mu Inez, juz z gniewem, zdajac sie na swoj instynkt.
Gabriel zacisnal piesc ze zdenerwowania i zlosci. Inez sila rozwarla te zacisniete palce i wsunela mu w dlon jakis przedmiot. Byla to pieczec z krysztalu, jasniejaca wlasnym blaskiem, naznaczona nieczytelnym napisem…
– Znalazlam to na poddaszu – powiedziala. – Wydawalo mi sie, ze nie nalezy do ciebie. Dlatego osmielam sie podarowac ci ten drobiazg. To prezent od wyuzdanej istoty, ktora tu zaprosiles. Bylam na poddaszu. Widzialam zdjecia.
– Inez, fotografie niekiedy klamia. Co sie staje ze zdjeciem po uplywie pewnego czasu? Myslisz, ze ono nie zyje i nie umiera?
– To ty tak powiedziales. Po uplywie pewnego czasu nasze podobizny klamia. To juz nie jestesmy my.
– Jak widzisz sama siebie?
– Jako dziewice – rozesmiala sie, troche skrepowana. -Dziewczynka z dobrej rodziny. Mieszczaneczka. Niedojrzala. Uczy sie. Odnajduje swoj glos. Dlatego nie rozumiem, czemu to wspomnienie nawiedza mnie w chwilach, kiedy najmniej bym tego chciala. Moze dlatego, ze mam bardzo krotka pamiec. Moj wuj dyplomata zawsze powtarzal, ze pamiec przewaznie nie przechowuje niczego dluzej niz przez siedem sekund albo siedem slow.
– Twoi rodzice niczego cie nie nauczyli? Chcialem powiedziec: czego cie nauczyli twoi rodzice?
– Umarli, kiedy mialam siedem lat.
– Dla mnie przeszlosc to inne miejsce – powiedzial Gabriel, wpatrujac sie w przeciwny brzeg kanalu La Manche.
– Ja nie mam o czym zapominac – Inez poruszala ramionami, jakby nie nalezaly do niej, czula to – ale chcialabym jak najszybciej miec za soba to, co bylo.
– A ja przeciwnie: czasami mam ochote zostawic za soba przyszlosc.
Piasek stlumil ich kroki.
On odszedl nagle, bez pozegnania, zostawiajac ja sama, podczas wojny, na pustym wybrzezu.
Gabriel pobiegl szybko z powrotem przez las Yarbury i step Durnover, i zatrzymal sie na wysoko polozonym kwadratowym placu nad rzeka Froom. Stad juz nie bylo widac wybrzeza. Ten obszar stanowil swego rodzaju granice obronna, granice bez szlabanow, schronienie bez dachu, opuszczona ruine, bez obeliskow i kolumn z piaskowca. Niebo nad Anglia zmienia sie w takim tempie, ze czlowiek moze przystanac i myslec, ze porusza sie z szybkoscia nieba.
Dopiero tam zdolal sobie powiedziec, ze nigdy nie umial dostrzec roznicy miedzy nikczemnym oddaniem sie i absolutna czystoscia kobiety. Chcial, aby mu wybaczyla. Inez miala go zapamietac jako tego, ktory, choc nie postapil najlepiej, zrobil to, co zrobil – bo sie pomylil. Nie przeczyl, ze jej pragnie; i ze musi ja opuscic. Oby tylko nie wspominala go jako tchorza lub zdrajcy. Oby tez nie chciala utozsamiac
Atlana-Ferrary z tym drugim, przyjacielem, bratem, tym, ktory „jest gdzie indziej”… Modlil sie, aby inteligencja mlodej Meksykanki, o tyle wyzsza od wyobrazenia, jakie zdawala sie miec o sobie ona sama, pomogla jej dostrzec roznice miedzy nim a tym drugim, poniewaz on zyl w swiecie dzisiejszym, mial swoje obowiazki, musial podrozowac, rozkazywac, podczas gdy tamten byl wolny, mogl wybierac, mogl zajmowac sie nia naprawde. Kochac ja, moze nawet i to, kochac ja… Byl gdzie indziej. A Gabriel byl tutaj.
Moze jednak ona sama widziala w Gabrielu to, co on widzial w niej: droge w nieznane. Zdobywszy sie na najwyzszy wysilek myslowy, Atlan-Ferrara zrozumial, dlaczego miedzy nim a Inez nigdy nie bedzie pelni seksualnego zjednoczenia. Ona go odtracila, bo zobaczyla w spojrzeniu Gabriela te druga osobe. Ale zarazem on wiedzial, ze ona patrzy na tego drugiego, ktorym nie jest on. Lecz, mimo wszystko, czyz nie mogli oboje, zniewoleni przez czas, byc jednoczesnie nawzajem dla siebie i tacy sami, i inni?
– Nie bede zajmowal miejsca swojego brata – powiedzial sobie, kiedy odjezdzal w kierunku plonacego miasta.
