zdobedziesz sie na to, aby pomyslec, ze najpierw zagrozi ci waz, i to bedzie wczesniej, wczesniej, a malpa kapucynka zatlucze go kijem, ale to bedzie pozniej, pozniej.

Teraz malpa odejdzie z obojetna mina, ciagnac swoj kij, ale tez halasujac: bedzie cmokac i poruszac jezykiem koloru lososia. Lososie poplyna w gore rzeki, pod prad: to wspomnienie olsni cie, poczujesz radosc, bo przez kilka minut bedziesz cos wspominac – chociaz wkrotce potem pomyslisz, ze to tylko sen, wyobraznia, przeczucie: lososie beda plynac pod prad, aby dac zycie i zasluzyc na nie, zostawic swoje jaja, oczekiwac swoich malych… Ale kapucynka zabije weza, to pewne, jak pewne bedzie to, ze kapucynka narobi halasu, kiedy skonczy swoja robote, a waz zdola tylko zasyczec swym rozwidlonym jezykiem i rowniez stanie sie pewne, ze teraz zwierze o najezonej szczecinie zblizy sie do nieruchomego weza i zacznie go oskubywac ze skory koloru lasu i pozerac jego mieso koloru ksiezyca. Bedzie to dobry moment, zeby zejsc z drzewa. Niebezpieczenstwo minie. Las zawsze cie ochroni. Zawsze mozesz tu wrocic i ukryc sie w gaszczu, w ktorym nigdy nie ma slonca…

Slonce…

Ksiezyc…

Sprobujesz artykulowac slowa, ktore sluza do okreslenia tego, co widzisz. Slowa sa jak krag regularnych ruchow, ktore nikogo nie zaskakuja, ale nie gromadza sie dokola jakiegos centrum. Oto chwila, w ktorej las bedzie podobny do samego siebie i okryje sie ciemnoscia, i tylko mieniaca sie kula o barwie grzbietu dzika zdola przeniknac gdzieniegdzie przez galezie. I ta druga chwila, kiedy las napelni sie promieniami, podobnymi do zwinnych ptasich skrzydel.

Zamkniesz oczy, aby lepiej slyszec to jedno, co bedzie ci towarzyszyc, jezeli nadal bedziesz zyla w lesie: szept ptakow i syczenie wezy, klopotliwe milczenie owadow i glosy gadatliwych malp. Grozne ataki dzikow i jezozwierzy szukajacych jadalnych odpadkow.

To bedzie twoje schronienie i opuscisz je z zalem, pokonujac rzeczna granice, ktora oddziela las od swiata plaskiego, nieznanego, do ktorego zblizysz sie pod wplywem czegos, co nie jest strachem ani odraza, ani lekarstwem, a tylko odruchem, checia poznania twego otoczenia, nie tracac poczucia nieobecnosci jakiegos „przedtem”, albo „potem”, ty, ktora bedziesz istniec zawsze dopiero teraz, teraz, teraz…

Ty, ktora przeplyniesz wplaw wzburzona i blotnista rzeke, obmywajac z siebie druga skore – skore ze zgnilych lisci i grzybow, ktora cie okryje podczas tamtych godzin spedzonych na drzewie. Wyjdziesz z wody oblepiona brunatnym blotem znad brzegu, po ktorym bedziesz musiala sie wspinac z rozpaczliwym wysilkiem, aby stanac po drugiej stronie rzeki; bedziesz walczyc z drzeniem ziemi i z sila spienionej wody, az w koncu, pelznac na czworakach, pokonana zmeczeniem, znajdziesz sie tam, dokad zmierzalas, i, nawet nie wstajac, osuniesz sie na ziemie, aby usnac.

Obudza cie wstrzasy poruszajace ziemie.

Bedziesz szukala bezpiecznego miejsca.

