby chcialo roztrzaskac ja od wewnatrz na kawalki.
Dziwolag obserwowal ja. Sciagnawszy dziewczyne do piwnicy, cisnal ja na bok jak worek kartofli. Nie przestal sie nia jednak interesowac. Chcial po prostu zobaczyc, co zrobi. Igral z nia oferujac zludna szanse ucieczki, odgrywajac role kota, podczas gdy ona byla mysza.
Teraz, gdy od potwora dzielil ja dystans pietnastu stop, Liz podniosla sie powoli. Nogi miala jak z wary. Aby nie upasc, musiala jedna reka oprzec sie o obudowe buczacej maszyny. Stwor stal, na poly ukryty w cieniu, na poly w kregu zoltego swiatla; jego zielone oczy palaly. Byl tak wysoki, ze musial sie nieco zgarbic, aby nie uderzyc glowa w nisko sklepiony sufit.
Liz rozejrzala sie wokolo w poszukiwaniu wyjscia. Nie zauwazyla zadnego. Dolny poziom Tunelu Strachu byl istnym labiryntem najrozniejszych maszyn. Gdyby sprobowala ucieczki, z pewnoscia nie umknelaby daleko. Stwor dopadlby ja w mgnieniu oka. Istota postapila krok w jej strone.
– Nie – powiedziala Liz. Monstrum zrobilo kolejny krok.
– Nie. Stoj.
Powloczac nogami istota przesuwala sie naprzod, az znalazlszy sie o szesc stop od Liz, stanela i przekrzywila glowe, wpatrujac sie w nia z jawnym zaciekawieniem.
– Prosze -powiedziala Liz. – Prosze, pozwol mi odejsc. Prosze. -Nie spodziewala sie, ze przyjdzie jej kiedys blagac o cos kogokolwiek. Chlubila sie wlasna bezwzglednoscia i sila. Byla twarda. Teraz jednak blagala o darowanie zycia i stwierdzila, ze nie jest to trudne, kiedy w gre wchodzi tak wysoka stawka
Dziwolag zaczal obwachiwac ja jak pies nowa suke. Jego szerokie nozdrza rozdaly sie i zadrgaly, gdy prychnal z narastajacym podnieceniem.
– Czuc dobra – powiedzial dziwolag. Liz zdziwila sie, ze stwor potrafil mowic.
– Czuc kobieta – powiedzial.
W sercu Liz zatlila sie iskierka nadziei.
– Ladna – rzekl dziwolag – Chciec ladna.
Moj Boze, pomyslala Liz, kompletnie oszolomiona. Czy wlasnie o to mu chodzi? O seks? Czy tego pragnie? Czemu nie? Tak, do cholery, tak! Przeciez dotychczas wszystkim chodzilo tylko o jedno. To moja szansa. Moje