Czul gorzki smak w ustach. Szepnal:
– Wszystko wydaje sie szykowac do pozegnania. Droga, morze, wspomnienie, pogrzebowe stolki, krysztalowe pieczecie.
Rozesmial sie:
– Sceneria akurat dla Inez.
Inez nie starala sie wrocic do Londynu. Juz nie miala uczestniczyc w probach
Ten widok ja przestraszyl. Wiatr macil jej mysli. Miala wrazenie, ze jej glowa jest popekanym krysztalem.
Morza tez sie bala. I bala sie wspomnien.
Napawala ja lekiem wyspa, coraz wyrazniej rysujaca sie miedzy brzegami Anglii i Francji, pod plaskim niebem. Bala sie wyruszyc w droge pusta autostrada, bardziej bezludna niz kiedykolwiek; ale jeszcze gorzej byloby jechac posrod szumu lasow niz w grobowej ciszy.
Coz to za dziwne uczucie – chodzic razem nad morze, razem z mezczyzna; oboje chetni, przestraszeni soba nawzajem… Gabriel odszedl, ale w Inez pozostala tesknota, ktora on w niej obudzil. Francja, piekny jasnowlosy chlopak, Francja i ten chlopak, zlaczeni tesknota, ktora Gabriel umial wyrazac calkiem otwarcie. Ona nie. Miala do niego zal. Atlan-Ferrara zasial w niej wizje tego, co nieosiagalne. Wizje mezczyzny, ktorego ona odtad miala pragnac, a nigdy nie miala poznac. Atlan-Ferrara go znal, o tak. Podobienstwo do jasnowlosego chlopaka bylo jego dziedzictwem. Ziemia utracona. Ziemia zakazana.
Instynktownie przeczuwala nieodwolalne rozstanie. Pomiedzy nia i Atlanem-Ferrara wyrosl zakaz. Zadne z nich nie chcialo go zlamac. Gdy, szepczac cos, szla sama plaza w kierunku domu, ten zakaz zniewalal jej instynkt. Czula sie uwieziona miedzy dwiema tymczasowymi granicami, ktorych ani on, ani ona nie chcieli przekroczyc.
Weszla do domu i sluchala, jak trzeszcza schody: tak jakby ktos nieustannie i niecierpliwie wchodzil po nich i schodzil, i nie smial sie jej pokazac.
I wowczas, wrociwszy do nadmorskiego domku, polozyla sie, wyprostowana, na dwoch stolkach, z glowa na jednym z nich i nogami na drugim, wyprezona i sztywna jak trup; na piersi polozyla sobie fotografie dwoch przyjaciol, kolegow, braci, podpisana: „Gabrielowi, z calego serca”. Tylko ze na zdjeciu zabraklo pieknego mlodego blondyna: zniknal.
Nie bylo go tutaj. Gabriel, z obnazonym torsem i rozwartymi ramionami, byl sam, nikogo nie obejmowal. Inez polozyla sobie na powiekach – delikatnych i niemal przezroczystych -dwie krysztalowe pieczecie.
Mimo wszystko, nie bylo wcale trudno ulozyc sie w ten sposob, sztywno jak trup, na dwoch pogrzebowych stolkach, tak jakby zostala pochowana pod gora z tamtego snu.
3
Zatrzymasz sie nad brzegiem morza. Nie bedziesz wiedziala, jak dotarlas az tutaj. Nie bedziesz wiedziala, co powinnas zrobic. Bedziesz dotykac swego ciala rekami i poczujesz cos lepkiego, od stop do glowy bedziesz wysmarowana jakas kleista substancja, bedziesz ja miala takze na twarzy. Dlonmi nie potrafisz sie oczyscic, bo tez beda w tym upaprane. Twoja glowa bedzie podobna do rozpadajacego sie gniazda ulepionego z blota, ktore bedzie kapac, az cie oslepi.
Zbudzisz sie na drzewie, wczepiona w jego galezie, skulona, z kolanami tuz przy twarzy i rekoma na uszach, aby nie slyszec piskow malpy kapucynki, ktora zabije kijem weza; on zas nigdy nie zdola sie wslizgnac wyzej, do tej lisciastej gestwiny, gdzie ty sie ukryjesz. Kapucynka bedzie robila to, co ty sama zechcesz robic. Bedzie zabijac weze. Waz juz ci nie przeszkodzi w zejsciu z drzewa. Ale sila, jaka sie wykaze malpa, zabijajac go, przerazi cie tak samo -albo i bardziej – niz grozba natkniecia sie na weza.
Nie bedziesz swiadoma, jak dlugo tu jestes, zyjac samotnie pod sklepieniem lesnych galezi. Chwilami nie bedziesz dobrze widziala. Uniesiesz dlon do czola, ilekroc zechcesz odroznic niebezpieczenstwo, grozace ci ze strony weza, od gwaltownosci, z jaka kapucynka go zabije, ale nie zabije to twego strachu. Z wielkim wysilkiem