Pomniku Bohaterow, ze zgubilem moja grupe, ktora przeszla tedy ledwie przed paroma minutami.

– Bardzo dobrze mowi pan naszym jezykiem – odparl zdziwiony straznik, najwyrazniej spotykajacy sie na co dzien z dziwnym brzmieniem jezykow, ktorych ani nie znal, ani nie pragnal poznac. – Jest pan wielce uprzejmy.

– Jestem zwyklym, zle platnym nauczycielem z Zachodu, zywiacym glebokie uwielbienie dla waszego wielkiego narodu, panie komendancie.

Straznik rozesmial sie. – Nie jestem komendantem, ale nasz narod rzeczywiscie jest wielki. Moja corka chodzi po ulicy w dzinsach.

– Przepraszam?

– To bez znaczenia. Gdzie jest identyfikator panskiej grupy turystycznej?

– Moje co?

– Plakietka z nazwiskiem, ktora nalezy nosic na wierzchniej odziezy.

– Ciagle odpadala – poskarzyl sie Bourne, bezradnie potrzasajac glowa. – Nie chciala sie trzymac. Pewnie ja zgubilem.

– Gdy pan dolaczy do grupy, prosze zwrocic sie do przewodnika, to dostanie pan nowa. Prosze udac sie na poczatek kolejki na schodach. Cos sie dzieje. Byc moze nastepna grupa bedzie musiala poczekac. Moze pan rozminac sie ze swoja.

– O? Czy powstal jakis problem?

– Nie wiem. Urzednik z panstwowa teczka wydaje nam rozkazy. Przypuszczam, ze liczy juany, ktore mozna by tu zarobic, bo sadzi, ze to swiete miejsce powinno stac sie podobne do pekinskiej kolei podziemnej.

– Jest pan niezwykle uprzejmy.

– Prosze sie pospieszyc, sir.

Bourne popedzil schodami w gore, pochylajac sie za stloczonymi ludzmi i ponownie poprawiajac doskonale trzymajace sie sznurowadlo. Glowe trzymal tak, by widziec, co robi morderca. Samozwaniec spokojnie przemawial do cywila, nadal trzymajac zolnierza jak w kleszczach… ale cos bylo nie tak. Niski Chinczyk w ciemnym garniturze skinal glowa, ale wzrok skierowal nie na komandosa, lecz gdzies w przestrzen za nim. A moze Jason sie pomylil? Jego punkt obserwacyjny nie byl najlepszy. To zreszta bez znaczenia, scenariusz byl realizowany, dotarcie do klienta mialo nastapic na warunkach podyktowanych przez morderce.

Wszedl przez drzwi do pograzonego w polmroku wnetrza, okazujac takie przejecie, jak wszyscy stojacy przed nim na widok gigantycznej marmurowej rzezby siedzacego Mao, wznoszacej sie tak wysoko i tak majestatycznie, ze niemal zapieralo dech. Snopy swiatla skierowane na wspanialy, jakby przeswiecajacy marmur wywolywaly nieziemski efekt, wyodrebniajac ogromna siedzaca postac z aksamitnego obicia w tle panujacych wkolo ciemnosci. Masywny posag o przenikliwych oczach zdawal sie zywy i swiadomy.

Jason oderwal od niego oczy i rozejrzal sie w poszukiwaniu wyjsc i korytarzy. Nie bylo zadnych. To tutaj wlasnie znajdowalo sie mauzoleum, sala poswiecona narodowemu bozyszczu. Byly tu jednakze filary, szerokie i wysokie marmurowe slupy, tworzace ustronne zakatki. Spotkanie moglo sie odbyc w cieniu ktoregos z nich. Jason mogl poczekac. Mogl skryc sie w innym cieniu i obserwowac.

