— Ktora godzina?
— Osma… przepraszam, zaraz wroce. — Wstal od stolika i poszedl w glab sali. Byl naprawde wyjatkowo niski, szeroki w ramionach, siwe wlosy, geste i proste, jezyly mu sie na glowie. Gizela zgniotla papierosa na popielniczce i powiedziala:
— Jest strasznie nudny, ciagle mowi o sobie.
— Zauwazylam to.
— Pozwol mu sie wygadac i zawsze mu potakuj — ciagnela dalej. — Zobaczysz, ze bedzie ci sie ze wszystkiego zwierzal. Ma o sobie Bog wie jakie pojecie, ale jest hojny i prezenty naprawde daje.
— Tak, ale potem je wymawia.
Milczala, ale potrzasnela glowa, jak gdyby chciala powiedziec: „Na to nie ma rady”. Siedzialysmy przez chwile, nie odzywajac sie do siebie, potem wrocil Giacinti, zaplacil i wyszlismy z cukierni.
— Gizelo — powiedzial na ulicy Giacinti — ten wieczor przeznaczylem dla Adriany, ale jezeli chcesz zrobic nam ten zaszczyt i zjesc z nami kolacje…
— Nie, nie, dziekuje — szybko odpowiedziala Gizela — mam randke. — Pozegnala sie z Giacintim, ze mna i odeszla. Kiedy sie oddalila, powiedzialam do Giacinta:
— Gizela jest bardzo mila.
Skrzywil sie i odpowiedzial:
— Tak sobie… jest doskonale zbudowana.
— Nie uwaza pan, ze jest sympatyczna?
— Ja — odrzekl idac obok i przyciskajac mocno moje ramie, wysoko, prawie pod pacha — nigdy od nikogo nie wymagam, zeby byl sympatyczny, ale zeby to, co robi, robil dobrze. Na przyklad od stenotypistki nie wymagam, zeby byla sympatyczna, ale zeby szybko i bezblednie pisala na maszynie, tak wiec i od kobiety takiej jak Gizela nie wymagam, zeby byla sympatyczna, ale zeby znala swoj fach, czyli zeby umozliwila mi przyjemne spedzenie tej godziny czy dwoch, ktore jej poswiecam, a Gizela kiepsko wywiazuje sie ze swego zadania.
— Dlaczego?
— Dlatego, ze zawsze mysli o pieniadzach… i zawsze sie boi, ze ich nie dostanie albo dostanie za malo. Jasne, ze nie wymagam od niej, zeby mnie kochala, ale nalezy do jej profesji, zeby zachowywala sie tak, jak gdyby mnie kochala, i dawala mi to zludzenie… za to jej place. A tymczasem Gizela zbyt wyraznie daje do zrozumienia, ze nie robi tego bezinteresownie, nie da nawet czlowiekowi odsapnac i juz sie targuje… Ech, do diabla!
Doszlismy do restauracji halasliwego, przepelnionego lokalu, w ktorym wszyscy goscie, tak mi sie przynajmniej wydawalo, musieli byc z tej samej branzy co Giacinti: handlowcy, agenci gieldowi, kupcy, przejezdni przemyslowcy. Giacinti wszedl pierwszy i oddajac szatniarzowi plaszcz i kapelusz zapytal:
— Czy moj stolik jest wolny?
— Tak jest, panie Giacinti.
Byl to stolik w niszy pod oknem. Giacinti usiadl zacierajac rece i zapytal:
— Lubisz dobrze zjesc?
— Chyba tak — odpowiedzialam zmieszana.
— Dobrze, to mi sie podoba, lubie miec kompana do jedzenia. Gizela na przyklad nigdy nie chciala nic jesc. Mowila, ze boi sie utyc. Co za glupota! Wszystko trzeba robic w odpowiednim czasie… przy stole sie je. — Mial wielka uraze do Gizeli.
— Ale to prawda — odrzeklam niesmialo — ze nie mozna jesc za duzo, bo sie tyje, a niektore kobiety nie chca utyc.
— Czy ty takze do nich nalezysz?
— Ja nie… chociaz mowia, ze jestem troche za tega.
— Nie wierz im: to wszystko przez zazdrosc! Masz doskonala figure, mowie ci to ja, ktory znam sie na tym. — I jakby chcac dodac mi otuchy, po ojcowsku poklepal mnie po rece.
Podszedl kelner i Giacinti zwrocil sie do niego:
— Przede wszystkim prosze zabrac te kwiaty, przeszkadzaja mi… a potem to samo, co zawsze… tylko szybko. Po czym powiedzial do mnie:
— Zna mnie i wie, co lubie; mozesz miec do niego zaufanie, na pewno nie bedziesz narzekac.
