schodzic, wydajac bezladne okrzyki, ktore beda kierowaly krokami kazdego z was, gdy – gnani pragnieniem spotkania sie -w pospiechu zapomnicie o lagodnym brzmieniu imion a-nel i ne-el, wracajac z koniecznosci do mruczenia, wycia, skrzeczenia, ale oboje bedziecie czuli poprzez drzenie waszych cial, ze teraz biegniecie, chcac przyspieszyc zblizenie sie; ze aby sie odnalezc, trzeba ruszyc sie z miejsca; ze podczas biegu na to tak upragnione przez was oboje spotkanie ktores z was powroci do krzykow i gestow uzywanych dawniej, co jednak nie bedzie mialo znaczenia; ze mowiac sobie a-nel i ne-el, powiecie tez e-de i e-me, i to bedzie dobre, ale takze zrobicie cos strasznego, cos zakazanego: nadacie inny czas tej chwili, w ktorej zyjecie i w ktorej bedziecie zyc; czasy oszalaly, otworzono wrota zakazanego terenu przed tym, co juz przezyliscie kiedys.
Ta scena zwroci cie ku owemu „przedtem” i „potem”, do ktorego tesknilas. Wowczas bedziesz sie bawic jak wystawiajace sie na pokaz rogacze, ktore okreslaja swoje terytorium pod sloncem, coraz wyzej stojacym na niebie, gromadza sie w liczne stada, poki nie wybuchnie walka: wyleja sie strumienie potu i spienionej sliny koloru soli, oczy zaczna palac, rogi beda uderzac o rogi, a ty, lezac na rowninie, zatesknisz za bezpieczna oslona lasu; rogacze beda walczyly przez caly dzien, az w koncu zostanie ich tylko tyle, ile ty mozesz policzyc na palcach obu rak – zostana te, ktore beda panami wywalczonych skrawkow rowniny.
To doznanie bedzie takim przezyciem, ze rozproszy sie natychmiast, tak jakby najglebsza prawda nie tolerowala wnikliwych rozwazan. Ta chwila popchnie do dzialania, poruszania sie, wydawania okrzykow.
Ale zarowno gwaltowne dzialanie, jak bezladne krzyki znikna w momencie, kiedy na dnie, w pyle, ktory bedzie jak loze dwoch gor dzielacych je miedzy siebie, ty i on spojrzycie sobie w twarz, bedziecie sie sobie przygladac, a potem kazde cos krzyknie samo, poruszy sie, wznoszac ramiona, odciskajac slad swoich stop w pyle, i wreszcie oboje, ukucnawszy, bedziecie kreslic palcami kola na dnie wawozu, poki nie znuzy was fizyczny wysilek; wtedy patrzac sobie nawzajem gleboko w oczy, bedziecie mowic z poczatku bez slow e-de, e-me, bedziemy sie nawzajem potrzebowali, bedziemy sie kochali i juz nigdy nie bedziemy tacy jak przedtem, zanim poznalismy sie.
Czy on znow bedzie… istniec? – odwazy sie zapytac ona, zrazu bardzo cicho, potem coraz glosniej, a na koniec powtarzajac to, co oboje nazwa pewnego dnia „spiewem”: Has, has…
Wtedy on podaruje ci krysztalowy kamien, a ty zaplaczesz i podniesiesz go ku ustom, a potem bedziesz go trzymala miedzy piersiami i nie bedziesz miala zadnej innej ozdoby procz tej.
Teraz, wyczerpani, bedziecie spali razem w lozu z blota, na dnie przepasci. Ale on wyciagnie sie, wyprostowany sztywno, z twarza zwrocona ku gorze, a ty wrocisz do jedynej pozycji, jaka przyjmujesz we snie: bedziesz spala skulona w klebek, z kolanami pod broda, a ne-el wyciagnie ramie ku tobie, abys mogla polozyc na nim glowe.