Nie bedzie nic pod tym niebem pozbawionym swiatla, niebem jak nieprzejrzysty, gladki dach z polyskujacych kamieni. Nie bedzie nic procz rowniny, rozciagajacej sie przed toba, rzeki za twoimi plecami i lasu za rzeka, i gromady ogromnych wlochatych czworonogow, ktorych kopyta uderzaja o ziemie z hukiem ploszacym stada rogaczy, zdezorientowanych, przerazonych, ustepujacych miejsca tamtym, poki ziemia sie nie uspokoi, nie zapadnie zmrok, a rownina nie pograzy sie we snie.

Tym razem zbudzi cie nieustajaca krzatanina stworzonka o ostro zakonczonej trabce, malego i szpetnego, ktore ryje ziemie w poszukiwaniu mikroskopijnych zyjatek, jakie zmiescilyby sie w jego trabce. Jego pisk jest cichutki, ale dolaczaja don inne podobne glosy, tak liczne, ze az uformuje sie cala armia ryjowek, niesfornych, niespokojnych, nienasyconych, zapowiadajacych kolejny wstrzas, od ktorego zadrzy rownina.

Ryjowki byc moze pochowaja sie, a rogacze powroca, najpierw spokojne, wystawiajace sie na pokaz, beda biegac tam i z powrotem po rowninie, ale tez otaczac pewne miejsca, do ktorych zblizaja sie inne rogacze, tylko po to, by spotkac sie z zywiolowym oporem ze strony „wladcy” tego skrawka ziemi, co zaraz je przepedzi. Wywiaze sie zacieta walka miedzy rogaczem-wlascicielem i tymi, ktore chca mu odebrac jego teren. Ty, niewidzialna dla nich i nieliczaca sie w tym sporze, bedziesz ze swego ukrycia obserwowac ich zmagania, okrwawione rogi, bojowy zapal, az do chwili, kiedy jeden z przeciwnikow zwyciezy i jako pan tego terytorium odpedzi broczacych krwia rywali, a na kazdym sasiednim terenie jeden z rogaczy o wielkiej koronie i poteznych organach plciowych zblizy sie do pola, na ktore teraz wejda, lagodne i obojetne, samice tego szczepu, aby skubac trawe i dawac sie dosiadac zwycieskim samcom, nawet nie podnoszac glowy ani nie przestajac jesc; samce parskaja, chrzakaja, grzmia jak to przeklete niebo, ktore skazuje je na nieustanna walke, aby moc sie radowac ta jedna chwila; samice az do konca zachowuja milczenie…

I ty w koncu, sama posrod nieodstepujacego cie mroku, krzyczysz w swej samotnosci, tak jakby stado rogaczy i ich samic nadal okupowalo rownine, pusta teraz i osamotniona, jak osamotniona bedziesz ty, wyczuwajac intuicyjnie, ze powinnas stad uciec, odejsc daleko, gnana nieznanym strachem: moze sie zdarzyc, ze natkniesz sie niespodziewanie na ogromnego rogacza, ktory, skubiac spokojnie trawe nad rzeka, zobaczy cie i pomyli z innym stworzeniem z powodu twojego dziwnego zapachu, twojej rudej grzywy i twego sposobu poruszania sie na czworakach…

Po wielu wschodach i zachodach slonca zatrzymasz sie nad brzegiem morza. Nie bedziesz wiedziala, co masz teraz robic. Zaczniesz obmacywac swoje cialo i poczujesz, ze jest lepkie, wysmarowane od stop po czubek glowy kleista substancja, ktora bedzie umazana twoja twarz i rece, i nie zdolasz sie oczyscic dlonmi, bo i one beda lepkie i brudne. Twoja glowa bedzie rozpadajacym sie gniazdem z blota i zacznie ci ono kapac na twarz, az cie oslepi. Bedziesz chciala widziec i nie widziec.

Oto dwa morskie stworzenia, dwa razy tak dlugie jak ty, gdy sie polozysz. Klebia sie w wodzie w zawzietej, czasem nawet smiertelnej walce, kiedy dwie ryby posluza sie swym pyskiem – tak jak malpa posluzy sie kijem – uzywajac swoich ostrych zebow. To, owszem, zobaczysz.

