przeplyniesz przez rzeke, usniesz, dyszac ciezko, i zbudzi cie dudnienie rozlegajace sie na rowninie, po ktorej beda sie bezladnie uganialy stada wlochatych zubrow, aby oznakowac swoj teren i kopulowac ze swymi samicami, a ty, zbudziwszy sie, staniesz nad brzegiem morza, patrzac, jak walcza ze soba ryby i jak zabijaja swoje potomstwo, po czym wracaja do wesolej zabawy – i moze zaczniesz krzyczec takim glosem jak ptak, ktorym nigdy sie nie staniesz, jezeli nie zdobedziesz sie na spiew, dziwny, gardlowy, moze zaczniesz krzyczec, aby powiedziec, ze jestes samotna, ze nie wystarczy ci poruszanie sie w tancu, ze pragniesz isc jeszcze dalej w tej checi powiedzenia czegos, pragniesz wykrzyczec cos, co sie nie laczy z twoim zachowaniem nad brzegiem morza, ze chcialabys krzyczec i spiewac namietnie, aby oznajmic, ze jestes tutaj, tu, we wlasnej osobie, gotowa na wszystko, ty…

Przez dluzszy czas bedziesz samotnie przemierzala pusta ziemie, bojac sie, ze nie spotkasz istoty takiej jak ty…

„Dluzszy czas” to okreslenie trudne do pojecia, ale kiedy wymawiasz te dwa slowa, zawsze bedziesz widziala siebie sama u boku jakiejs nieruchomej kobiety, w jednym jedynym miejscu i w jednym momencie.

Teraz, ledwo ruszysz w droge, poczujesz, ze juz nie jestes sama; to obciazy twoje zycie tak silnie jak nagly upadek na duchu, jakby wszystko, co zdolasz ujrzec, uslyszec, wyczuc dotykiem, nie bylo prawdziwe.

Nie bedzie juz przy tobie kobiety, ktora cie chronila. Nie bedzie ciepla. Nie bedzie pozywienia.

Rozejrzysz sie wokol siebie.

Zobaczysz tylko to, co cie otacza, a tym czyms nie bedziesz ty, poniewaz bedziesz tym, czym znowu chcialabys byc.

Ruszysz w droge powrotna, do lasu, bo poczujesz glod. Zrozumiesz, ze tylko z koniecznosci wyszlas z lasu w poszukiwaniu jedzenia, a teraz ta sama koniecznosc kaze ci wrocic z pustymi rekoma do lesnej gestwiny. Poczujesz pragnienie i uswiadomisz sobie, ze morze, w ktorym zawsze beda igrac zwawe ryby, nie uzyczy ci spokoju. Wrocisz nad metna rzeke. Po drodze znajdziesz owoce koloru krwi i zjesz je zarlocznie, aby potem patrzyc na swoje poplamione dlonie. Zdasz sobie sprawe, ze chodzisz, jesz, zatrzymujesz sie i spisz w zupelnej ciszy.

Nie bedziesz rozumiala, czemu nasladujesz teraz taniec morza, ten gwaltowny ruch calego ciala, bioder, ramion, szyi, kolan, paznokci…

Kto cie ujrzy, kto zwroci na ciebie uwage, kto podchwyci to niepokojace wolanie, jakie w koncu wydobedzie sie z twego gardla, kiedy pobiegniesz z powrotem do lasu i bedziesz sie przedzierac przez kolczaste galezie? Zdyszana wyjdziesz znow na step, potem bedziesz biegla pod gore skuszona widokiem wysokiej skaly, zamkniesz oczy, aby zlagodzic bol po dlugim podchodzeniu, i wowczas zatrzyma cie krzyk. Otworzysz oczy i zobaczysz, ze stoisz nad przepascia. Urwisko i pustka u twoich stop. Gleboki wawoz, a po drugiej stronie, na wysokiej wapiennej rowninie, jakas postac, ktora bedzie krzyczala do ciebie, bedzie machala ramionami, bedzie podskakiwala, abys ja spostrzegla, bedzie cie wzywala kazdym ruchem, calym cialem, ale przede wszystkim bedzie wolac pelnym glosem: zatrzymaj sie, nie upadnij, niebezpieczenstwo…