Cala grupa przeszla do nastepnej wielkiej sali, a ta wywierala, jesli w ogole bylo to mozliwe, jeszcze wieksze wrazenie. Naprzeciw nich znajdowala sie krysztalowa trumna z cialem Przewodniczacego Mao Tse-tunga, okrytym Czerwonym Sztandarem – woskowe cialo spoczywajace w pelnym spokoju, choc jego zamkniete oczy wygladaly tak, jakby w kazdej chwili mogly sie otworzyc i miotac blyskawice potepienia. Wysoko ustawiony sarkofag otaczaly kwiaty, a pod przeciwleglymi scianami w ogromnych ceramicznych donicach staly dwa szeregi ciemnozielonych sosen. I znowu krzyzujace sie snopy swiatla graly dramatyczna symfonie kolorow, oswietlajac ciemne zakatki, omywajac blaskiem jaskrawa zolc, czerwien i blekit bogactwa kwiatow.

Wsrod pelnego grozy milczenia zgromadzonych dalo sie slyszec poruszenie w pierwszej sali, ale ucichlo rownie nagle, jak powstalo. Jako ostatni w kolejce Jason oddalil sie nie zauwazony. Wslizgnal sie za filar, ukryl w ciemnosciach i wyjrzal zza blyszczacego, bialego marmuru.

To, co ujrzal, sparalizowalo go. Wiele sprzecznych mysli klebilo mu sie w glowie, lecz wszystkie zdominowalo jedno slowo: pulapka! Za jego grupa nie bylo nastepnej! Byla ostatnia grupa, ktora wpuszczono, on zas byl ostatnia wpuszczona osoba, zanim zamknieto ciezkie drzwi. To wlasnie ten dzwiek uslyszal: zamykanie bramy i pomruki rozczarowania ludzi czekajacych na zewnatrz.

Cos sie dzieje… Byc moze nastepna grupa, bedzie musiala poczekac… Uprzejmy wartownik na schodach.

Moj Boze, od samego poczatku byla to pulapka! Kazdy ruch, kazde posuniecie zostalo obliczone! Od poczatku! Informacja oplacona na zlanej deszczem wyspie, nieomal nieosiagalne bilety na samolot, wyglad mordercy, ktorego zobaczyl na lotnisku – zawodowego zabojcy, umiejacego znacznie lepiej sie przebrac – ze zbyt nienaturalnym uczesaniem, w stroju niedostatecznie skrywajacym jego budowe. A potem komplikacje z tym starym czlowiekiem, brygadierem Krolewskich Saperow w stanie spoczynku – tak nielogicznie logiczne! Wszystko takie prawidlowe, mylny trop tak wyrazny, tak pewny! Zolnierz w oknie mikrobusu obserwujacy nie jego, lecz i c h! Czarny ksiezowski ubior kupiony przez tworce samozwanca – ciemna latarnia w swietle slonca, tak zauwazalna, tak latwa do wytropienia. Chryste, od samego poczatku! l wreszcie scenariusz odegrany na ogromnym placu, scenariusz, ktory moglby napisac sam Bourne – znow nieodparcie przyciagajacy scigajacego. Odwrocona pulapka: zlap mysliwego podchodzacego zwierzyne!

Jason zaczal sie goraczkowo rozgladac. Daleko przed soba dojrzal wpadajaca do srodka smuge swiatla. Na drugim koncu mauzoleum znajdowalo sie wyjscie, z pewnoscia pod nadzorem; kazdy wychodzacy turysta musial byc dokladnie obejrzany.

Kroki. Z prawej strony. Bourne obrocil sie w lewo, wyciagajac zza pasa mosiezny noz do papieru. Czlowiek w szarym maoistowskim mundurku o wojskowym kroju ostroznie przemknal obok szerokiego filara w przycmionym swietle padajacym na sosny. Byl nie dalej niz o poltora metra. W reku trzymal pistolet z grubym cylindrycznym tlumikiem na lufie, gwarantujacym, ze wystrzal nie bedzie glosniejszy od spluniecia. Jason dokonal morderczej kalkulacji w sposob, ktorego Dawid Webb nie bylby w stanie zrozumiec. Ostrze musialo byc wbite tak, by spowodowac natychmiastowa smierc. Z ust wroga nie moze wydobyc sie zaden dzwiek w chwili, gdy jego cialo zostanie zawleczone w ciemne miejsce.