Nie bedziesz rozumiala, dlaczego tak walcza. Poczujesz sie opuszczona i samotna, i smutna, kiedy idac kamienista plaza, zobaczysz dwie male rybki, takie same jak tamte duze, rozniace sie od nich tylko rozmiarami – beda lezaly na kamieniach, roztrzaskane, ze sladami zebow duzych ryb odcisnietymi na ich martwych cialach jak wpisane tu specjalne znaki. I powroci jak olsnienie z nieba to wspomnienie: znaki napisane krzemieniem w otworach obronnych w gorach.

Zobaczysz, jak wieksze ryby atakuja sie nawzajem w morzu, poki sie nie pozabijaja albo nie pouciekaja, i wyda ci sie, ze rozumiesz te walke, ale nie zrozumiesz smierci dwoch malych rybek-dzieci zamordowanych przez wlasnych rodzicow i – bedziesz to widziala jeszcze niejeden raz -martwych, porzuconych na plazy.

Kiedy indziej te same ryby, duze i biale, i zwawe, beda igraly wsrod fal, popisujac sie gigantycznymi skokami i zachowujac sie tak, jakby morze bylo miejscem rozrywki. Bedziesz szukala sposobu na to, aby myslec, czujac, ze jesli bedziesz myslec, bedziesz musiala pamietac. Bedzie kilka rzeczy, ktore, owszem, zechcesz wspominac, i pare innych, o ktorych chcialabys – lub powinna bys – zapomniec.

Zapominac i pamietac, stojac nad morzem – oto dwa trudne momenty, ktore twoja glowa musi rozroznic. Instynktownie podniesiesz reke, dotykajac czola, ilekroc o tym pomyslisz. Bo dla ciebie jeszcze bardzo niedawno temu nie istnialo zadne „przedtem” ani „potem”, lecz tylko to: chwila i miejsce, gdzie sie znajdziesz, robiac to, co powinnas robic, tracac wszystkie swe wspomnienia, chocbys zaczynala sobie wyobrazac, ze pewnego dnia staniesz sie mlodsza, bedziesz mala jak te martwe male rybki, bedziesz zyla przytulona do kobiety opiekujacej sie toba, o wszystkim tym zapomnisz, czasem bedzie ci sie zdawalo, ze zrobilas to wszystko teraz, dopiero co, na tej kamienistej plazy, ze nie zrobisz nic, zanim nadejdzie ta chwila, ani potem, po jej nadejsciu -wiele trudu wlozysz w wyobrazenie sobie tego „przedtem” i „potem” – ale tego mglistego ranka, gdy zacmione slonce bedzie niewidoczne, ujrzysz wielkie biale ryby wyskakujace nad powierzchnie wody, igrajace z morzem, po tym jak zabily swoje dzieci, porzucajac je na plazy, i po raz pierwszy powiesz sobie: nie moze byc, to sie nie stanie, i poczujesz sie tak, jakby czyhala na ciebie jakas wewnetrzna sila podobna do ruchu fal, wsrod ktorych igraja ryby, ci radosni mordercy.

Wowczas cos, co tkwi w tobie, w twoim wnetrzu, kaze ci biec po plazy, poruszac sie, wyginac i prostowac, wznoszac ramiona, zaciskac piesci, dotykac piersi, rozsuwac nogi, przykucac, tak jakbys miala rodzic czy siusiac, czy oddawac sie mezczyznie.

Zaczniesz krzyczec.

Bedziesz krzyczala, bo poczujesz, ze to, co chce ci powiedziec twoje cialo, tu, nad samym morzem, i ta zabawa bialych ryb, i smierc rybek zamordowanych to juz zbyt gwaltowne i zbyt nagle doznanie (mozesz to wyrazic takze w inny sposob). Bedziesz to czula: wybuchniesz gniewem podsumowujac to, co ma ci sie przydarzyc – malpa ponownie zamorduje weza, waz zostanie znowu pozarty przez jezozwierza, ty zejdziesz z drzewa i

Вы читаете Instynkt pieknej Inez
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату