sala koncertowa byla jego terytorium i aby powodzenie przygotowywanego przedstawienia zalezalo od napiecia miedzy energia i wola dyrygenta oraz od posluszenstwa i dyscypliny w zespole, ktorym kierowal. Kobieta o elektryzujacych wlosach i aksamitnym glosie stala sie wyzwaniem dla szefa; zakochana we wlasnym glosie, piescila go, uzywala go i sama nim rzadzila; ta kobieta robila ze swoim glosem to, co dyrygent ze swoim zespolem: panowala nad nim. Stawiala czolo dyrygentowi. Mowila mu z nieznosna wyniosloscia: A kiedy stad wyjdziesz, to kim bedziesz? Kim bedziesz? Kim jestes, kiedy schodzisz z podium? A on, Z glebi wlasnego „ja”, pytal bezglosnie: Dlaczego podczas prob osmielasz sie wystawiac na pokaz wyjatkowosc swego glosu i swoja piekna twarz? Dlaczego nie odnosisz sie do nas z szacunkiem? Kim jestes?
Maestro Atlan-Ferrara zamknal oczy. Poczul, ze zostal schwytany lub pokonany z powodu pozadania, nad ktorym nie panuje. Mial naturalny i wrecz barbarzynski odruch, by znienawidzic te kobiete i gardzic nia. Przeciez przeszkodzila mu w doskonalym dostosowaniu muzyki do rytualu, co bylo podstawowa sprawa w operze Berlioza. Ale jednoczesnie zafascynowalo go brzmienie tego glosu, ktory uslyszal. Zamykal oczy, myslac, ze ukojony muzyka wpada w cudowne uniesienie, a w rzeczywistosci chcial odizolowac glos tej kobiety, zbuntowanej i nieswiadomej tego; jeszcze o tym nie wiedzial. Nie wiedzial tez, czy szarpany takimi uczuciami, chce naprawde zdobyc ja dla siebie, zawladnac jej glosem.
– Mademoiselle, tutaj obowiazuje zakaz przerywania i przeszkadzania! – krzyknal, poniewaz mial prawo krzyczec, kiedy chcial, i sprawdzac, czy jego grzmiacy glos zaglusza, sam, bez pomocy, halas dobiegajacy z zewnatrz. – Pani gwizdze w kosciele podczas podniesienia!
– Myslalam, ze uczestnicze w wykonaniu tego utworu -powiedziala ona calkiem zwyczajnym tonem, a on uznal, ze jej codzienna mowa jest jeszcze piekniejsza niz spiew. -Roznorodnosc nie przeszkadza jednolitosci, jak sie wyrazil pewien klasyk.
– W pani przypadku przeszkadza! – zagrzmial maestro.
– To juz pana zmartwienie – odparla.
Atlan-Ferrara powsciagnal chec wyproszenia jej z sali.
Bylaby to oznaka jego slabosci, a nie podbudowanie autorytetu. Ot, taka sobie prostacka zemsta, infantylna zlosliwosc. Albo cos jeszcze gorszego…
– Wzgardzona milosc – usmiechnal sie Gabriel Atlan-Ferrara i wzruszyl ramionami, po czym opuscil z rezygnacja rece posrod wybuchow smiechu i oklaskow ze strony orkiestry, solistow i choru.
W garderobie, juz z obnazonym torsem, wycierajac recznikiem spocona szyje, twarz, klatke piersiowa i pachy, Gabriel przejrzal sie w lustrze i pofolgowal wlasnej proznosci, uswiadamiajac sobie, ze jest mlody, jest jednym z najmlodszych dyrygentow na swiecie, ma zaledwie trzydziesci lat. Przez chwile podziwial swoj orli profil, czarna, falujaca czupryne i nieskonczenie zmyslowe usta. Sniada, jakby lekko cyganska cere, godna srodziemnomorskich i srodkowoeuropejskich przydomkow, jakie mu nadawano. Teraz wlozy czarny sweter z golfem i ciemne spodnie, a na to hiszpanska peleryne, ktora przywroci mu zuchwaly wyglad „koba”, szybkiej jak blyskawica antylopy z prehistorycznych stepow, ktora nagle wybieglaby na ulice w srebrnej obrozy podobnej do kryzy hiszpanskiego hidalga…
Jednakze, patrzac na siebie, aby sie podziwiac (i uwodzic siebie samego) w lustrze, ujrzal cos, co nie bylo jego wlasnym napuszonym odbiciem: zobaczyl, przyslaniajaca je, twarz kobiety, tej kobiety, tej bardzo dziwnej kobiety, ktora odwazyla sie zaznaczyc swa indywidualnosc w samym centrum muzycznego wszechswiata Hectora Berlioza i Gabriela Atlana-Ferrary.
