niewinnymi zamiarami. Wiedzial o niej sporo. Zamienila swoje prawdziwe nazwisko na teatralny pseudonim. To juz nie byla Inez Rosenzweig, tylko Inez Prada, nazwisko lepiej brzmiace niz harmonizujace z osoba, bardziej „latynoskie” i, przede wszystkim, latwiejsze do umieszczenia i przeczytania na drzwiach:
INEZ PRADA
Jako londynska uczennica szkoly muzycznej, majac dziewiec lat, po mistrzowsku opanowala sztuke
Zamiast podniesc glos, aby „odejsc z tego swiata” z chlubnym „gornym c”, Inez Prada powoli sciszala spiew
Bylo to tak, jakby Inez Prada, nie zdradzajac Verdiego, przypomniala sobie makabryczny poczatek powiesci Dumasa-syna i scene, w ktorej Armand Duval wraca do Paryza i udaje sie do domu Malgorzaty Gautier, gdzie odbywa sie licytacja mebli i gdzie czeka go tragiczna wiadomosc: ona nie zyje. Armand idzie na cmentarz Pere- Lachaise, przekupuje stroza, biegnie na grob Malgorzaty, zmarlej kilka tygodni temu, rozbija klodki, otwiera trumne i znajduje szczatki swej mlodej, slicznej kochanki w stanie rozkladu: zielonkawa twarz, otwarte usta pelne robactwa, puste oczodoly, czarne wlosy, tluste, czyms usmarowane, na zapadnietych skroniach. Zywy mezczyzna rzuca sie w porywie namietnosci na cialo martwej kobiety.
Inez Prada zapowiadala poczatek tej opowiesci, gdy spiewala w finale. Jej talent aktorski i muzyczny objawil sie w calej pelni w postaci Mimi, wyzutej z sentymentalizmu, nieznosnej w swym przywiazaniu do kochanka, ktoremu zabraniala pisac, kobiety rozwiazlej, zachlannej i zadnej szacunku; jako Gilda, wstydzaca sie swego ojca blazna, nastreczona bezwstydnie Ksieciu, ktory go zatrudnia, delektuje sie, z okrutna rozkosza, zasluzonym cierpieniem nieszczesnego Rigoletta… Przeinaczenie wymowy dziela? Niewatpliwie. I za to bardzo ja krytykowano. Ale jej herezja, powtarzal sobie zawsze Gabriel Atlan-Ferrara, kiedy sluchal jej spiewu, zwracala temu naduzywanemu slowu jego pierwotne lacinskie znaczenie, HAERETICUS: „ten, ktory wybiera”.
Podziwial ja w Mediolanie, w Paryzu i w Buenos Aires. Nigdy nie podszedl do niej, zeby sie przywitac. Ona nigdy sie nie dowiedziala, ze on sluchal jej glosu i patrzyl na nia z daleka. Teraz oboje wiedzieli, ze musza sie spotkac i wspolnie pracowac, po raz pierwszy od czasu tamtych nalotow w 1940 roku w Londynie. Mieli byc razem, bo ona o to prosila. A on wiedzial, jakie profesjonalne przyczyny za tym sie kryja. Inez Verdiego i Pucciniego byla sopranem lirycznym. Malgorzata Berlioza byla mezzosopranem. W normalnym ukladzie Inez nie powinna byla spiewac tej roli. Ale ona nalegala.
– Moj rejestr glosowy nie jest jeszcze do konca wykorzystany ani wyprobowany. Ja wiem, ze moge spiewac nie tylko Gilde czy Mimi lub Violette, lecz rowniez Malgorzate. Ale jedynym czlowiekiem, ktory potrafi pokazac i poprowadzic moj spiew, jest maestro Gabriel Atlan-Ferrara.