O swicie pojdziecie przed siebie razem, on cie prowadzi, ale teraz juz nie bedzie tak jak wtedy, kiedy wszedzie chodzilas sama. Teraz twoj poprzedni zwyczaj samotnych wypraw wyda ci sie prostacki i brzydki, bo u boku mezczyzny twoje cialo bedzie sie poruszac w innym rytmie, ktory zacznie ci sie wydawac bardziej naturalny. Wrocisz nad brzeg morza, aby przekonac sie, ze twoje ruchy sa znow gwaltowne i niepohamowane, tak jakby cos w twoim wnetrzu chcialo wybuchnac, a teraz juz nie… reka ne-ela uspokaja cie, a dzwieki, ktore wydobywaja sie z twoich ust, beda zgodne z nowymi uczuciami, jakie zaczna ci towarzyszyc dzieki rytmowi mezczyzny.
Bedziecie szli razem i poszukacie wody i pozywienia, nie mowiac ani slowa.
Bedziecie sie posuwali naprzod bezladnie, nie w linii prostej, tylko kierujac sie wechem.
Zobaczycie, wchodzac na rownine, padlego jelenia, w chwili gdy bedzie sie stamtad oddalal lew, pozerajac jeszcze resztki wnetrznosci rogacza. Ne-el rzuci sie na to, co zostalo z rozplatanego zwierzecia, i da ci znak, zebys pomogla mu wziac to wszystko, co niecierpliwy lew zostawil, najpierw czesci obrosniete tluszczem, potem kosc lopatkowa jelenia, kosc kwadratowa i sucha; ne-el bedzie ja niosl w reku, przyciskajac do piersi, gdy oddalicie sie od szczatkow padliny, aby sie ukryc w lesnym gaszczu przed dzikiem, ktory zjawi sie w porze upalu i bedzie pozeral czerwone resztki jelenia.
Z koscia w reku ne-el poprowadzi cie do jaskini.
Przemierzycie pastwiska o trawie siegajacej waszych oczu, bystre, plynace z szumem rzeki i brunatne lasy, az w koncu dotrzecie do bram polmroku.
Przejdziecie po ciemku znanym mu korytarzem, po czym zatrzymacie sie i ne-el bedzie pocieral czyms jakis przedmiot w ciemnosci, az zapali knot, ktory rzuci drzace swiatlo na sciany, ozywiajac widniejace na nich postacie, ktore on ci bedzie pokazywal i na ktore ty bedziesz patrzec szeroko otwartymi oczami i z mocno bijacym sercem.
Beda to te same jelenie, co walczyly na rowninie, para jeleni, ale nie takich, jakie ty pamietasz: samiec wyniosly, wladczy i sklonny do bojki, samica potulna i obojetna na wszystko.
Beda to dwa stworzenia, ktore kochaja sie zwrocone do siebie przodem: on zbliza czolo do jej czola, a ona z miloscia tuli do niego glowe, gdy on lize jej czolo; samiec kleczy, samica spokojnie czeka.
Obraz na scianie jaskini wprawi cie w zdumienie, a-nel, zaczniesz plakac, patrzac na cos, co z poczatku wyda ci sie dziwne, ale potem kaze ci myslec o czyms, co zapewne stracilas, o czym zapomnialas i czego potrzebowalas zawsze, i co zarazem chcialabys miec na zawsze; jestes wdzieczna ne-elowi za to, ze cie tu przywiodl, abys poznala owo olsnienie czyms, co jest tak dla ciebie nowe, ze nie potrafisz przypisac tego dloniom, ktore teraz odsuwaja sie, aby zabrac sie do pracy.
Tluszcz zabrany jeleniowi sprawi, ze bedzie sie palil knot zrobiony z galazki kolczastego krzaka.
Bedzie sie wypalal powoli, chwiejnie, a w jego swietle zakochane jelenie z malowidla na scianie nabiora zycia i przedluza swe czule pieszczoty, takie same, a-nel, jak to dziwne uczucie, ktore teraz kaze ci podniesc glos, probujac szukac slow i rytmu, by uswiecic lub odtworzyc, lub uzupelnic – nie potrafisz tego wyjasnic – malowidlo; ne-el bedzie w dalszym ciagu przy nim pracowal, rysujac i kolorujac sylwetki zwierzat palcami ubrudzonymi czyms, co ma barwe krwi, taka jak siersc jelenia.
Bedziesz zmieszana i zadowolona, a tymczasem cos w twoim wnetrzu przemieni ci glos, bedzie to cos, czego dotychczas nie moglabys sobie nawet wyobrazic, jakas nowa sila powstanie w twej klatce piersiowej, poruszy twoje wargi i wyloni sie jako donosny dzwiek, rozslawiajacy wszystko to, co pulsuje w tobie, chociaz ty nigdy bys sie nie domyslila, ze taka sila istnieje.
Ten dzwiek, jaki wyplynie z twoich ust, to bedzie spiew, dotad dla ciebie niewyobrazalny. Piesn, opowiadajaca o tym, czego az do tej chwili nie wiedzialas o sobie samej. Tak jakby wszystko, co przezylas w lesie, nad morzem, na pustej rowninie, nabralo teraz w calkiem naturalny sposob barw sily i czulosci, i tesknoty, ktore nie maja juz nic wspolnego z krzykiem o pomoc, krzykiem z glodu i krzykiem ze strachu: dowiesz sie, ze masz nowy glos i ze ten dawny jest juz niepotrzebny; cos, co tkwi w tym glosie, w samym glosie, uswiadomi ci to; to, ze bedziesz spiewac, podczas gdy on maluje rozne rzeczy na scianie, nie bedzie czynnoscia tak konieczna jak szukanie pozywienia albo polowanie na ptaki, albo obrona przed dzikami, albo spanie (zwinawszy sie w klebek) czy tez wdrapywanie sie na drzewa lub zabawy z malpami.
To, co zaspiewasz, nie bedzie juz koniecznym krzykiem.
Potem ty i on popatrzycie na siebie, gdy przyjdzie pora odpoczynku, i oboje bedziecie wiedzieli, ze zostaniecie razem, bo bedziecie sluchac sie nawzajem i czuc, i uwazac sie za pare istot zlaczonych na zawsze. Bedziecie rozpoznawani jako dwoje ludzi, ktorzy mysla tak jak jeden czlowiek, poniewaz kazde z was bedzie obrazem drugiego -jak te jelenie, ktore on bedzie malowal na scianie, podczas gdy ty zaczniesz spiewac, odsunawszy sie nieco od niego, aby wlasnorecznie obrysowac na drugiej scianie kontur cienia mezczyzny. On wtedy sprobuje ci powiedziec tymi nowymi slowami z twojej piosenki: to bedziesz ty, bo to bede ja, bo to bedziemy my oboje, dlatego ze tylko ty i ja mozemy zrobic to, co zrobimy.
Bedziecie wychodzic codziennie na poszukiwanie kamieni o ostrych brzegach, a takze skal, z ktorych da sie odlupac mniejsze glazy, takie, aby mozna je bylo zaniesc do jaskini i tam ostrzyc ich krawedzie.
Natkniecie sie na resztki padlych zwierzat – rownina bedzie jednym gigantycznym, plaskim cmentarzem – i wyciagniecie z nich to, co inne zwierzeta zawsze beda zostawiac: kosc szpikowa; ne-el ogrzeje ja do bardzo wysokiej temperatury, aby wydostac ze srodka pozywny szpik, ktory zawsze dla was zostanie, bo inne zwierzeta nie beda znaly tego przysmaku.
Poszukacie takze lisci i ziol, ktore mozna jesc, a nawet uzywac ich jako lekarstwa na goraczke i bole glowy i calego ciala, do obmywania i oczyszczania sie po wyproznieniu oraz do tamowania krwi po zranieniu. Tego wszystkiego nauczy cie on, chociaz to on bedzie wracal nagi i poraniony po walkach, o ktorych nigdy nie opowiada, od czasu jak ty zaczelas coraz rzadziej wychodzic z jaskini.