Byla to zjawa wrecz nieprawdopodobna. Lub moze tylko trudna do zrozumienia. Zaakceptowal ja. Chcial ja znow zobaczyc. Ta mysl zaniepokoila go, a potem przesladowala, gdy wychodzil noca podczas niemieckich nalotow na Londyn; nie byla to pierwsza wojna i nie pierwszy strach w tej wiecznej walce pod haslem „czlowiek – czlowiekowi – wilkiem”, ale przedzierajac sie przez tlum ludzi czekajacych w kolejce przed wejsciem do metra przy akompaniamencie wycia syren, powiedzial sobie, ze te skupiska zakatarzonych urzednikow, zmeczonych sprzataczek, matek z dziecmi na reku, starcow sciskajacych w dloniach termos, dzieci ciagnacych ze soba kapy z lozek – caly ten pochod wyczerpanych ludzi o zaczerwienionych z bezsennosci oczach i skorze to cos wyjatkowego, nienalezacego do „historii” wojen, tylko do niepowtarzalnej aktualnosci tej wojny. Kim byl on sam w miescie, gdzie w ciagu jednej nocy moglo zginac tysiac piecset osob? Kim byl w tamtym Londynie, w ktorym bombardowane domy handlowe wystawialy szyldy z napisem BUSINESS AS USUAL? Czym byl, kiedy wychodzil z teatru na Bow Street, zabezpieczonego workami z piaskiem? Patetyczna postacia, schwytana w sidla mrozacego krew w zylach strachu, gdy pocisk trafil w wystawe sklepowa? Rzeniem konia, ktory sploszyl sie na widok plomieni i czerwonej luny oswietlajacej kulace sie, zaleknione miasto?
Szedl w strone swego hotelu na Piccadilly, do Regent's Palace, gdzie czekalo na niego wygodne lozko i moznosc zapomnienia o wszystkim, co zapewne uslyszalby, przepychajac sie przez tlum stloczonych ludzi.
– Nie marnuj szylinga na wrzucanie go do gazomierza.
– Chinczycy sa wszyscy tacy sami, jak ich odroznic?
– Przespimy sie razem, nie jest tak zle.
– Tak, ale razem z kim? Wczoraj wypadlo mi spanie ze znajomym rzeznikiem.
– No tak, my, Anglicy, jestesmy juz od szkolnych lat przyzwyczajeni do sadystycznych kar.
– Dzieki Bogu, dzieciaki wyjechaly na wies.
– Nie masz sie czym cieszyc, zbombardowali Southampton, Bristol, Liverpool.
– A w Liverpoolu nie bylo nawet obrony przeciwlotniczej, co za zaniedbanie.
– A wszystkiemu w tej wojnie winni Zydzi, jak zwykle.
– Spadly bomby na Izbe Gmin, opactwo w Westminsterze, Tower, czy nie dziwne, ze twoj dom jeszcze stoi?
– Jestesmy cierpliwi, towarzyszu, bardzo cierpliwi.
– I potrafimy pomagac sobie nawzajem jak nigdy, towarzyszu.
– Jak nigdy.
– Dobry wieczor, panie Atlan – powiedzial pierwszy skrzypek owiniety przescieradlem, ktorego juz nie mial uzyc tej zimnej nocy. Wygladal jak upior, co sie ulotnil z kantaty z
Gabriel z godnoscia skinal mu glowa, ale w tym momencie zaskoczyla go najbardziej wyzuta z godnosci potrzeba. Musial sie wysiusiac, nie wytrzyma dluzej. Zlapal taksowke, by jak najszybciej znalezc sie w hotelu. Taksowkarz usmiechnal sie milo do niego.
– Po pierwsze, panie gubernatorze, to ja juz sam sie pogubilem, gdzie co jest w tym miescie. A po drugie, na ulicach jest pelno szkla, a opon ze swieca szukac. Bardzo mi przykro, panie gubernatorze, tam, dokad pan idzie, juz wszystko sie zawalilo.
Skrecil do pierwszego napotkanego zaulka sposrod wielu, jakie znajduja sie miedzy Brewer's Yard i Martin's Lane, przesiakniete zapachem frytek, baraniny duszonej w smalcu i nieswiezych jaj. Miasto mialo oddech kwasny i melancholijny.
Odpial sobie rozporek, wyjal na wierzch czlonek i, z westchnieniem ulgi, zaczal siusiac.
Czyjs dzwieczny smiech kazal mu sie obejrzec i zatrzymac strumyk moczu.
Ona patrzyla na niego czule, z szacunkiem i z rozbawieniem. Smiala sie, stojac u wylotu uliczki.
–
Bala sie. Londyn, ze swymi podziemnymi przystankami, byl z pewnoscia bezpieczniejszym miejscem niz pole pod golym niebem, wystawione na niepogode.
– No to czemu wysylacie dzieci na wies? – zapytal ja Gabriel, manewrujac z wielka szybkoscia zoltym MG z opuszczona mimo chlodu i wiatru plandeka.
Ona nie uzalala sie nad soba. Rude wlosy przewiazala jedwabna apaszka, aby nie opadaly jej na twarz przy silnym wietrze – tak jak skrzydla tamtych czarnych ptakow w operze Berlioza. Maestro mogl sobie mowic, co chcial, ale czy oddalajac sie od stolicy i zmierzajac ku morzu, nie zblizali sie, tak czy inaczej, do Francji, do Europy okupowanej przez Hitlera?
– Przypomnij sobie
Nie ufala artyscie, ktory prowadzil odkryty samochod z taka sama brawura i rozluznieniem, z jakimi dyrygowal orkiestra. Tak jakby chcial oznajmic calemu swiatu, ze on rowniez jest czlowiekiem praktycznym, a nie tylko