Nie dodala: „Poznalismy sie w Covent Garden, kiedy spiewalam w chorze w
Ona wybrala, a on, stajac przed drzwiami apartamentu spiewaczki w miescie Meksyku latem 1949, takze dokonywal wyboru, i to w heretycki sposob. Zamiast czekac na spotkanie podczas prob
Apartament stanowil czesc labiryntu numerow i drzwi usytuowanych na roznych poziomach i licznych schodach w budynku o nazwie „La Condesa” przy alei Mazatlan. Poinformowano go, ze jest to ulubione miejsce malarzy, pisarzy, muzykow meksykanskich – a takze artystow europejskich, ktorych hekatomba europejska przerzucila az do Nowego Swiata. Bywali tam: Polak Henryk Szeryng, wiedenczyk Ernst Rohmer, Hiszpan Rodolfo Halffter, Bulgar Sigi Weissenberg. Meksyk uzyczyl im schronienia, a kiedy do Palacu Sztuk Pieknych zaproszono szorstkiego i bardzo wymagajacego Atlana-Ferrare, aby poprowadzil
Nie chcial spotkac sie ze spiewaczka dopiero na probie, a to z prostego powodu. Byla miedzy nimi pewna nierozstrzygnieta sprawa, prywatne nieporozumienie, ktore moglo zostac wyjasnione tylko w poufnej rozmowie. Byl to przejaw zawodowego egoizmu ze strony Atlana-Ferrary. Unikal w ten sposob napiecia, jakiego nalezalo oczekiwac, gdy znow ujrza sie, Inez i on, po raz pierwszy od tamtego ranka: on wtedy zostawil ja na wybrzezu w Dorset, a ona juz sie potem nie pokazala na probach w Covent Garden. Inez zniknela tylko po to, aby dac sie poznac, w 1945 roku, podczas swego slynnego debiutu w operze w Chicago, kiedy to tchnela nowe i odmienne zycie w postac ksiezniczki Turandot, posluzywszy sie pewna sztuczka – zasmial sie Gabriel – otoz zwiazala sobie nogi, aby poruszac sie tak jak prawdziwa chinska ksiezniczka.
Glos Inez z pewnoscia nic nie zyskal na tej niepotrzebnej pedanterii, ale media polnocnoamerykanskie wystrzelily w gore, niczym fajerwerk chinski, i pozostaly tam na zawsze. Od tego czasu naiwna krytyka powtarzala ze smiechem popularny dowcip: zeby wystapic w
Zaskoczyc Inez.
Ryzykowal, ale jezeli ona nie potrafi mu sie oprzec, on znow bedzie nad nia mial przewage, tak jak to bylo w Anglii. Gdyby natomiast okazala sie taka
Nie byloby – przylapal sie na tym, ze rozwazajac sprawe, podnosi zacisnieta piesc – owej konwencjonalnej paplaniny, ktorej nie znosil, bo to nie on byl mistrzem w wyrazaniu wlasnych uczuc. Glos, ktory drzy pozadaniem, to dobre dla opery – kazdej opery – a on prowadzil ryzykowna gre, stajac przed drzwiami swej spiewaczki.
Ale kiedy zapukal, zdecydowanie i glosno, powiedzial sobie, ze nie ma czego sie bac, bo muzyka jest sztuka, ktora przekracza zwykle granice swego srodka wyrazu, jakim jest dzwiek. Pukanie do drzwi bylo, juz samo w sobie, sposobem na to, aby zasygnalizowac, ze nie jest to tylko przekazanie wiadomosci (prosze otworzyc, ktos przyszedl do pani, przyniosl paczke), i sprobowac roli poslanca nieoczekiwanego (prosze otworzyc, oto niespodzianka, niech pani spojrzy jej w twarz i wpusci do pokoju te niesforna namietnosc, to nieokielznane niebezpieczenstwo, te zla milosc).
Otworzyla ona, owinieta recznikiem kapielowym.
Za nia stal mlody mezczyzna, brunet, zupelnie nagi, o twarzy glupca, kaprawej, tepej, zuchwalej. Mial