Jason skoczyl zaciskajac sztywne jak imadlo palce lewej dloni na twarzy zolnierza, rownoczesnie wbijajac mu noz w szyje i przecinajac sciegna i miekkie chrzastki tchawicy. Jednym blyskawicznym ruchem opuscil lewa reke, chwytajac wielki pistolet, ktory wrog ciagle jeszcze trzymal w dloni, i obrocil trupa, padajac wraz z nim pod galezie sosen stojacych szeregiem pod prawa sciana. Wepchnal zwloki w niewidoczne miejsce miedzy dwie wielkie ceramiczne donice, w ktorych rosly sosny. Przelazl przez martwe cialo trzymajac przed soba bron gotowa do strzalu i wrocil na dawne miejsce pod sciana dzielaca obie sale, skad mogl widziec, nie bedac samemu widzianym.

Drugi czlowiek w mundurze przeszedl przez smuge swiatla, rozjasniajacego ciemnosci u wejscia do drugiej sali. Przystanal przed krysztalowa trumna Mao, oswietlona dziwnym blaskiem i rozejrzal sie. Podniosl do ust przenosny nadajnik i powiedzial cos. Czekal piec sekund: na jego twarzy pojawil sie wyraz niepokoju. Szybko ruszyl w prawo, trasa wyznaczona dla pierwszego czlowieka. Jason na czworakach bezglosnie podpelznal po marmurowej posadzce az do nisko zwisajacych galezi.

Zolnierz zblizyl sie wolnym krokiem, przygladajac sie ostatnim turystom w kolejce wychodzacych. Teraz! Bourne skoczyl na niego, zacisnal mu ramie na gardle dlawiac wszelkie odglosy i szarpnal nim do tylu, pod galezie, wbijajac mu lufe pistoletu gleboko w brzuch. Pociagnal za spust; stlumiony wystrzal nie byl glosniejszy niz powiew wiatru. Czlowiek gwaltownie wypuscil powietrze z pluc i zwiotczal.

Musi sie wydostac! Jesli zostanie zlapany i zabity w uroczystej ciszy mauzoleum, morderca umknie wolny i smierc Marie bedzie przypieczetowana. Jego wrogowie zatrzaskiwali odwrocona pulapke. Musi odwrocic te odwrotnosc i w jakikolwiek sposob przezyc! Najlepiej jest uciekac etapami, wykorzystujac kazde powstale lub stworzone przez siebie zamieszanie.

Etap pierwszy i etap drugi mial juz za soba. Jesli jacys inni ludzie szeptali teraz do nadajnikow, to juz powstalo pewne zamieszanie. Tym, czego potrzebowal, bylo ognisko wybuchu tak gwaltownego i nieoczekiwanego, ze ludzie polujacy na niego w ciemnosci sami stana sie obiektem naglych, histerycznych poszukiwan.

Istnial na to tylko jeden sposob, a Jasonowi obce byly dwuznaczne uczucia typu „Moge-zginac-ale-sprobuje”. Musial wygrac. Musial stworzyc cos, co odniesie skutek. Przezycie liczylo sie ponad wszystko i to nie ze wzgledu na jego osobe. Znow byl najlepszym z zawodowcow. spokojnym i dzialajacym z rozmyslem.

Вы читаете Krucjata Bourne’a
Добавить отзыв
ВСЕ ОТЗЫВЫ О КНИГЕ В ИЗБРАННОЕ

0

Вы можете отметить интересные вам фрагменты текста, которые будут доступны по уникальной ссылке в адресной строке браузера.

Отметить Добавить цитату