Istotnie nie moglam narzekac. Wszystkie podane nam potrawy nie byly moze wykwintne, ale znakomite i bardzo roznorodne. Giacinti mial nadzwyczajny apetyt i jadl zachlannie, ze spuszczona glowa, nie wypuszczajac ani na chwile z reki noza i widelca; nie patrzal na mnie, nie odzywal sie ani slowem, jak gdyby znajdowal sie sam w restauracji. Byl istotnie bez reszty pochloniety jedzeniem i w swoim zapamietaniu zatracil nawet pelne opanowania maniery, ktorymi tak sie szczycil; wykonywal po kilka czynnosci na raz, jak gdyby sie obawial, ze nie zdazy najesc sie do syta. Pakowal do ust kawal miesa, zagryzal je chlebem, ktory lamal lewa reka, jednoczesnie prawa reka dolewal sobie wina i wypijal je szybko, nim jeszcze zdazyl polknac to, co mial juz w ustach. Mlaskal przy tym wargami, przewracal oczami i od czasu do czasu potrzasal glowa, jak dlawiacy sie kot. Ja natomiast, co rzadko mi sie zdarzalo, nie mialam apetytu. Po raz pierwszy w zyciu zdecydowalam sie na stosunek z mezczyzna, ktorego nie kochalam, a nawet wcale nie znalam, i przygladalam mu sie uwaznie, badajac wlasne uczucia i starajac sie wyobrazic sobie, jak wybrne z tej sytuacji. Pozniej nie zwracalam juz uwagi na powierzchownosc mezczyzn, z ktorymi sie umawialam; moze dlatego, ze z koniecznosci nauczylam sie bardzo szybko oceniac na pierwszy rzut oka, czy jest w ich wygladzie cos milego lub pociagajacego, co by wystarczalo, zeby intymnosc uczynic znosna. Ale tego wieczoru owa spostrzegawczosc, wlasciwa mojej profesji, a polegajaca na tym, zeby natychmiast znalezc w partnerze jakas dodatnia ceche, ktora moze uczynic sprzedajna milosc mniej odpychajaca, byla jeszcze dla mnie czyms nie znanym i szukalam jej instynktownie i podswiadomie. Bylo to juz bardzo wiele, bo ostatecznie, milosc jest przede wszystkim zespoleniem czysto fizycznym; ale mnie to nie wystarczalo, bo nigdy nie umialam, nie mowie juz kochac, ale tolerowac mezczyzny tylko za jego cielesne zalety. Kolacja dobiegla konca; Giacinti nasycil swoj wilczy apetyt, po jedzeniu odbilo mu sie kilka razy. Zaczal znowu ze mna rozmawiac. Stwierdzilam, ze nie bylo w nim nic takiego, a przynajmniej ja nie umialam znalezc nic, co mogloby go uczynic nieco sympatyczniejszym w moich oczach. Nie tylko, ze mowil stale o sobie, o czym wspomniala mi Gizela, ale mowil to w sposob bardzo nieprzyjemny, pyszalkowaty i nudny, opowiadajac przewaznie rzeczy, ktore bynajmniej nie przedstawialy go w dobrym swietle i potwierdzaly w pelni moj pierwszy odruch wstretu. Nie bylo w nim nic, nic, co by mi sie moglo podobac; i wszystkie cechy, ktore on przedstawial jako swoje zalety, chwalac sie nimi i wynoszac je pod niebiosa, mnie wydawaly sie obrzydliwymi przywarami. Pozniej takze, co prawda dosc rzadko, spotykalam mezczyzn bez zadnej wartosci, ktorzy nie mieli w sobie nic, co mogloby wzbudzic chocby cien sympatii; i zawsze zdumiewalam sie, ze takie typy w ogole istnieja; zadawalam sobie pytanie, czy to czasem nie moja wina, ze nie potrafie od razu odkryc w nich jakichs zalet, ktore przeciez musza posiadac. Z czasem oswoilam sie z takim przykrym towarzystwem; nauczylam sie udawac, ze bawie sie doskonale, zartowac, jednym slowem, byc taka, jaka kompani moi mnie chcieli widziec i za jaka mnie uwazali. Ale owego wieczoru to pierwsze odkrycie wzbudzilo we mnie smutne refleksje. Giacinti dlubal wykalaczka w zebach, a ja mowilam sobie w duchu, ze zawod, ktory wybralam, jest bardzo ciezki, ze trudno mi bedzie udawac milosne uniesienie w stosunku do mezczyzn, ktorzy wzbudzaja we mnie, jak wlasnie Giacinti, wrecz przeciwne uczucia; myslalam o tym, ze nie ma takiej sumy pieniedzy, ktora bylaby tego warta; ze w takich wypadkach niemozliwoscia jest zachowac sie inaczej niz Gizela, ze musi sie myslec tylko o pieniadzach, wcale tego nie ukrywajac. Przyszlo mi takze do glowy, ze dzis wieczor zaprowadze tego antypatycznego Giacintiego do mego biednego pokoju, ktorego przeznaczenie mialo byc tak odmienne. Mowilam sobie, ze nie mam szczescia i ze widocznie los chcial, zebym juz za pierwszym razem pozbyla sie wszelkich zludzen, bo zeslal mi Giacintiego, a nie jakiegos mlodego chlopca poszukujacego przygod albo przyzwoitego bezpretensjonalnego mezczyzne, ktorych tylu jest na swiecie. Slowem, obecnosc Giacintiego w tym umeblowanym z takim pietyzmem pokoju przypieczetowac miala moje wyrzeczenie sie marzen o uczciwym normalnym zyciu.
On mowil bez przerwy; ale nie byl az tak gruboskorny, zeby nie zauwazyc mojego przygnebienia.
— No co, laleczko — zapytal nagle — smutno ci?
— Nie, nie — odpowiedzialam szybko, otrzasajac sie z odretwienia i, wzruszona tym pierwszym cieplejszym slowem, poczulam prawie ochote, zeby zaczac mu sie zwierzac i opowiedziec z kolei cos o moich sprawach, skoro pozwolilam mu tak dlugo mowic o sobie.
— No, to dobrze — ciagnal dalej — bo smutkow nie lubie, a jezeli nawet jestes smutna, nie bede sie dopytywal, dlaczego; widocznie masz swoje powody, nie wdaje sie w dyskusje, ale kiedy spotykasz sie ze mna,