On bedzie nagi, tak jak ty. Tobie po raz pierwszy cos przyjdzie na mysl. Zobaczysz tamten moment, w ktorym oboje bedziecie czyms okryci, choc teraz nie jestescie, teraz identyfikowac was bedzie nagosc; on bedzie mial kolor piasku – on caly, jego skora, owlosienie, jego glowa -i bialy mezczyzna krzyknie do ciebie: „zatrzymaj sie, tu niebezpiecznie”, ale ty zrozumiesz dzwieki e-de, e-me – „pomoc”, „kochac” – szybko przemieniajace sie w twoim spojrzeniu i w wyrazie twarzy, i w glosie w cos, co dopiero w tym momencie, kiedy krzykniesz do mezczyzny z drugiego brzegu, rozpoznasz w sobie samej: on na mnie patrzy, ja na niego patrze, ja do niego wolam, on do mnie wola, a gdyby nie bylo nikogo tam, gdzie jest on, nie wolalabym tak, krzyczalabym, zeby odpedzic gromade czarnych ptakow, albo krzyczalabym ze strachu przed jakims przyczajonym drapieznikiem, ale teraz bede krzyczala po raz pierwszy, zeby prosic albo dziekowac za cos tej istocie, takiej samej jak ja, ale rozniacej sie ode mnie, juz nie bede krzyczala z koniecznosci, bede krzyczec, bo tego pragne: e-de, e-me, pomoz mi, kochaj mnie.

Zechcesz mu podziekowac za ten krzyk, ktory cie uchronil od upadku w przepasc i roztrzaskania sie o skaly na jej dnie, ale poniewaz glos nie dochodzi, jezeli nie krzyczysz, a ty nie Wiesz, jak masz zawolac do mezczyzny, ktory cie uratuje, wiec podniesiesz glos; bedziesz musiala odzywac sie glosniej niz on, aby on mogl cie uslyszec z drugiego brzegu wawozu, ale dzwiek, ktory sie wydostanie z twojej piersi, z gardla i z ust, aby mu podziekowac, to dzwiek, jakiego ty sama chyba nigdy nie slyszalas podczas tych wszystkich zmian ksiezyca i slonca, ktorych blask spada na ciebie nagle na dzwiek Twego glosu, glosu, zalamujacego sie pod koniec nie nazywasz „krzykiem”, jezeli krzyk bylby tylko natychmiastowa reakcja na bol, na zdziwienie, na strach, na glod…

Teraz, kiedy krzyczysz, pojawi sie cos nieprzewidzianego; juz nie podniesiesz glosu dlatego, ze potrzebujesz czegos, lecz dlatego, ze bedziesz czegos chciala. Twoj krzyk nie bedzie juz nasladowaniem tego, co moglas slyszec zawsze – szumu trzcin nadrzecznych, huku lamiacych sie fal, glosu malpy obwieszczajacej, gdzie jest, glosu ptaka nawolujacego do ucieczki znad zimnej krainy, ryku jeleni w porze opadania lisci, porykiwania bizonow zmieniajacych skore, kiedy slonce swieci bardzo dlugo, chrzakania dzika, gdy zzera resztki padliny pozostawione przez lwa…

Predzej czy pozniej zorientujesz sie, ze on bedzie ci odpowiadal bardzo krotkimi zgloskami, niepodobnymi do klaskania ptakow ani do ryku turow: a, aaach, o, oooooh, em, emmm, i, iiiii, ale poczujesz jakies cieplo w sercu i najpierw nazwiesz je „czuje sie wieksza niz on”, a potem „taka sama, jaki moze byc on”. Polaczysz krotkie dzwieki: a-o, a-em, a-ne, a-nel, w ten prosty okrzyk nad przepascia i szkieletami zwierzat na dnie przepasci, na skalnym cmentarzu; krzykniesz, ale twoj krzyk bedzie juz oznaczal co innego, nie bedzie krzykiem z koniecznosci, jak dawniej, ale czyms nowym, a-nel, krotkim wezwaniem, ktoremu bedzie towarzyszyc prosty gest polegajacy na rozlozeniu ramion, a nastepnie zlaczeniu ich na piersi, z rozwartymi dlonmi, zanim wyciagniesz rece do mezczyzny z drugiego brzegu; a-nel, a-nel – z tego slowa i z tego gestu narodzi sie cos innego, ty bedziesz to wiedziala, ale nie potrafisz tego nazwac; jesli on przyjdzie ci z pomoca, moze potrafisz nadac nazwe temu, co zrobisz.

Poczujesz glod i zaczniesz zbierac male czerwone owoce, ktore zobaczysz w pobliskim lesie. Ale kiedy wrocisz potem na swoje miejsce nad krawedzia skalnego urwiska, bedzie juz noc i usniesz natychmiast, tak jak usypialas zawsze.

Tylko ze tej nocy w twoim snie stanie sie cos, o czym nie snilas nigdy przedtem. Jakis glos powie do ciebie: Znowu bedziesz istniec.

O wschodzie slonca zerwiesz sie, bo bedziesz sie bala, ze go stracisz. Bo przyjdziesz tu w poszukiwaniu tego mezczyzny, ktory znajduje sie po drugiej stronie przepasci.

On tam bedzie, da ci znak, poruszajac uniesionym ramieniem.

Ty odpowiesz mu w ten sam sposob.

Ale tym razem on nie bedzie krzyczal. Zrobi to samo, co ty robilas wieczorem.

Odezwie sie sciszonym glosem, powtorzy: „a-nel, a-nel”, wskazujac na ciebie, a potem, dotykajac palcem wlasnej piersi, powie troche glosniej, ale nowym, nieznanym tonem: „ne-il, ne-il”…

Ty najpierw nie bedziesz wiedziala, jak mu odpowiedziec, poczujesz, ze nie starczy ci glosu, powtorzysz to, co bylo nad brzegiem morza, to falowanie calym cialem, a on bedzie na to patrzyl, nie nasladujac cie, z jakas dziwna mina, jakby sie oddalal, jakby cie nie chcial, i splotlszy ramiona, podniesie glos: „a-nel, a-nel”. Ty zrozumiesz, przestaniesz tanczyc, zaczniesz nasladowac coraz donosniej, ale coraz slodszym glosem, spiew ptakow, szum morza, kolysanie sie drzew, igraszki malp, walke reniferow, plusk plynacej rzeki; te dzwieki beda sie ze soba laczyc, nakladajac sie na siebie, nanizujac, jak cos, co nosi sie zawiazane dookola szyi, to cos, ten ktos… ty bedziesz opiekunka, ta zapomniana, ta, ktora znow on musi spotkac.

A-nel.

To bedziesz ty.

Powtorzysz to i powiesz sobie, to bede ja, on powie, ze to jestem ja.

On wskaze ci droge, ale jego glos powstrzyma twoj innym glosem, blizszym ciala niz ziemi, a ty uslyszysz w glosie mezczyzny – ne-el? – wolanie skierowane do ciala.

Spiew ciala. Spiew. Jak mozna by nazwac slowo, ktore nie bedzie jedynie krzykiem?

Spiew.

To juz nie bedzie tylko glos.

Wypowiesz te slowa i wowczas pozostawisz za soba piski, skrzeczenie, porykiwanie, huk fal w przyboju, burze i piasek nadbrzezny.

On – ne-el? – zacznie schodzic ze skaly, skinawszy na ciebie, a ty powtorzysz ten jego gest i bedziecie

Вы читаете Instynkt pieknej Inez
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату